Drukuj Powrót do artykułu

Osobisty pielęgniarz Franciszka: płakał z radości, kiedy zawiozłem go na plac

20 kwietnia 2026 | 14:19 | jol, Corriere della Sera | Rzym Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. Dimitri Conejo Sanz / Cathopic

Zachował w pamięci jego zapach. Zapach papieża Franciszka. Za każdym razem, gdy ogarnia go tęsknota, a dzieje się tak bardzo często, Massimiliano Strappetti, 56-letni rzymianin, pielęgniarz, którego wszyscy widzieliśmy na tysiącach zdjęć pchającego wózek Bergoglio, zarówno w Watykanie, jak i w szpitalu Gemelli, otwiera buteleczkę wody kolońskiej z Apteki Watykańskiej, „którą papież zwilżał twarz przed wyjściem z domu Świętej Marty”, i wącha ją. „W ten sposób w jednej chwili – mówi – przypomina mi się wszystko, co było”. Tak jak w tym wywiadzie, pierwszym, którego rok po śmierci Franciszka udzielił największemu włoskiemu dziennikowi „Corriere della Sera”. „Był dla mnie drugim ojcem – wyznaje – do dziś bardzo mi go brakuje”.

Massimiliano Strappetti w wieku 20 lat rozpoczął pracę w klinice Gemelli, następnie przeniósł się do watykańskiej służby medycznej i w trakcie swojej kariery opiekował się do końca również Janem Pawłem II oraz papieżem Benedyktem XVI. Obecnie należy do personelu medycznego Leona XIV

Corriere della Sera: Przez dwa i pół dnia nieustannie czuwał Pan przy otwartej trumnie papieża. Dlaczego?

Massimiliano Strappetti: Ponieważ do samego końca z miłością opiekowałam się ciałem Ojca Świętego i wtedy czułam potrzebę, by zająć się nim również w tej sytuacji, gotowy do interwencji w razie jakiejkolwiek potrzeby wynikającej z długiego wystawienia zwłok wiernym. Tak było słusznie. 

Przeżył Pan z nim całą mękę choroby, a z pewnością najpiękniejszym dniem była Niedziela Wielkanocna, 20 kwietnia 2025 roku. Wigilia jego śmierci. Rok temu.

Tak, mogę teraz ujawnić coś, co zawsze trzymałem w tajemnicy. Tego dnia, po błogosławieństwie „Urbi et Orbi” i uroczystej procesji wśród wiernych, kiedy wróciliśmy do domu Świętej Marty, papież był wyczerpany, ale szczęśliwy jak dziecko, któremu podarowano słoiczek czekolady. W windzie, kiedy zostaliśmy tylko we dwójkę, po jego twarzy spłynęła łza. Była to łza radości. 

Franciszek powiedział: „Dziękuję, że sprowadziłaś mnie z powrotem na plac”. Obiecał mu to Pan, prawda?

Tak, nie lubił pobytów w szpitalu, za każdym razem, gdy musiał jechać do Gemelli, zawsze żartował: „Zobaczysz, teraz kardynałowie przygotują konklawe»”. Ale 14 lutego jego stan stał się naprawdę poważny, więc powiedziałem mu: „Ojcze Święty, musimy jechać do szpitala”. On westchnął: „To ostatni raz, kiedy widzę Świętą Martę, prawda?”. I właśnie wtedy złożyłem mu obietnicę: „Sprowadzę cię tu z powrotem w papieskim stroju”. I tak się stało. 

Czy uważa Pan, że droga uznania świętości jest również dla Franciszka?

Franciszek zawsze mawiał: „cuda czyni tylko Jezus”. Nie ukrywam jednak, że są przypadki, które będą musiały zostać zbadane. Zarówno przez Kościół, jak i przez naukę. Mam na myśli osoby dotknięte poważnymi chorobami, które wyzdrowiały. Zobaczymy. Ale dla mnie Franciszek już jest świętym.

O świcie w Poniedziałek Wielkanocny Franciszek odwrócił się w Pana stronę, wziął za rękę i zamknął oczy na zawsze. Co was tak połączyło?

Być może fakt, że postrzegałam go jako człowieka, a dopiero potem jako papieża. Dlatego naturalne było dla niego, by mi się powierzyć. W Wielkanoc, przed przejazdem papamobilem, martwił się: „Czy dam radę wsiąść do jeepa? – pytał mnie – A co, jeśli ktoś nas w tym czasie zobaczy?”. W sumie to zmartwienia zwykłego człowieka, którego prawe kolano boli tak bardzo, że nie może założyć butów, ale nie wstydzi się prosić o pomoc. Mówił też: „Wiesz, dlaczego ci ufam? Zapytałem o ciebie i dowiedziałem się, że każdemu pomagasz, woda sodowa nie uderzyła ci do głowy”. Ale bardzo łączyło nas też poczucie humoru. Każdego ranka, kiedy się budził, pytał mnie: „Cześć, kto dzisiaj umarł?”. Taki właśnie był.

Podczas 38 dni pobytu w Gemelli pod klinikę przybyły tysiące osób.

Tak, cieszył się z tego wyrazu miłości, był bardzo szczęśliwy, kiedy dowiedział się, że argentyńscy tancerze zaczęli tańczyć pod jego oknami.

Co zostało Panu po Franciszku?

Poza jego zapachem zamkniętym w buteleczce wody kolońskiej i tą ogromną wdzięcznością, która mnie przepełnia? Pozostały mi liczne książki kucharskie, które mi podarował, znając moje drugie życie jako aspirującego szefa kuchni. A także piękne słowa, które pewnego dnia skierował do mojej partnerki Barbary, dziękując jej za to, że znosi tak skomplikowane życie u boku papieskiego pielęgniarza. I to, co powiedział mojemu synowi Mattiemu, który jako mały chłopiec grał na bramce tak jak on w Argentynie. Zmarł w jednej chwili, nie spodziewałem się tego. Udar mózgu: mam nadzieję, że nie cierpiał.

Jak doszło do wyjścia papieża w ponczo?

Ach tak, to był 10 kwietnia! Spacerowaliśmy spokojnie po korytarzu w domu Świętej Marty, kiedy nagle powiedział do mnie: „Chciałbym pójść do bazyliki, muszę porozmawiać z konserwatorami ołtarza katedry”. Ja nie miałem marynarki, a on miał na sobie argentyńskie ponczo, które nosił w pokoju. Zapytałem go: „A co, jeśli nas zobaczą?”. A on: „I tak idziemy”. Ale był tam fotograf. Następnego dnia, budząc go, powiedziałem mu o tym. A on: „No i dobrze, to idziemy tam także dzisiaj!”. To zdjęcie obiegło cały świat. 

Dużo żartowaliście jak ojciec i syn.

Tak, ale raz stałem się poważny i zwierzyłem mu się, że jestem rozwiedziony. „A w czym problem?”, zapytał mnie. Potem zapytał: „Ale czy pozwalają ci przyjmować komunię?”. I dodał: „Bo inaczej powiedz mi, jak nazywają się ci księża, którzy odmawiają, pójdę z nimi pogadać!”. Był to zaskakujący, odważny i radosny papież. Dlatego tęsknię za nim i często odwiedzam go w bazylice Santa Maria Maggiore.

Żeby go pozdrowić?

Tak, idę do grobu, przynoszę mu białą różę i rzucam jeden z naszych żartów. Może się roześmieje.

 

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.