W Libanie jest już 500 tys. uchodźców. „To wygląda jak biblijny exodus”
07 marca 2026 | 16:22 | Jol, Avvenire | Bejrut Ⓒ Ⓟ
Fot. OUSAMA AYOUB/SIPA/SIPA/East NewsW ciągu trzech dni liczba przesiedleńców wzrosła z 30 tys. do ponad pół miliona, co stanowi ogromne wyzwanie dla kraju, który wciąż odczuwa skutki niewypłacalności finansowej sprzed kilku lat. Uchodzący Libańczycy mówią, że „bomby ich ścigają”, a sytuacja z każdą chwilą staje się coraz trudniejsza. Pociski nie tylko burzą ściany budynków, ale także łamią serca tych, którzy w nich mieszkają.
Pierwsi przesiedleńcy zdołali znaleźć miejsce w 321 ośrodkach recepcyjnych utworzonych przez rząd, zazwyczaj w szkołach publicznych, wiele osób schroniło się u krewnych i przyjaciół. Swe drzwi otworzyły kościoły i placówki duszpasterskie. Jednak większość uchodźców nadal desperacko poszukuje bezpiecznego rozwiązania.
Spekulacje na nieszczęściu
Na ulicach stołecznego Bejrutu widać pozbawionych nadziei ludzi siedzących na chodnikach. Inni śpią w samochodach, zmęczeni bezcelowym wędrowaniem. Jedną z największych przeszkód w znalezieniu dachu nad głową są właściciele mieszkań położonych w „bezpiecznych” dzielnicach, którzy spekulują na sytuacji kryzysowej. Czynsz za dwupokojowe mieszkanie, które normalnie kosztuje 400 dolarów miesięcznie, wzrósł do ponad tysiąca.
Działanie organizacji humanitarnych
Fundamentalną rolę w pomocy odgrywają libańskie i międzynarodowe organizacje pozarządowe. Aloma García Grau jest kierownikiem oddziału WeWorld, włoskiej organizacji pozarządowej działającej w Kraju Cedrów od 2006 roku. „Oferujemy zestawy żywnościowe i środki higieny osobistej, ale obecnie wraz z władzami libańskimi rozważamy możliwość przekazania rodzinom gotówki na pilne wydatki” – mówi Aloma García Grau. Dodaje, że lokalna kadra kierowanej przez nią organizacji liczy około sześćdziesięciu wolontariuszy, w większości Libańczyków: „Myśl, że wielu z nich jest obecnie samych wysiedleńcami, jest absurdalna”. Emad Shuman, który pracuje jako tłumacz, martwi się o swoją 81-letnią mamę, która na dodatek choruje na Alzheimera. „W poniedziałek rano jeden z krewnych pojechał, żeby zabrać ją i opiekunkę do Bejrutu. Wyglądało to, jak biblijny exodus. Pokonanie 80 km zajęło im 21 godzin. Przez całą drogę moja mama była zdezorientowana. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczy nasz dom, który niedawno odnowiliśmy po zniszczeniach poniesionych podczas poprzedniej wojny w 2024 roku”.
Bomby ścigają uchodzącą ludność
Karim wie, że nie zobaczy już swojego mieszkania w Haret Hreik, na południowych przedmieściach Bejrutu, zbudowanego dzięki oszczędnościom zgromadzonym podczas długich lat pracy w Arabii Saudyjskiej. „Powiedziano mi, że zostało zrównane z ziemią, ale dziękuję Bogu, że moja rodzina jest bezpieczna” – wyznaje mężczyzna. „W jakiej dżungli żyjemy?” – pyta z oburzeniem. Wyjaśnia, że jego bratu odmówiono wjazdu do Syrii, mimo że jego żona jest rodowitą Syryjką. Usłyszał, że nie wjedzie, ponieważ jest szyitą. Layla wraz z rodziną uciekła z południa kraju. „Bomby ścigają nas nawet tam, gdzie wydaje nam się, że jesteśmy bezpieczni” – mówi, opowiadając o drodze ucieczki. Wyznaje, że „nie zdążyliśmy się nawet rozpakować w małym domu, który znaleźliśmy w Sydonie, gdy czarny dym ogarnął całe miasto”. Pocisk uderzył w dziesiąte piętro budynku „Makassed”, znanego sunnickiego stowarzyszenia charytatywnego, które zarządza rozległą siecią szkół i szpitali. „Bezpodstawny atak na instytucję cywilną, która skupia lekarzy i wolontariuszy” – czytamy w komunikacie, w którym władze miasta Sydon informują o pięciu zabitych i kilku rannych.
Bicie dzwonu sprzeciwem wobec exodusu
Na dalekim południu niektóre miejscowości chrześcijańskie opierają się nakazowi ewakuacji. W Alma el-Shaab, w prowincji Tyru, bicie dzwonu kościelnego oznaczało zdecydowany sprzeciw mieszkańców wobec pomysłu exodusu. Z Rmeish, w prowincji Bint Jbeil, Yussef informuje, że mieszkańcy nie zamierzają w żadnym wypadku wyjeżdżać, mimo że libańskie wojsko wycofało się z całego obszaru. „Tutaj jest całe nasze życie” – mówi mężczyzna. Dodaje, że ludziom trudno zostawić ziemię i uprawiane z oddaniem plantacje. Jak mówi, udaje się o nie dbać jedynie w pobliżu domów, ponieważ zbliżanie się do granicy jest absolutnie zabronione. Zdesperowani kolejną wojną Libańczycy podkreślają, że „żadna matka nie powinna kłaść swoich dzieci do łóżek, zastanawiając się, czy następnego dnia będą jeszcze żywe”.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

