Drukuj Powrót do artykułu

Wojna zabrała jej syna, dziś pomaga żołnierzom walczących na froncie

11 maja 2026 | 13:48 | rj, Vatican News | Watykan Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. Vatican Media

„Nie ma większego bólu niż pochowanie własnego dziecka. Przechowuję rzeczy syna i wciąż na niego czekam” – wyznaje Lubow Tymczenko. Jej syn, Ołeksandr, zginął na froncie 28 lutego 2024 r., miał 29 lat. Jego matka nie mogła zaznać spokoju, dopóki nie spotkała innych kobiet w podobnej sytuacji w ramach Ukraina projektu „Matki z Domu Ojca Pio”. Dziś pomaga żołnierzom, w których widzi swoich synów, a tym, którzy przeżywają żałobę, przekazuje przesłanie nadziei.

Ukraińska matka podjęła świadomą decyzję o kontynuowaniu życia mimo rozdzierającego ją bólu. Każdy uścisk żołnierza powracającego z frontu, każda paczka z jedzeniem przygotowana z miłością, każde słowo wsparcia dla rodziny dotkniętej wojną to ziarno nadziei, które w niej kwitnie.

Wspomnienie „Saszeńki”

„Saszeńka” – tak czule mówi o swoim synu, który poległ na froncie, broniąc swojego kraju. „To takie trudne, ale staram się nie zamykać w sobie, staram się być użyteczna dla innych. Nie jesteśmy wieczni, a chcę, żeby pamięć o nim pozostała jasna, godna i zaszczytna” – wyznaje w rozmowie ze Switłaną Duchowycz z ukraińskiej redakcji Radia Watykańskiego. Kobieta wspomina, że jej syn nie odbył przed wojną obowiązkowej służby wojskowej na Ukrainie, ponieważ uzyskał siedmioletnie odroczenie po tym, jak jego starszy brat zginął tragicznie w wieku 27 lat. Studiował na Uniwersytecie Agrarnym w Winnicy, gdzie uzyskał licencjat. Chciał kontynuować studia, ale po śmierci brata postanowił zrobić sobie przerwę i zaczął pracować z ojcem na roli. „Bardzo kochał pola – wspomina matka – zbieranie pszenicy i kukurydzy. Troszczył się o małe króliczki, żeby ich nie skrzywdzić podczas żniw. Kochał przyrodę, wędkarstwo. Był chłopakiem o wielkiej dobroci”.

Ostatnie słowa przez telefon

Po pełnoskalowej rosyjskiej inwazji, Ołeksandr postanowił wraz z ojcem zgłosić się na ochotnika do Sił Zbrojnych. Przez kilka miesięcy służył w obronie terytorialnej, następnie został wysłany na obszar przygraniczny z Białorusią, a później do obwodu donieckiego. Doznał urazu kolana, przeszedł operację i rehabilitację. Podczas rekonwalescencji udało mu się wrócić do domu, ale przed upływem przewidzianego terminu postanowił wrócić na front. „Dowódca zadzwonił do niego – opowiada Lubow – prosząc, żeby przyjechał, bo brakuje ludzi”. Ołeksandr ponownie udał się do Krasnohoriwki w obwodzie donieckim. Trzeciego dnia po powrocie wszystkim rozkazano ruszyć na front. Tam Ołeksandr zginął. „Ostatni raz rozmawialiśmy 28 lutego, około godziny 21. Powiedział do mojego męża: «Sytuacja tutaj jest bardzo trudna… Daj mi porozmawiać z mamą». Powiedziałam mu: «Synu, dopóki jesteś z nami, mamy życie, nadzieję i radość». Trudno było rozmawiać, bo słowa zagłuszał odgłos strzałów i wybuchów”. „Mamo, powodzenia, a mnie niech stanie się, co ma być” – odpowiedział Ołeksandr. „To były ostatnie słowa, jakie wymieniliśmy. Tej nocy nie spałam, ogarnięta niepokojem. Myślę, że żadna mama nie powinna nigdy doświadczyć takiego bólu, jaki my przeżyliśmy. Była godzina 02:15 w nocy, kiedy poczułam, jakby ktoś przeszywał mnie mieczem. Dopiero później powiedziano mi, że w tym momencie mój syn zginął, zabity przez drony”. Ciało Ołeksandra przywieziono do domu, a rodzice zorganizowali pogrzeb. Tak wiele osób chciało go pożegnać, że procesja do trumny trwała do czwartej rano. „Bardzo chciałam zostać sama z moim dzieckiem, bo nie mogłam zaznać spokoju. Nie mogłam uwierzyć, że to się naprawdę stało” – wspomina Lubow. Jako matka potrzebowała dotknąć ran syna i go przytulić: „Dopiero wtedy zrozumiałam, że nie żyje”.

Fot. Vatican Media

Matka nigdy nie przestaje czekać

Lubow opowiada, że kiedy widzi żołnierzy na ulicy, podchodzi do nich i nieśmiało pyta: „Czy mogę cię przytulić?”. Wydaje jej się wtedy, że przytula swojego syna. Pewnego razu spotkała żołnierza, który najwyraźniej wracał z frontu. Kiedy go przytuliła, poczuła zapach wojny, dymu. „Kiedy Saszeńka wracał, nigdy nie dawał mi swoich ubrań, ale sam wrzucał je do pralki, żebym nawet nie poczuła ich zapachu – opowiada kobieta. – Ten zapach poczułam dopiero wtedy, gdy przywieziono nam jego rzeczy po śmierci. Położyłam wszystko na komodzie, jak w muzeum. Podchodzę tam, rozmawiam z tymi ubraniami. W szafie też są jego rzeczy. Piorę je i odkładam na miejsce, bo Saszeńka wróci. Matka nigdy nie przestaje czekać, niezależnie od tego, czy widziała swe dziecko w trumnie, czy nie. Nie ma na świecie większego bólu niż pochowanie własnych dzieci”.

Był jak promień słońca

Minęły już ponad dwa lata, a jednak rodzice Ołeksandra reagują za każdym razem, gdy przed domem przejeżdża samochód. Bo ich syn zawsze przyjeżdżał niespodziewanie. „Pojawiał się jak promień słońca. I do dziś czekamy na niego tak samo, jak na ten promień słońca – opowiada mama. – Kiedy słyszymy samochód lub motocykl, spodziewamy się, że to on. Wiecie, moja dusza jest bardzo zmęczona, ale ja wciąż czekam… To nie jest oszukiwanie samej siebie, ale wyraz tego jak moje serce pragnie miłości. Moje serce i umysł nie mogą się dogadać: rozum mówi jedno, a serce mówi: «On przyjedzie». Ale on już nie będzie mógł przyjechać…”.

Wspólnie z innymi matkami

W sierpniu 2024 roku Lubow została zaproszona do udziału w projekcie rehabilitacyjnym „Matki z Domu Ojca Pio”. Na początku się wahała: „Wszystko było mroczne, znikąd światła”. Kobieta nie potrafiła pogodzić wspomnień z pogrzebu z nadzieją, że jeszcze raz zobaczy swojego syna. W końcu jednak zdecydowała się i pojechała do Kijowa, do parafii braci mniejszych kapucynów, którzy prowadzą ten projekt. „Dzisiaj nie wyobrażam sobie bez tego projektu życia, chyba bym oszalała” – mówi. Dzięki otrzymanej pomocy Lubow nauczyła się żyć na nowo, „aby podtrzymać jasne wspomnienie o synu”. Uczestnicząc w sesjach psychologicznych i dzieląc ból z innymi matkami – w projekcie bierze udział szesnaście kobiet – znalazła siłę, by iść naprzód. Po powrocie do domu ponownie dostrzegła kwiaty w ogrodzie i zdjęła czarną chustkę. Jest bardzo wdzięczna tym, którzy pomagają matkom w żałobie odnaleźć własną drogę do dalszego życia. Dzięki uczestnictwu w projekcie „Matki z Domu Ojca Pio”, Lubow wraz z grupą innych matek odwiedziła Watykan, gdzie spotkała się z papieżem, a później wzięła udział w innym projekcie. Tak odkryła rozszerzoną rodzinę, złożoną z matek, które dzielą ten sam ból: „Nasze rany krwawią w ten sam sposób”. Specjaliści, którzy się nią zajmowali, zawsze wspierali ją z życzliwością, szacunkiem i oddaniem. To cenne wsparcie: „Dla nas to wielka siła, ogromna pomoc, pociecha dla duszy” – mówi Lubow.

Pomoc, a czasem po prostu uścisk

Wielu kolegów z jednostki i przyjaciół Ołeksandr nadal kontaktuje się z jego rodzicami i odwiedza ich. Lubow wraz z grupa kobiet, którą prowadzi w swojej wsi, poświęca się pomaganiu żołnierzom: przygotowują jedzenie, pakują paczki pełne potrzebnych rzeczy i organizują wiele innych akcji. Zimą, podczas silnych mrozów, Lubow zobaczyła w mediach społecznościowych post kobiety, która prosiła o świece do ogrzewania żołnierzy na froncie. „Wyprodukujemy je” – skomentowała, prosząc o adres, na który można je wysłać. Niedługo potem odebrała telefon: dzwonił żołnierz Wadym. „Mamo Lubow, [ukraińscy żołnierze często nazywają „mamą” matki swoich kolegów i poległych żołnierzy, przyp. red.] siedzimy przy świecach. Po raz pierwszy od dwóch tygodni poczuliśmy ciepło i mieliśmy ciepłą wodę”. „To napełniło mnie radością – wspomina kobieta. – Przez kolejne miesiące, za każdym razem, gdy widziałam ogień, miałam ich przed oczami. Wydawało mi się, że mogę im przekazać trochę ciepła”. Żołnierze, choć nie znali ani jej, ani jej syna, często ją odwiedzają. Obejmuje ich wtedy i razem płaczą: „W każdym chłopcu widzę moich synów i kocham ich wszystkich”. Tym, którzy przeżywają żałobę, ta dzielna mama radzi, żeby się nie zamykali w sobie, nie pielęgnowali gniewu, tylko żyli pełnią życia, bo „wszyscy jesteśmy na tej ziemi tylko gośćmi i musimy przejść tę drogę z godnością, bez względu na to, jak trudne może to być”.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.