„Chris Rea i jego życie między popiołem a różem”. Rozmowa z Szymonem Babuchowskim
20 kwietnia 2026 | 16:23 | rk | Bielsko-Biała Ⓒ Ⓟ
Fot. HENRYK PRZONDZIONOCzy w bluesowych dźwiękach gitary slide można odnaleźć drogę do sacrum? Na te i inne pytania odpowiada w rozmowie z KAI Szymon Babuchowski – muzykujący poeta, autor tekstów piosenek, dziennikarz „Gościa Niedzielnego” – zafascynowany twórczością Chrisa Rei. Dokonał niemożliwego – przetłumaczył 264 piosenki artysty i napisał jego biografię, mimo że wcześniej nikt na świecie się tego nie podjął. W wywiadzie dla KAI autor przybliża postać muzyka, który w cieniu wyniszczającej choroby zadawał Bogu ważne pytania, a jednocześnie nigdy nie wywiesił białej flagi.
KAI: Patrząc z zewnątrz, można odnieść wrażenie, że przeżywasz bardzo intensywny moment. Ukazała się pierwsza na świecie biografia Chrisa Rei, wyszedł Twój nowy tomik poezji, a do tego napisałeś teksty do oratorium o św. Józefie. Czy sam też widzisz to jako jakiś szczególny czas?
Szymon Babuchowski: Tak, zdecydowanie tak to postrzegam. Choć jednocześnie jest to dla mnie o tyle zaskakujące, że nie było to w żaden sposób zaplanowane. Raczej powiedziałbym, że to efekt domykania się różnych projektów, które przez długi czas pozostawały w fazie „otwartej”. Przez długi czas miałem poczucie, że składam się z takich pootwieranych szufladek, pozaczynanych rzeczy, których nie umiem skończyć. I właściwie pod koniec zeszłego roku zdałem sobie sprawę, że te różne ścieżki jakby schodzą się w jednym punkcie – niemal w tym samym czasie. Tomik wierszy i książka o Chrisie Rei ukazały się na przestrzeni dwóch czy trzech tygodni. Trzeba jeszcze dodać, że równolegle nagraliśmy z Patrykiem Filipowiczem i kilkoma innymi muzykami płytę projektu Ludzie Chrisa z moimi tłumaczeniami piosenek Chrisa Rei. Ten materiał jest już gotowy – w tej chwili szukamy dla niego wydawcy. Gotowe są też moje teksty i muzyka Marcina Stycznia do wspomnianego oratorium – z tym, że ono akurat światło dzienne, jako płyta, ujrzy prawdopodobnie pod koniec tego roku, a premierę koncertową będzie miało 19 marca, czyli w uroczystość św. Józefa Oblubieńca, w przyszłym roku. Te wszystkie rzeczy z pewnością wzajemnie na siebie wpływały. Zawsze była mi bliska korespondencja sztuk, zwłaszcza poezji i muzyki. Akcenty różnie się rozkładały w różnych okresach mojego życia, ale teraz jakoś wszystko zbiegło się w jedną całość.
A do tego jeszcze jesteś dziennikarzem. Czy ta praca jest twoją „kotwicą” w rzeczywistości, żebyś „nie odleciał”?
– To działa w dwie strony. Gdy jest się mocno zaangażowanym w świat słowa „użytkowego”, czasem przychodzi zmęczenie, które nie pozwala w pełni rozwinąć skrzydeł w innych dziedzinach. Dotyczy to zwłaszcza poezji, która wymaga oddechu, oderwania się od bieżących spraw, ciszy. Ale być może faktycznie jest mi potrzebne, żebym – tak jak mówisz – „nie odleciał”. Dziennikarstwo uczy dyscypliny, gospodarowania słowem, kompozycji.
No i jest jeszcze najważniejsza „kotwica”, czyli rodzina. Pozwolę sobie zauważyć – jest ona coraz bardziej widoczna w twojej poezji.
– Ona była obecna od początku, choć być może teraz towarzyszy tej tematyce większa paleta emocji, bo piszę zarówno o sprawach trudnych, bolesnych, jak i o tych radosnych. W moim najnowszym tomie są na przykład wiersze poświęcone córce. To zresztą zbliża mnie trochę do Chrisa Rei, który był człowiekiem bardzo rodzinnym. Znamy jego piosenki poświęcone córkom – Josephine i Julii – ale są też utwory dedykowane żonie, jak choćby „Stainsby Girls”. Pisząc jego biografię, zwracałem dużą uwagę na te wątki rodzinne. On bardzo pięknie mówi o swojej żonie – bez patosu, ale z ogromną czułością. To była relacja trwająca od czasów szkolnych aż do końca życia. W świecie show-biznesu nie jest to czymś oczywistym.
Co było pierwszym impulsem, który sprawił, że zainteresowałeś się właśnie Chrisem Reą?
– Pandemia. W te smutne wieczory, kiedy nie wychodziło się z domu, szukałem wieczorami muzyki, która pomagałaby mi zasnąć. I wtedy przypomniał mi się Chris Rea, którego słuchałem jeszcze w szkole podstawowej. W tamtym czasie na tapecie były płyty „The Road to Hell” czy „Auberge”, czyli był to właściwie szczyt jego popularności. Ale potem trochę o nim zapomniałem – jakoś zniknął z mojego pola widzenia. Znałem, oczywiście, jego największe przeboje, ale nie zagłębiałem się bardziej w jego twórczość. Dopiero moment, kiedy postanowiłem do niego wrócić i przyjrzeć się temu, co robił później, sprawił, że zainteresowałem się nim bardziej.
Zaczęło się od tłumaczeń, bo zafascynowały mnie jego późne piosenki. Ja w ogóle lubię wydobywać z twórczości różnych artystów rzeczy mniej znane. Niespecjalnie interesują mnie składanki typu „The Best of”. To, oczywiście, może być dobre na początek, ale mnie zawsze fascynuje to, co nie jest odkryte. A czymś takim w przypadku Chrisa Rei okazała się właśnie jego późna twórczość – mocno zakorzeniona w bluesie, powstająca w doświadczeniu ciężkiej choroby. Po bardzo trudnej operacji, kiedy usunięto mu trzustkę, dwunastnicę i fragmenty przewodu żółciowego, zmagał się z różnymi dolegliwościami ciała, ale jednocześnie zaczął stawiać pytania bardziej duchowe – o Boga, Jego obecność i troskę o człowieka. Ten etap bardzo mnie zafascynował. Zacząłem tłumaczenie od utworu „Last Train” z płyty „Road Songs for Lovers”. To piosenka o pociągu, do którego trzeba wskoczyć, kiedy nie mamy już wyjścia – bo to ostatni pociąg. Nie wiemy, dokąd jedzie, ale nic innego nam nie pozostaje. Można to odczytywać metaforycznie – może nawet jako coś w rodzaju „zakładu Pascala”. Wejście do tego pociągu to może być także krok w stronę wiary. Oczywiście nie jest to powiedziane wprost, bo tekst jest wieloznaczny, ale w późnej twórczości Chrisa jest wiele takich momentów, które problem wiary eksponują.
Więc po tym, jak przetłumaczyłem pierwszy tekst, pomyślałem: może jeszcze kilka następnych, może nawet powstałaby z tego jakaś płyta? I tak, po nitce do kłębka, zrobiły się z tego 264 tłumaczenia – tyle mam na dziś. Ktoś mógłby powiedzieć, że to jakieś szaleństwo, ale mnie właśnie to szaleństwo doprowadziło do zainteresowania niezwykle ciekawym człowiekiem. Przez tłumaczenia doszedłem do biografii, bo zacząłem szukać kontekstów, w których powstawały piosenki. A z tego zrodziła się już uporządkowana wiedza. Więc kiedy zobaczyłem, że na świecie nie ma biografii Chrisa Rei, przyszła myśl, że warto się tym podzielić. Zacząłem pisać książkę, początkowo nie mając jeszcze wydawcy – robiłem to trochę dla siebie, choć oczywiście z nadzieją, że kiedyś ktoś się tym zainteresuje. Napisałem pierwszych siedem rozdziałów właściwie jednym ciągiem, ale potem przyszła proza życia i inne sprawy zajęły moją uwagę. W pewnym momencie jednak odezwało się do mnie wydawnictwo Emocje Plus Minus z pytaniem, nad czym aktualnie pracuję – może warto byłoby przygotować książkę biograficzną o jakimś muzyku? Od razu zaświeciło mi się w głowie: Chris Rea. Wydawnictwo zainteresowało się tym pomysłem, więc miałem już silną motywację, żeby pracę zintensyfikować i doprowadzić ją do końca.
Finał był jednak dla mnie zaskakujący – bo kiedy książka była już napisana i trwały prace redakcyjne, Chris Rea zmarł. Musiałem dopisać ostatni rozdział i nieco przeredagować całość. To był finał, którego absolutnie nie dało się zaplanować.
Tak, kontekst jest rzeczywiście niezwykły, bo to było tuż przed świętami Bożego Narodzenia zeszłego roku, kiedy Chris Rea zmarł. Ale czy praca nad tą biografią, pierwszą w historii opisującą jego życie, bardziej przypominała dziennikarskie śledztwo, czy raczej osobistą podróż? Bo wygląda na to, że z jednej strony były tłumaczenia, a z drugiej musiałeś się zmierzyć z podstawową kwestią, czyli faktami z życia artysty.
– Dla mnie była to zdecydowanie osobista podróż, choć z elementami śledztwa. Zrodziła się z fascynacji – nie tylko twórczością, ale i samym człowiekiem. Kluczowe było dla mnie to, że był to człowiek bardzo skupiony na sztuce. Być może właśnie dlatego jest mi tak bliski, że nie był typem gwiazdora, tylko kimś, kogo naprawdę interesuje tworzenie pięknych dzieł. A tworzył wielotorowo: był multiinstrumentalistą, świetnym kompozytorem, autorem tekstów, wokalistą. Znakomicie posługiwał się techniką slide – pod tym względem był jednym z najlepszych gitarzystów na świecie. Ale to nie wszystko: malował, projektował okładki płyt, tworzył lub współtworzył filmy, był kierowcą wyścigowym. Człowiek wielu pasji. I te wszystkie aspekty starałem się pokazać w książce.
Nie jest to wywiad-rzeka, bo nie miałem możliwości osobistego kontaktu z artystą. W czasie gdy pracowałem nad książką, był już bardzo chory. Natomiast podstawą mojej pracy była bardzo wnikliwa kwerenda. To było trochę jak układanie puzzli – informacji o nim jest sporo, ale są bardzo rozproszone: w wywiadach prasowych czy internetowych. Bardzo pomógł mi mój kolega Kamil Krężel, fan Chrisa, który posiada dużą kolekcję wywiadów i tekstów o nim napisanych w różnych językach. Udostępnił mi te materiały, co okazało się ogromnym wsparciem. To była momentami wręcz benedyktyńska praca – porządkowanie faktów, konfrontowanie różnych wersji wydarzeń, weryfikowanie niepewnych informacji. Sam Chris w swoich wypowiedziach bywał nieprecyzyjny, zdarzało mu się np. mylić daty, więc trzeba było wszystko bardzo dokładnie zestawiać. Zależało mi jednak na tym, żeby narracja była możliwie lekka w odbiorze. Dlatego pojawił się pomysł, by książkę zbudować wielotorowo. Jest więc główny tekst, w którym prowadzona jest podstawowa opowieść, ale są też ramki – rozszerzenia dla bardziej zainteresowanych czytelników. Zawierają one dodatkowe informacje o konkretnych utworach, autonawiązaniach, pasjach malarskich czy ciekawostkach związanych ze współpracą z innymi muzykami. To coś, co można doczytywać, ale można też skupić się tylko na głównej narracji.
Dodatkowym elementem są propozycje utworów do słuchania – do każdego rozdziału przypisana jest jedna piosenka. Stworzyłem też na Spotify playlistę – wybrałem 75 utworów, które uważam za szczególnie ważne, takie „kamienie milowe” jego twórczości. Mam nadzieję, że pozwalają one zobaczyć Chrisa Reę w pigułce. Dzięki temu można książkę czytać, jednocześnie słuchając muzyki.
Mam wrażenie, że Twoja książka o Chrisie Rei to historia o artyście przez duże „A”, który rzeczywiście jest przekonany, że jego główną tożsamością jest bycie artystą. Ale jednocześnie jest to artysta, który – wbrew wielu historiom, jakie słyszymy – nie musi rezygnować ze szczęścia rodzinnego. To nie jest dla niego jakiś dramatyczny dylemat. Być może kiedyś przed nim stanął, ale rozwiązał go w sposób – powiedziałbym – niekonfliktowy. Jego życie jest dowodem na to, że można pogodzić te dwie perspektywy, w miarę szczęśliwie.
– Tak, choć wiąże się to również z rezygnacją z pewnych elementów kariery artystycznej. Być może mogłaby się ona rozwijać jeszcze szerzej, ale tutaj kluczowe było wyważenie tego, co naprawdę istotne. Jest w książce zacytowany fragment wywiadu, w którym Chris opowiada, że w momencie największego sukcesu płyty „The Road to Hell” otrzymał propozycję wielkiej trasy koncertowej po Stanach Zjednoczonych – po wcześniejszej bardzo intensywnej trasie po Europie. I z niej zrezygnował, bo zauważył, że zaczyna oddalać się od rodziny. Usiadł więc z żoną, przedyskutowali tę sprawę i podjął decyzję. Dla mnie to jest wyraźny dowód na to, że rodzina była dla niego najważniejsza. W momencie, kiedy miał szansę jeszcze bardziej rozwinąć swoją karierę, wybrał relacje. I myślę, że m.in. to zaowocowało tym, że zarówno z żoną, jak i z córkami, jego więź była do końca bardzo bliska.
Co Cię najbardziej zaskoczyło i poruszyło w historii tego artysty o korzeniach irlandzko-włosko-cygańskich?
– Jest tam wiele takich elementów. Na przykład historia jego dziadka, od której zaczynam książkę. Dziadek był włoskim imigrantem, który przyjechał do Wielkiej Brytanii za pracą i założył biznes lodziarski, później przejęty przez ojca Chrisa. Zginął jednak na statku „Arandora Star”. To bardzo dramatyczna historia. Włoscy imigranci zostali uznani za element podejrzany i internowani. Trafili na statek, który miał ich przewieźć do Kanady. Na pokładzie byli też Niemcy. Statek został storpedowany – prawdopodobnie przez pomyłkę – przez niemiecką łódź podwodną. I dziadek Chrisa zginął. To była ogromna trauma dla rodziny, która przez długi czas wpływała na jej historię. To także jedna z tych mniej znanych, wstydliwych kart historii Wielkiej Brytanii, szerzej odkrywanych dopiero w XXI wieku. Tym bardziej że synowie tych imigrantów często służyli w brytyjskich siłach zbrojnych.
Jeśli chodzi o samego Chrisa, bardzo charakterystyczne jest jego wewnętrzne rozdarcie: między potrzebą podróży a pragnieniem bycia w domu. On sam o tym mówił – że z jednej strony jest w nim „pater familias”, a z drugiej tęsknota za drogą. Wspominał też o swoich odległych, cygańskich korzeniach. To napięcie – między domem a drogą – stale powraca w jego piosenkach. Jest człowiekiem niespokojnym, trochę „pękniętym”. Mówił też, że nie potrafi powstrzymać kreatywności – że tworzenie jest dla niego imperatywem. Wstaje rano i właściwie od razu zaczyna pracę: maluje, pisze piosenki, teksty. Szczególnie intensywnie tworzył w czasie choroby. I tu pojawia się coś naprawdę niezwykłego – projekt „Blue Guitars”. To 11-płytowy album, który opowiada historię bluesa – nie tekstami, ale muzyką. Każda płyta reprezentuje inną odmianę tego gatunku: od bluesa Delty, teksańskiego czy chicagowskiego po bardziej nieoczywiste formy, jak blues celtycki czy latynoski. Każda płyta to inny świat. A najbardziej zdumiewające jest to, że cały ten projekt powstał w półtora roku – w czasie ciężkiej choroby. Jak to możliwe? Kluczem była systematyczność. Chris założył sobie, że codziennie będzie pracował po 12 godzin – i rzeczywiście to zrobił. Powstało dzieło, które – moim zdaniem – nie ma odpowiednika w historii muzyki, zarówno pod względem rozmachu, jak i wizji. Moim zdaniem, „Blue Guitars” to jeden z najbardziej niedocenionych projektów muzycznych XXI wieku.
Gdy wspomniałeś o tych jedenastu różnych albumach w różnej tonacji, przypomniał mi się „Ulisses” Joyce’a, gdzie każdy rozdział napisany jest w innym stylu, innym językiem. Może Irlandczycy mają coś w sobie takiego – jakieś maksymalistyczne dążenie do opowiedzenia całego świata. Chciałem jeszcze spytać o klucz chrześcijański, bo oczywiście w książce się on przewija – są takie momenty, kiedy szukasz jakby tego zasianego ziarna, które w Chrisie tkwi i od czasu do czasu wyraźnie je dostrzegasz.
– Tak, to jest o tyle ciekawe, że on jest wychowany w rodzinie rzymskokatolickiej. Natomiast, jak sam przyznaje, przez długi czas nie miał bliskiej relacji z religią i w zasadzie ten moment ciężkiej choroby jest chwilą, kiedy zaczyna na nowo szukać, drążyć. On bardzo dużo o tym nie mówi – więcej można wyczytać tak naprawdę z piosenek. Jest dosyć powściągliwy w opowiadaniu o tych relacjach, ale to widać choćby od płyty „Stony Road”, która jest tym pierwszym albumem nagranym po ciężkiej chorobie. Tam z jednej strony mamy moment, w którym wręcz kłóci się z Panem Bogiem, ale z drugiej strony pojawia się kojące, gospelowe uwielbienie: „Someday My Peace Will Come Home”, gdzie jest już wyraźne wyznanie wiary w to, że kiedyś przyjdzie upragniony pokój, że Bóg ten pokój mu da. To jest właśnie ta niespokojna dusza, która próbuje uwierzyć, ale czasem ma problem z poddaniem się temu, co Pan Bóg dla niego przygotował albo co się z nim dzieje. Bo to, co dzieje się z jego ciałem – doświadczenie choroby – jest czymś bardzo bolesnym. I dlatego sam Chris mówi, że blues stał się dla niego formą wyrażenia tego, co czuje i co przeżywa; że to była jedyna forma muzyczna, w której mógł to wyrazić. Przyznaje też, że nie ma już czasu, żeby zajmować się tym, co mało istotne. Dlatego odchodzi od komercyjnego grania. To jest moment, kiedy wytwórnia proponuje mu nagranie płyty z duetami – z różnymi artystami. Takie projekty robi się często wtedy, kiedy chce się podtrzymać komercyjny sukces albo go jeszcze domknąć. On idzie jednak zupełnie w inną stronę. Nagrywa płytę bluesową, niekomercyjną, której żadna z wielkich wytwórni nie chce wydać. Wydaje ją najpierw we własnej wytwórni, a dopiero potem niemiecki Edel publikuje ją po raz drugi. Ale jego już nie interesuje sława, przynajmniej nie w takim stopniu. W jednym z wywiadów opowiada, że jego ostatnią myślą przed operacją była ta: „Przecież nigdy nie nagrałem płyty takiej, jaką naprawdę chciałem” – że zawsze były jakieś kompromisy, nagrywanie pod wytwórnię, pod czyjeś oczekiwania. A po 2000 roku nagrywał już po prostu to, co mu w duszy grało. I dlatego ten mniej znany okres jego twórczości jest dla mnie tak ciekawy.
Na koniec zapytam, trawestując trochę tytuł Twojego ostatniego tomiku: co w życiu Chrisa Rei dominowało bardziej – „popiół” czy „róż”? Wiem, że „popiół” często pojawia się w Twojej poezji jako motyw, ale chyba od pewnego czasu także jest i miejsce na „róż”. A jak było u Chrisa Rei?
– To wszystko zależy od etapu twórczości. Bo np. dzisiaj, kiedy rozmawiamy, mija 40. rocznica wydania płyty „On the Beach”. To płyta bardzo łagodna, jasna, zawierająca piosenki miłosne, dedykowane głównie żonie, ale także córce, bo jest na przykład „Little Blonde Plaits”, zainspirowany obrazem córki – zdjęciem wykonanym na plaży. W tym okresie było więc pewnie więcej tego „różu” w jego życiu. Niektórzy mówią, że Chris stał się wtedy prekursorem muzyki chilloutowej. Jest tam dużo elementów łagodnych, ale z drugiej strony są też płyty bardziej rockowe, jak „The Road to Hell” – mocno już zderzające się ze światem. No i najbardziej chyba „pełna popiołu” – „Stony Road”, czyli „Kamienista droga”.
Myślę, że w jego twórczości zderzenie tych elementów jest bardzo ciekawe. To nie jest twórczość zanurzona tylko – jeśli już trzymamy się tej metaforyki – w „popiele” albo tylko w „różu”. Interesujące w niej jest właśnie ścieranie się tych światów, wszystko to, co jest owocem napięcia między nimi. Z jednej strony czułość i liryzm, z drugiej – zmaganie się z sobą samym, ze światem, z Bogiem. Chris jest w tym bardzo szczery. Ksiądz Jerzy Szymik kiedyś pięknie napisał, że „Chris Rea gra na naszych emocjach” – to znaczy: uruchamia w człowieku bardzo czułe struny, zarówno te radosne, jak i bolesne. Dlatego wielu z nas jest w stanie odnaleźć w tej twórczości swoje emocje. Dla mnie jest ona nieustannym poszukiwaniem nieba, za którym się tęskni. Znamienne, że płytę „The Road to Hell” zamyka utwór „Tell Me There’s a Heaven”. Ta tęsknota za niebem w twórczości Chrisa Rei wydaje mi się kluczowa.
Gdzieś słyszałem oryginalną definicję tego, kim jest chrześcijanin. Chrześcijanin to ktoś, kto mocno stąpa po ziemi, widzi kiepską kondycję ludzką, dostrzega rzeczywistość taką, jaka ona jest, ale nigdy nie wywiesza białej flagi. Czy w tej definicji zmieściłby się Chris Rea?
– Zdecydowanie tak. On jest człowiekiem, u którego widoczna jest niezłomność w tworzeniu, w dzieleniu się sobą, także na scenie, mimo ciężkiej choroby. Robi to – dosłownie – „do upadłego”. W 2017 roku, już po udarze, odbywa intensywną trasę wokół płyty „Road Songs for Lovers”, pod koniec której upada na scenie i już więcej na nią nie wraca. Był człowiekiem, który bardzo się eksploatował w tworzeniu, w dawaniu ludziom tego, co w sobie nosił. Jego twórczość była pełna poszukiwania, skupienia się na tym, co najważniejsze. W tym na pewno nie wywiesił białej flagi.
Rozmawiał Robert Karp
Szymon Babuchowski (ur. 15 maja 1977 r. w Katowicach) – muzykujący poeta, autor tekstów piosenek, dziennikarz i literaturoznawca. Od ponad 20 lat kieruje działem kultury „Gościa Niedzielnego”. Jego twórczość poetycka była wielokrotnie nagradzana i tłumaczona na języki: angielski, hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński.
Autor tomów poetyckich: „Sprawy życia, sprawy śmierci” (2002), „Czas stukających kołatek” (2004), „Wiersze na wiatr” (2008), „Rozkład jazdy” (2011), „Drzewo pomarańczowe” (2011), „Zanim przyjdziesz” (2014), „Jak daleko” (2018) oraz „Popiół i róż” (2025). Dwa przedostatnie zbiory były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a tom „Jak daleko” otrzymał także Orfeusza Czytelników.
Współtwórca zespołu Dobre Ludzie, z którym nagrał albumy „Łagodne przejście” (2015) i „Dalej” (2019). Pomysłodawca i współautor zbioru reportaży „Kościół na końcu świata” (2013), autor wywiadu rzeki „Niebo będzie później” (2016) oraz e-booka „Królestwo nad rzeką. Przemiany klasycyzmu w poezji Wojciecha Wencla” (2024).
W lutym 2026 r. ukazała się jego książka „Chris Rea. Biografia niespokojnej duszy” – pierwsza na świecie pełna biografia brytyjskiego muzyka. W przygotowaniu jest również płyta projektu muzycznego Ludzie Chrisa, zawierająca piosenki Chrisa Rei w jego przekładach. Teksty Babuchowskiego wykonywali m.in. Stanisław Soyka, Natalia Niemen oraz Marcin Styczeń, z którym współtworzy oratorium o św. Józefie z Nazaretu „Święty drugiego planu”.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

