40 lat po katastrofie w Czarnobylu
05 maja 2026 | 16:46 | rj, VN | Sławutycz Ⓒ Ⓟ
Fot. Archiwum UKGK„Moim zadaniem jest bycie przy ludziach, słuchanie ich i dzielenie ich bólu” – mówi ks. Jurij Lohaza. Jest on proboszczem greckokatolickiej wspólnoty w Sławutyczu, mieście wybudowanym po tragedii w Czarnobylu, by przyjąć pracowników elektrowni i mieszkańców sąsiednich miejscowości, które nieodwołalnie stały się „strefą bez życia”.
Czterdzieści lat od katastrofy jądrowej, która wstrząsnęła Europą, mieszkańcy wciąż noszą w sobie widmo tej tragedii. Muszą też stawić czoło konsekwencjom przedłużającej się wojny, podczas której Sławutycz, znalazł się w rękach Rosjan. Przez cały okres okupacji ks. Jurij pozostał w mieście, udzielając wsparcia duchowego wiernym, dodając otuchy mieszkańcom oraz pomagając w dystrybucji żywności i artykułów pierwszej potrzeby.
Odwaga i wytrwałość
„Większość mieszkańców Sławutycz jest w taki czy inny sposób związana ze słowem «Czarnobyl»: wielu pamięta tamte wydarzenia i nadal nosi w sobie rany po tej tragedii. Wśród naszych parafian są osoby, które brały udział w likwidacji awarii w elektrowni jądrowej i które poniosły jej konsekwencje lub które zostały ewakuowane i znalazły tu nowy dom” – opowiada miejscowy proboszcz. Wskazuje, że niektórzy mieszkańcy do dziś pracują w elektrowni. „Noszą w sobie rany sprzed czterdziestu lat, które powinny były się zagoić, ale wraz z wybuchem pełnoskalowej wojny otworzyły się nowe rany” – podkreśla ks. Jurij. Greckokatolicki kapłan wskazuje, że obchody czterdziestej rocznicy katastrofy jądrowej są okazją do upamiętnienia heroicznego czynu tych, którzy gasząc płomienie, zapobiegli jeszcze większej katastrofie i uratowali cały kontynent przed znacznie gorszymi konsekwencjami. Wydarzenia związane z wojną po raz kolejny pokazały odwagę i wytrwałość mieszkańców. Miasto, położone niecałe 20 kilometrów od granicy z Białorusią, zostało otoczone przez rosyjskie wojsko już pierwszego dnia wojny, 24 lutego; następnego dnia zajęto również elektrownię w Czarnobylu. Okupacja trwała pięć tygodni.
Ciężar strat
„Przeżyliśmy naprawdę trudne chwile” – opowiada ks. Jurij w rozmowie ze Svitlaną Dukhovych z ukraińskiej redakcji Radia Watykańskiego. Kapłan wyznaje, że sytuacja wciąż jest pełna niepokoju z powodu toczących się w tym regionie zaciętych walk. Wiele osób opuściło miasto w poszukiwaniu bezpieczniejszych miejsc, zarówno na terenie Ukrainy, jak i za granicą. „Wielu naszych parafian, wiele rodzin wyjechało. Jednocześnie do miasta przybyły nowe osoby, głównie z terenów położonych w pobliżu linii frontu. Są wśród nich również uchodźcy z Enerhodaru, który obecnie znajduje się pod okupacją” – relacjonuje proboszcz. Wskazuje, że rosyjska inwazja przyniosła mieszkańcom Sławutycz nowe rany, ponieważ wielu z nich należało do oddziału wojskowego odpowiedzialnego za ochronę elektrowni w Czarnobylu. „Niektórzy zostali schwytani przez Rosjan – opowiada ks. Jurij – większość została już uwolniona, ale wciąż czekamy na powrót niektórych osób. Niestety, niektórzy zginęli w niewoli, byli bestialsko torturowani lub zostali zabici podczas transportu. Dla tych, którzy nosili w sobie rany po tragedii jądrowej, ta inwazja otworzyła nowe rany, które dziś bolą i są niezwykle ciężkie” – podkreśla kapłan.
Gest miłości bliźniego
Ks. Jurij zauważa, że w jego codziennej posłudze duszpasterskiej wciąż nie da się zapomnieć o tragedii Czarnobyla. „Likwidacja skutków awarii była prawdziwym aktem heroizmu, gestem miłości wobec bliźniego, jak uczy Chrystus – mówi kapłan. – Ludzie, którzy ryzykowali własnym życiem, pracowali nad ograniczeniem skutków katastrofy. Wielu z nich odeszło, wielu jest pochowanych tutaj, w naszym mieście. Inni nadal ponoszą konsekwencje: w ciele i w sercu. Dom i dobra materialne można odbudować, zdrowia i życia nie. Właśnie to ciąży najbardziej”.
Historia Ivanny
Wśród osób, które poniosły konsekwencje najgorszej katastrofy technologicznej w historii, jest Ivanna, dziś 67-letnia parafianka greckokatolickiej wspólnoty w Sławutyczu. „Nasze miasto było piękne. Doskonała infrastruktura, mnóstwo młodych ludzi – wspomina. – Był las, grzyby, jagody, domki letniskowe. Rzeka pozwalała mieszkańcom płynąć aż do Kijowa. Każdy miał pracę”. W 1986 roku jej życie zmieniło się radykalnie. W momencie tragedii sprzedawała warzywa na ulicznym straganie. Początkowo nikt nie wyjaśnił mieszkańcom, co się dzieje. „Następnego dnia spacerowaliśmy z dziećmi i widzieliśmy dym z reaktora, ale nikt nie kazał nam się schować” – wspomina. Dopiero kolejnego dnia ogłoszono ewakuację, informując jednak, że potrwa ona tylko trzy dni i zalecając, aby nie zabierać ze sobą zbyt wielu rzeczy. Gdy po kilku dniach jej rodzina próbowała wrócić do miasta, powiedziano im, że powrót nie będzie już możliwy. Wszystko, co wynieśli ze sobą z mieszkania, razem z samochodem, którym wyjechali, zostało skonfiskowane z powodu skażenia. Przez cztery lata błąkali się bez dachu nad głową, aż w 1990 roku otrzymali mieszkanie w Sławutyczu.
Trudna codzienność
Mąż Ivanny zmarł pięć lat temu, jej syn pracuje w innej elektrowni jądrowej na Ukrainie, a córka mieszka w Kijowie. „Trudno uwierzyć, że minęło już czterdzieści lat od katastrofy” – mówi Ivanna. – Myślałam, że po katastrofie przeżyjemy najwyżej rok, dwa, bo to było naprawdę trudne. Ale, jak to mówią, dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. Najtrudniejsze dla niej jest dziś obserwowanie strat spowodowanych wojną. „Chodzę do kościoła codziennie, a nasz proboszcz jest też kapelanem wojskowym. Często odbywają się pogrzeby żołnierzy. Tak wielu młodych ludzi traci życie. Za każdym razem myślisz: «Panie, czy to będzie wreszcie ostatni taki pogrzeb?»” – opowiada. Wyznaje, że swą siłę czerpie z modlitwy, której prawdziwe znaczenie odkryła dopiero w czasie wojny. „Rozważam Słowo Boże, odmawiam różaniec, to bardzo mi pomaga. Zrozumiałam, że muszę się więcej modlić, zaufać Bogu, a wtedy jest jakoś łatwiej” – wyznaje kobieta. Ivana podkreśla, że modlitwa ją uspokaja, nawet wówczas, gdy do oczu napływają jej łzy, gdy czyta wiadomości o kolejnych ofiarach czy słyszy odgłos bombardowań. Kobieta codziennie chodzi do kościoła i angażuje się w życie wspólnoty parafialnej. Jak mówi, stara się pielęgnować nadzieję, która pozwala jej dalej trwać.
Po prostu być
Według ks. Jurija najbardziej bolesne są rany związane ze stratą najbliższych. Dotyczy to zarówno ofiar katastrofy jądrowej, jak i obecnej wojny. Kapłan wskazuje, że mieszkańcy tego regionu ponieśli wiele strat. „W naszym małym kościele odprawiliśmy pogrzeby ponad osiemdziesięciu żołnierzy. Wiem, jak wielki ból odczuwają rodziny: ileż dzieci zostało sierotami, ileż kobiet zostało wdowami, ileż matek pochowało swe dzieci” – mówi greckokatolicki kapłan. Wyznaje, że jego „kapłańskim zadaniem jest nie tylko pocieszanie czy wspieranie, ale czasem zwyczajnie bycie przy kimś: słuchanie, przytulanie. Dla wielu osób jest to bezcenny dar”.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

