Prof. M. Szporer: „Ewangelia normandzka” wyzwaniem dla Polski i Ukrainy
28 sierpnia 2015 | 10:27 | Waldemar Piasecki / mz Ⓒ Ⓟ
Przed Ukraińskim Kościołem Greckokatolickim stoi historyczne wyzwanie, doprowadzenia swych wiernych aby stanęli w prawdzie w bolesnym temacie wzajemnych relacji ukraińsko-polskich. I nie kryjmy, w dużej mierze to także droga Ukrainy do Europy – uważa prof. Michael Szporer.
Wykładowca dziennikarstwa i nauk politycznych na University of Maryland w rozmowie dla KAI mówi m. in. o polityce Rosji wobec Ukrainy oraz o postulowanej przez prezydenta Andrzeja Dudę potrzebie zmiany tzw. „formatu normandzkiego” a także włączenia w kwestię konfliktu na Ukrainie oprócz Polski, także Stanów Zjednoczonych i innych państw.
KAI: Czy rozumie Pan logikę krytyki stanowiska, że w interesie Polski leży możliwość wpływu na to, co dzieje się na Ukrainie, zwłaszcza, że ta Ukraina uważa Polskę za swego „adwokata” w UE? Polska, jak wiadomo, została wystawiona na aut, a działa obecnie tzw. format normandzki, gdzie decydują Moskwa, Paryż i Berlin. Dlaczego ma to być traktowane jak Ewangelia?
Prof. Michael Szporer: Dobre pytanie! Nie ma żadnego powodu aby „format normandzki” stał się „Ewangelią normandzką”, a więc czymś kanonicznie niezmiennym. Polska została odepchnięta od tego formatu i nie ma powodu, aby temu przyklaskiwała. Trzeba o tym wyraźnie mówić. Oczywiście Polska, a przede wszystkim były szef jej dyplomacji Radosław Sikorski zapracował na to, aby się znaleźć na aucie spraw ukraińskich. Zadecydowały o tym wydarzenia poprzedzające ucieczkę Janukowycza. MSZ po prostu był nieprzygotowany na Majdan. Nie przypuszczano w alei Szucha, że protest może potrwać tam aż tyle czasu.
Brak rozpoznania sytuacji, wiedzy i dostatecznego wsparcia analitycznego oraz buta w poczynaniach Sikorskiego, wygenerowały brak zaufania w Kijowie na zasadzie dawnego resentymentu „polskiego pana”, który poucza „ukraińskiego chochoła” co ma robić, a nawet jak żyć. Opozycja ukraińska dobrze to zapamiętała, a wybrany na prezydenta oligarcha Petro Poroszenko wyciągnął praktyczne konsekwencje, dystansując się od pomysłu, aby Polska uczestniczyła w rozmowach na temat rozwiązania konfliktu rosyjsko-ukraińskiego.
Oczywiście głównym rozgrywającym był Putin. To on wykorzystujący sytuację agresji Krymu i destabilizacji wschodniej Ukrainy, postawił warunki, że może rozmawiać o ustępstwach, ale nie z Unią Europejską, tylko wybranymi jej członkami. Tradycyjnie i historycznie z pierwszą potęgą kontynentalną czyli Niemcami oraz z Francją – tradycyjnie i historycznie wykazującą prorosyjskie sympatie. Jestem przekonany, że Poroszenko nie był w takiej sytuacji zainteresowany, aby znalazło się miejsce przy tym stole także dla Polski. Owszem, znalazło się dla… Białorusi w mutacji „formatu normandzkiego” czyli „formacie mińskim”.
KAI: Powiedziano Polsce fora ze dwora?
– Tak się właśnie stało. Mimo że Polska jest kluczową siłą w tym rejonie, na pograniczu UE. Jest także bramą ze Wschodu do Europy. Przede wszystkim dla Ukrainy. Tej bramy nie da się przeskoczyć górą, ani obejść bokiem. Być może Poroszenko potrzebuje czasu, aby to zrozumieć i docenić, ale limit tego czasu nie jest nieograniczony. Jeżeli Ukraina rzeczywiście chce wejść do UE, powinna mieć świadomość, że Europa jest wspólnotą równych i nie funkcjonuje w kategoriach oligarchicznych jako podział na silnych i silniejszych. Wymyślanie osi normadzkich jest jakimś absurdem.
KAI: Dlaczego w takim razie Niemcy i Francja na to przystały?
– Zapewne dla podbudowania przekonania o swoim unikalnym znaczeniu w Europie oraz jakieś – nazwijmy to – misji cywilizacyjnej wobec Rosji. Znaczenie mają też ich problemy wewnętrzne. Niemcy pozostając motorem ekonomicznym Europy, zaniedbały kwestie wojskowe doprowadzając swoje siły zbrojne do niewydolności obronnej, co dopiero teraz jest jakoś odrabiane. Z kolei Francja ma ogromne problemy etniczne i socjalne. „Format normandzki” to takie trochę odwracania uwagi społeczeństwa i mówienie mu: „Patrzcie jakie wielkie koncerty dyplomatyczne odgrywamy. Jak się poświęcamy dla Europy”.
KAI: Jak ocenia Pan standard „połajanek” prezydenta Polski przez szefa dyplomacji min. Schetynę? Czy sprzyja to wizerunkowi Polski?
– Pan Grzegorz Schetyna, a w tym też chętnie orkiestrujące go media, nie powinni upolityczniać spraw. Cóż takiego się stało, że prezydent Andrzej Duda jasno stwierdził, że Polska powinna być włączona w dialog? Zapytam więc – co jest alternatywą? Podwijanie ogona? Aby polityka zagraniczna kraju była skuteczna warto pomyśleć o racji stanu — co jest dobre dla kraju i nie bawić się w politykę realizując co się spodoba w Berlinie. Bardziej aktywny udział USA, lub zbliżenie z Wielką Brytanią powinno być częścią szerszej strategii, która ma sens. Uważam ze krytykowanie prezydenta przez ministra jest niestosowne jeśli ma wyłącznie zasięg polityczny — w przypadku Pana Schetyny niestety ma. Ciśnie się na usta przysłowie: „Dłużej klasztora niż przeora”. Przeor przesadza.
KAI: Podziela Pan pogląd, że w kwestię konfliktu na Ukrainie powinny zostać włączone, oprócz Polski, także Stany Zjednoczone i inne państwa zagrożone rozwojem wydarzeń?
– Ameryka oczywiście powinna w tym uczestniczyć, bowiem jest globalnym mocarstwem, do którego swe prośby i marzenia adresuje Ukraina. Należy też pamiętać, że podobnie jak w polskiej rewolucji solidarnościowej, w ukraińskiej „pomarańczowej rewolucji” ogromną rolę odegrały społeczności narodowe mieszkające właśnie w Stanach Zjednoczonych a nie na Księżycu. Jestem też zdania, że kraje bezpośredniego sąsiedztwa Ukrainy, których konflikt też może dotyczyć, powinny być konsultowane. Kijów powinien zrozumieć, że im więcej będzie zainteresowanych rozwiązanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, tym lepiej dla nich, a tym gorzej dla Rosji.
KAI: Myśli Pan, że Kijów nie bardzo to rozumie?
– Oba „formaty”: normandzki i miński bez USA to szczególnie kruchy rozejm, a nie żadne trwale porozumienie. Czy też polepszenie sytuacji obwodów donieckiego i ługańskiego albo Krymu. Jest to tylko na rękę Putinowi. Putin jednak to nie Rosja! Gra na zachodnich podziałach jest jego tymczasowym sukcesem, powodującym pogłębienie kryzysu w Rosji i coraz więcej ofiar konfliktu na Ukrainie.
Rosja Putina już pokazała co potrafi na Krymie i w Donbasie – nie tylko wykorzystaniem sił specjalnych ale i elementu kryminalnego. Nie bez powodu taka Rosja jest często kategoryzowana na świecie jako mafijne państwo „mafia state” z globalnymi interesami. Warto pamiętać, że Ukraina do niedawna była podobna. A rosyjsko-ukraińskie związki mafijno-oligarchiczne to związki bardzo silne. Wierzę, że Ukraina chce odzyskać swoją tożsamość, jako kraj i państwo. Nie łudźmy się jednak, że wejdzie w struktury wspólnoty europejskiej jedynie z… głębokiego życzenia.
KAI: Coraz więcej sił politycznych w Polsce podkreśla, że dla relacji polsko-ukraińskich powinno być kluczowe zdefiniowanie przez Ukrainę oficjalnego stosunku do organizacji OUN i UPA oraz ich „mitu założycielskiego” dzisiejszej Ukrainy?
– Nie tylko Polaków, ale i Żydów, Czechów i Węgrów. Pamiętajmy, że Holocaust zaczął się na byłych kresach. Ukraina żyje w mitach przeszłości, które przeszkadzają jej w szybkim rozwoju demokracji. Ma to nawet wpływ na stabilizację wewnętrzną kraju. Ta niechlubna historia robienia bohaterów z faszystów jest kultywowana przez część ukraińskiej elity intelektualnej, nawet profesorów historii. I to nie są jakieś subiektywne opinie, ale moje osobiste doświadczenia z wizyt w tym kraju.
To jest częściowo spuścizna sowietyzacji, ale jest nie do przyjęcia, na pewno nie w Europie, czy szerzej we wspólnocie transatlantyckiej. Niestety ta nacjonalistyczna demagogia tylko pomaga w zamęcie ideologicznym. Bardzo też jest na rękę samemu Putinowi, bo maskuje jego rzeczywiste intencje grabieżcze wysuwając na plan pierwszy obronę mniejszości rosyjskiej przed „ukraińskim faszystami”. Poza tym jak można mówić o faszyzowaniu Putina gloryfikując samemu faszystowską przeszłość na Ukrainie i racjonalizując masowe ludobójstwo, w tym Polaków na Wołyniu?
Wracając zaś do pytania, oczywiście można starać się zrozumieć te mordy jako chory nacjonalizm w beznadziejnej sytuacji lub w historycznym kontekście Holodomoru i strasznej biedzie panującej na Ukrainie w tych czasach. Ale zrozumienie nie jest równoznaczne z automatycznym i „propagandowym” wybaczeniem. Zapomnieć przeszłości nie wolno.
Strategiczne odłożenie sprawy, aby w pierwszym rzędzie pomóc walczącej Ukrainie odzyskać suwerenność tak naprawdę nie załatwia sprawy. Oczywiście, radykalne elementy banderowców są mniejszością. Ale jest faktem, że odegrali bardzo znaczącą rolę na Majdanie. Daleki jestem od wiązania patriotyzmu z chorym nacjonalizmem. Niemniej powiązania mafijne Prawego Sektora na Zakarpaciu są zdumiewające jak i generalna korupcja panująca w regionie i w państwie. Dlatego podzielam opinię, że Ukraina powinna dać społeczności międzynarodowej komunikat, jaki ma do swojej przeszłości i jak lokuje w niej zjawiska ludobójczego nacjonalizmu.
KAI: Jak ocenia Pan politykę obecnego prezydenta Ukrainy wobec Polski? Czy Poroszenko jest typem polityka stylu zachodniego czy raczej postsowieckiego oligarchy, który uzyskał władzę, w państwie aspirującym do Europy, ale z wielkim żalem pozbywającym się dawnych nawyków i praktyk?
– Do Europy daleka droga. Wejścia w struktury demokratycznych państw i praworządności życzę Ukrainie szczerze. Niestety postsowiecki oligarchizm panuje tam nadal i ma się bardzo dobrze. Myślę, że nie warto szczególnie wymieniać tu prezydenta kraju, bo oligarchiczne myślenie wśród liderów to tamtejsza choroba powszechna i nie zawsze do opanowania. Prognoza, że Ukraina z korupcji się wyleczy w szybkim czasie nie jest trafna. Chciałbym się mylić.
KAI: Czy rozumie Pan, jak Ukraina mogłaby iść do UE wciąż dopuszczając łamanie praw człowieka w stylu sowieckim, jak w przypadku obywatela Polski – Orłowa, który jest oskarżony o zlecenie zabójstwa?
– Sprawa Aleksandra Orłowa, Rosjanina z polskim obywatelstwem, w sprawie którego Sejm RP wysłał delegację do Kijowa, jest przykładem układów korupcyjno-mafijnych nadal istniejących na Ukrainie. Zaskakująco prostackie otwarte łamanie praw człowieka i uwiezienie osoby na podstawie zeznań morderców narkomanów chwały Ukrainie nie przynosi. Kijów powinien tę sprawę dawno załatwić, bo ponosi odpowiedzialność za brak praworządności. Przecież Orłow to poważny dziennikarz śledczy. W tych czasach Ukraina takich jak on potrzebuje, potrzebuje prawdy.
KAI: Jak postrzega Pan rolę Kościołów na Ukrainie w obecnej sytuacji?
– To bardzo ważny temat wart zapewne osobnego potraktowania. Oczywiście wiemy, że chrześcijaństwo przyszło do Rosji przez Ukrainę zwaną wówczas Rusią Kijowską. Ukraina pod niewolą bolszewicko-sowiecką był ateizowana ogniem i mieczem. Wykazała jednak daleko większą odporność na ten proces niż sama Rosja.
Dziś przy mniej więcej czterokrotnej przewadze ludności w Federacji Rosyjskiej w porównaniu z Ukrainą, oba państwa mają bardzo podobną ilość wiernych różnych denominacji. Upraszczając nieco, można by rzec, Ukraina posiada religijność silniejszą niż Rosja. Przypomnijmy, że dominujący jest Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Kijowskiego skupiający połowę społeczności wiernych (50,5%). Drugą siłą prawosławną jest Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego z mniej więcej jedną-czwartą wiernych (25,8%). Autokefaliczny Kościół Prawosławny to około – siedem procent. Nurt katolicyzmu jest bardzo silny na zachodzie kraju i tak Ukraiński Kościół Greckokatolicki liczy około 9 procent. Kościół rzymskokatolicki to ponad 2,5%. Dość szybko rozwijające się denominacje protestanckie przekroczyły wielkość dwuprocentową. Około jednego procenta przyznaje się do judaizmu.
Można powiedzieć, że klasyczne nurty ortodoksji prawosławnej skłaniają się ku opcji postrzegania euroazjatyckiego charakteru terenu swego działania i natury wiernych. Akcentują dość powszechną także w Rosji odrębność czy nawet wyjątkowość historyczno-kulturową, coś pomiędzy Azją i Europą, na różnym poziomie powiązania z Rosją. Ryt denominacji katolickich zdecydowanie akcentuje europejskość ukraińską. Podobnie protestanci.
W płaszczyźnie religijnej, nieco upraszczając, Ukraina w dużej części jest terenem dialogu mistycyzmu podnoszącego misję narodu rosyjskiego i ukraińskiego, jako jego „części” z koncepcjami personalizmu katolickiego, kładącego nacisk na rolę jednostki i jej odpowiedzialności jako świadomego członka Kościoła. Jesteśmy tam świadkami starego, wciąż jednak aktualnego sporu historycznego czy sednem religii jest zbiorowość czy osoba.
Historycznie najbardziej związany z Polską jest Kościół greckokatolicki. Dobrze wiemy, jaką rolę odgrywał w panoramie stosunków międzywojennych jego metropolita arcybiskup Andrzej Szeptycki, notabene rodzony brat polskiego generała broni Stanisława. Abp Szeptycki starał się kiełznać ukraiński nacjonalizm w wydaniu OUN i UPA, zaś podczas okupacji sowieckiej i hitlerowskiej Lwowa brał udział w ratowaniu Żydów. Niestety nie wszyscy wierni uniccy prezentowali tę linię i z tego powodu nie mało polskiej krwi zostało przelanej. Wydaje się, że przed tym Kościołem stoi historyczne wyzwanie prowadzenia swych wiernych by stanęli w prawdzie w bolesnym temacie ukraińsko-polskich relacji wzajemnych. I, nie kryjmy, w dużej mierze to także droga Ukrainy do Europy.
KAI: Czy podziela Pan opinię, że z Ukrainą lepiej nie rozmawiać o sprawach trudnych, bo się obrazi?
– To byłoby raczej uwłaczanie jej. Traktowanie jak dziecka „specjalnej troski”. Na pewno selektywne omijanie pewnych bolesnych spraw nie przydaje sławy Ukrainie. To, co sławę jej przynosi to młode generacje, które chcą żyć w normalnym kraju, i powinny mieć taką szansę. Okłamywanie ludzi o historii, prostacki populizm i mieszanie go z patriotyzmem temu nie sprzyjają. Wręcz przeciwnie, wzbudza to nienawiść do innych, opartą na głębokich kompleksach i niskiej ocenie samych siebie. To, co sławi Ukrainę, to ci młodzi co walczą o swój kraj z nadzieją, że ich rówieśnicy w Rosji to też tacy sami ludzie, i też się rozliczą prędzej czy później z mafijnym systemem, który ich wykorzystuje.
KAI: Wierzy Pan, że to o czym mowa wyżej powinno znaleźć się w korekcie polityki zagranicznej Polski?
– Jestem o tym przekonany. Lamenty pana Schetyny, że spowoduje to jakieś „twarde lądowanie” jakoś mnie nie wzruszają.
Rozmawiał Waldemar Piasecki
Prof. Michael Szporer jest wykładowcą dziennikarstwa i nauk politycznych na University of Maryland, pisarz, tłumacz i publicysta. Absolwent Indiana University, Hunter College oraz Universite de la Sorbonne. Jest też członkiem Rady Muzeum Ofiar Komunizmu w Waszyngtonie oraz członkiem założycielem American Polish Advisory Council. Autor kilku książek, w tym „Solidarity. The Great Workers Strike of 1980”. Za swego mentora uważa profesora Jana Karskiego
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.


