Ks. Krzysztof Strzelczyk: po 50 latach kapłaństwo wciąż mnie zaskakuje
21 maja 2026 | 12:38 | Robert Karp | Bielsko-Biała Ⓒ Ⓟ
Fot. diecezja bielsko-żywiecka Historia życia ks. Krzysztofa Strzelczyka to droga, która rozpoczyna się w rodzinnej Białej, prowadzi przez posługę wśród chorych dzieci w Rabce, dojrzewa w wieloletnim probostwie w Tenczynku, a dziś powraca do miejsca początku – w posłudze rezydenta w Bielsku-Białej. To opowieść o kapłaństwie zakorzenionym w codzienności, ale otwartym na historię, człowieka i zmieniający się świat. Ks. Strzelczyk 23 maja br. obchodzi 50-lecie kapłaństwa.
Dzieciństwo i młodość w Białej
Ks. Krzysztof Strzelczyk urodził się 17 października 1951 roku. Gdy miał cztery lata, jego rodzice przeprowadzili się z Komorowic Śląskich do Białej, na osiedle Grunwaldzkie. Tam kształtowało się jego dzieciństwo i pierwsze doświadczenia wiary.
Wychowywał się w domu głęboko religijnym, ale jednocześnie bardzo „normalnym” – osadzonym w realiach pracy i codziennych obowiązków. Mama pracowała w Befamie, ojciec w zakładach Lenko. To ich przykład stał się pierwszym fundamentem powołania.
„Pierwsze wyraźne wspomnienie związane z kościołem to moment, kiedy stoję przy balaskach, przepycham się w tłumie ludzi. Było ich wtedy naprawdę bardzo dużo. Jakoś udało mi się przecisnąć między nogami dorosłych, tata został gdzieś dalej z tyłu, a ja znalazłem się z przodu. Widziałem wtedy, jak rodzice swoim przykładem prowadzą mnie do kościoła. Nigdy niczego nie nakazywali, po prostu dawali świadectwo” – wspomina.
Ogromną rolę odegrali także kapłani parafii bialskiej – m.in. ks. Zygmunt Zuchowski – którzy wprowadzali młodego chłopca w życie liturgiczne i wspólnotowe. Krzysztof był aktywnym ministrantem, a pierwsze doświadczenia służby przy ołtarzu stały się początkiem głębszego rozeznawania drogi kapłańskiej.
„Pierwsze kroki w ministranturze stawiałem pod opieką kleryka Leona Firleja, późniejszego oficjała sądu warszawskiego. Żyje do dziś, ma już chyba 89 lat” – wyjaśnia.
„Do parafii przyszedł ksiądz Kazimierz Górny, późniejszy biskup rzeszowski. Był wtedy po pobycie w szpitalu, trochę schorowany, ale niezwykle gorliwy. Bardzo angażował się w pracę z ministrantami. Właśnie tutaj, w tym miejscu, gdzie teraz jesteśmy, odbywały się spotkania ministranckie, akademie ku czci św. Stanisława, spotkania z chorymi” – tłumaczy.
Ważną postacią był również ks. Mieczysław Polewka, który rozbudził w nim pasję do gór i wędrówek. Dzięki niemu młody Krzysztof poznawał Tatry, przechodząc nawet Orlą Perć – doświadczenie, które, jak sam później wspominał, uczyło wytrwałości i odpowiedzialności.
Uczęszczał do technikum mechanicznego o profilu elektromechanicznym. Nauki ścisłe nie stanowiły dla niego problemu. W tym czasie jego myśli coraz częściej kierowały się ku drodze powołania. „Właściwie niemal codziennie po przebudzeniu wrzucałem coś naprędce do torby, zjadałem kanapkę i biegłem na siódmą rano do kościoła, a stamtąd prosto do technikum mechanicznego. Żeby zdążyć, trzeba było się naprawdę spieszyć” – opowiada.
„Czy ukrywałem tę decyzję? Trochę tak. W szkole powiedziałem dopiero wtedy, gdy dostałem już dyplom. Wiedziała właściwie tylko koleżanka z ławki i najbliżsi. Dla niektórych kapłanów było to jednak pewnym potwierdzeniem ich przypuszczeń. Duży wpływ miał na mnie także ksiądz Karol Jarosz – bardzo solidny katecheta, z którym mam kontakt do dziś. Ma już 61 lat kapłaństwa i mieszka jako rezydent w Myślenicach” – dodaje.
Seminarium i droga do kapłaństwa
W 1970 roku wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. Był to czas intensywnej formacji intelektualnej i duchowej, ale także zmagań wewnętrznych. W tym okresie przeżywał trudny moment związany z ciężką chorobą nowotworową matki. Wsparcie ks. Józefa Sanaka oraz rektora seminarium kard. Franciszka Macharskiego – pomogło mu wytrwać w drodze powołania.
W seminarium spotkał wybitnych wykładowców, m.in. o. Augustyna Jankowskiego oraz ks. Michała Hellera, który wprowadzał kleryków w świat teologii i kosmologii, łącząc naukę z refleksją filozoficzną. „Pamiętam też księdza Józefa Tischnera – może czasem bardziej zapamiętywaliśmy jego anegdoty niż samą filozofię, ale przecież właśnie w tych opowieściach była ogromna mądrość” – zaznacza.
Święcenia kapłańskie przyjął 23 maja 1976 roku w katedrze wawelskiej. To był jeden z ostatnich roczników, którym święceń udzielał jeszcze kardynał Karol Wojtyła.
„Na początku seminarium było nas dwudziestu kilku. Ostatecznie święcenia dla diecezji przyjęło dziewiętnastu. Dwóch kolegów zabrano do wojska, kilku doszło później, część już na pierwszym roku zrozumiała, że to jednak nie ich droga. Różne były powody. Dzisiaj żyje nas trzynastu, zmarło czterech, wśród nich ks. Krzysztof Zając, katecheta dzisiejszego kardynała Grzegorza Rysia. Mamy nadzieję, że jeszcze pożyjemy kilka lat, choć jeden z kolegów jest w bardzo ciężkim stanie – przedwczoraj amputowano mu drugą nogę z powodu cukrzycy” – mówi ks. Krzysztof.
Libiąż – pierwsza parafia i doświadczenie świata pracy
Pierwszą placówką duszpasterską był Libiąż (1976–1979), parafia górnicza, gdzie rytm życia wyznaczała ciężka praca i system zmianowy. Tam neoprezbiter zetknął się z realnymi problemami robotników, w tym z napięciami wokół praw pracowniczych. „To był czas wielkich sporów o pracę górników w niedzielę. Wprowadzano tak zwany system czterobrygadowy, co oznaczało, że niektórzy przez długi czas nie mieli ani jednej wolnej niedzieli. Czasem wręcz przekupywano ludzi wysokimi dodatkami, by zgodzili się pracować właśnie wtedy” – mówi.
„Pamiętam, że powiedziałem kiedyś w kazaniu, iż jest to naruszenie podstawowego prawa człowieka do świętowania niedzieli. Niedługo potem przyszedł na plebanię pewien smutny pan i skarżył się na to, co zostało powiedziane. Proboszcz jednak odpowiedział tak, że mnie nie wydał. Dzięki temu miałem spokój” – uśmiecha się.
To właśnie w Libiążu dotarła do niego wiadomość o wyborze kardynała Wojtyły na papieża. Wspominał ten moment jako doświadczenie wyjątkowej jedności i radości Kościoła. „Słuchałem wtedy Radia Watykańskiego, chyba po słowacku. Dosłownie kilka minut po ogłoszeniu wyboru pobiegłem do kościoła. Jeden z kolegów przygotowywał kandydatów do bierzmowania. Razem wbiegliśmy na dzwonnicę i sami zaczęliśmy bić w dzwony” – wzrusza się ks. Strzelczyk.
Wspomina także papieską Mszę św. na terenie byłego obozu niemieckiego w Brzezince podczas pierwszej pielgrzymki papieskiej do Polski. „Byłem bardzo blisko. Ten tłum ludzi – nieprzeliczony. I jednocześnie myśl o tych setkach tysięcy więźniów, którzy kiedyś byli tam stłoczeni. To robiło ogromne wrażenie. Kiedy Jan Paweł II mówił o tym, że właśnie tutaj zwyciężyła godność człowieka i jego prawa, przechodził mnie dreszcz. Do dziś to pamiętam. Niezwykłe było też to, jak młodzież szła tam pieszo. Rzadko kto liczył na pociąg – nikt nie wierzył, że uda się do niego dostać. Szliśmy więc po kilkanaście kilometrów” – mówi.
W 1978 roku zmarła jego mama – wydarzenie, które głęboko naznaczyło jego życie osobiste i duchowe. „Po jej śmierci zaskoczył mnie tato pytaniem, co sądzę o tym, jakby poszedł do zakonu? Odpowiedziałem: `jak tylko z powodu rozpaczy, to nie masz powołania`. Tato dopracował do emerytury i poszedł do benedyktynów z Tyńca” – wspomina kapłan.
Rabka – kapłaństwo wśród cierpienia
W 1979 roku rozpoczął posługę w Rabce, gdzie spędził 10 lat. Był to jeden z najbardziej intensywnych etapów jego kapłaństwa. „Rabka – miasto dzieci, sanatoriów, ale i bliskość Gorców, Tatr. To od razu mnie pociągało. Pamiętam moje pierwsze spojrzenie na plebanię i otoczenie. Dzieci z sanatoriów spacerowały po terenie, a ja patrzyłem i myślałem: jak do nich dotrzeć? Jak nawiązać kontakt? Czułem, że właśnie tam jest moje miejsce” – przyznaje.
Pracował jako katecheta i kapelan filii Instytutu Matki i Dziecka w Rabce oraz Górnośląskiego Ośrodka Rehabilitacji. Jego codziennością stała się obecność przy dzieciach chorych na mukowiscydozę i zwłóknienie płuc, a także ich rodzinach.
„Po pierwszym roku poprosiłem kurię o pomoc. Powiedziałem wprost, że w takim układzie nie dam rady wejść do sanatoriów tak, jakbym chciał. A właśnie to było moim największym pragnieniem. Zaczęło się dyskretnie, jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Dzięki pielęgniarce – żonie kuzyna księdza Kazimierza Górnego – udało się po cichu zorganizować kontakt z dziećmi. Powiedziała po prostu, że przecież dzieci mają obowiązek spowiedzi świątecznej. Wystarczyło znaleźć kilka chętnych. Potem przyszli kolejni. Później Komunia Święta. Tak stopniowo otwierały się kolejne drzwi” – wyjaśnia.
Posługa ta miała szczególny charakter – spotkanie z cierpieniem, niekiedy śmiercią, ale też z ogromną siłą życia i nadziei. Sama Rabka miała wtedy około trzech tysięcy dzieci przebywających na leczeniu. W tym czasie to było największe skupienie dzieci leczonych na choroby płucne w Polsce, a może i w Europie.
„Po pierwszej kolędzie odważyłem się powiedzieć jednej z lekarek: `Proszę się nie obrazić, ale popełniacie błąd duszpasterski. Ja nie znam się na medycynie, ale jeśli kapłana wzywa się dopiero w ostatniej chwili, to dziecko zaczyna kojarzyć księdza ze śmiercią. A wtedy jest już za późno`. Ku mojemu zdziwieniu przyjęła to bardzo dobrze. Od tej pory zaczęto mnie wzywać znacznie wcześniej. Mogłem rozmawiać z dziećmi świadomie, spokojnie, kiedy były jeszcze przytomne. To zmieniało wszystko” – podkreśla.
„Jeszcze przed 1989 rokiem, udało mi się nawiązać kontakt z Wilnem poprzez osoby z Rabki, które tam miały krewnych. Dzięki temu pojechałem do Wilna dwa razy. To były bardzo ważne i poruszające wyjazdy. Miałem wtedy okazję poznać miejscowe duchowieństwo, wśród nich ks. Tadeusza Kondrusiewicza – jeszcze zanim został arcybiskupem Moskwy” – zauważa.
Tenczynek – 19 lat probostwa i odkrywanie historii
W 1989 roku został proboszczem w Tenczynku, gdzie posługiwał przez 19 lat. Ten okres stał się jego najdłuższym doświadczeniem duszpasterskim. Z jednej strony była to intensywna praca duszpasterska, budowlana i remontowa, z drugiej – otwarcie na historię miejsca. To właśnie tam ks. Strzelczyk odkrył fascynujący świat Tęczyńskich, lokalnych źródeł i zapomnianych narracji.
„Wchodząc do dzwonnicy, znalazłem przewodnik po Rzymie napisany przez księdza Wincentego Smoczyńskiego – jednego z najwybitniejszych organizatorów pielgrzymek do Rzymu. To mnie bardzo zaciekawiło” – wspomina. „Doktor, kapłan, człowiek ogromnej wiedzy, choć żyjący w innych czasach niż późniejsi historycy. Bywało, że jego spojrzenie było bardzo mocno związane z epoką, w której żył, ale intelektualnie był to człowiek wybitny. W kronikach parafialnych zachowały się nawet ślady dawnych napięć i różnic w podejściu duszpasterskim” – zauważa.
W archiwach i dokumentach zaczął odkrywać kolejne ślady historii. Współpracował z historykiem Januszem Kurtyką, wspierając jego badania nad rodem Tęczyńskich i publikacje naukowe. Zaangażował się również w ochronę ruin zamku oraz budowanie świadomości dziedzictwa regionu. „W pobliżu ruin Zamku Tęczyńskich zbudowaliśmy świątynię ku czci św. Rafała Kalinowskiego, na pewno bywał w Tenczynku, głosił kazania, przyjaźnił się z proboszczem z Tenczynka.
W Tenczynku przypominał także o historii „Dzieci Isfahanu” – polskich sierot z armii Andersa, które po wojnie trafiły do tej miejscowości, by na grobie swoich nauczycielek z Isfahanu, pań Krzyżanowskich, pomodlić się z wdzięcznością za ocalenie. Był to ważny wątek pamięci historycznej, łączący lokalność z historią globalną.
Nowy Prokocim i Skawica – kolejne etapy posługi
Po Tenczynku posługiwał w Nowym Prokocimiu, nieopodal Instytutu Pediatrii. Tam zapoczątkował Środowiskowy Dom dla osób z chorobą Alzheimera oraz udostępnił prowadzenie Świetlicy Środowiskowej dla dzieci i porządkował życie duszpasterskie nowej parafii.
Następnie przez 8 lat był proboszczem w Skawicy nieopodal Babiej Góry. Tam szczególnym elementem jego pracy było upamiętnienie ostatniej górskiej wędrówki Jana Pawła II na Policę. Realizował także projekty promujące kulturę chrześcijańską i lokalny folklor, współpracując z instytucjami samorządowymi.
Powrót do Białej i posługa dziś
Po przejściu na emeryturę wrócił do Białej – miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Obecnie jest rezydentem w parafii Opatrzności Bożej w Bielsku-Białej.
Nadal pozostaje aktywny duszpastersko: prowadzi Róże Różańcowe, pełni funkcję kapelana Klubu Inteligencji Katolickiej św. Józefa w Bielsku-Białej, okazjonalnie posługuje wspólnotom Drogi Neokatechumenalnej.
W ostatnich latach jego uwagę szczególnie przyciąga postać ks. Stanisława Stojałowskiego – kapłana i prekursora ruchu ludowego, którego działalność uważa za niedocenioną i wartą ponownego odkrycia. Współpracuje z badaczami i środowiskami lokalnymi, starając się przywracać pamięć o tej postaci.
„Pan Leśniak, długoletni kościelny, który pamiętał dawne czasy, mówił, że robotnicy bardzo go cenili, kiedy przybywał do Białej. Ja to wszystko tylko słyszałem. Dopiero kiedy sięgnąłem do źródeł, zobaczyłem, że to postać naprawdę niezwykła” – mówi z zapałem.
„Stanisław Stojałowski to człowiek, który ma nawet związek z szerokimi nurtami europejskimi. Odwoływał się do Papieża Leona XIII, a jego myślenie było zakorzenione w rodzącej się katolickiej nauce społecznej. Był w Belgii, w miejscach, gdzie rozwijał się ruch robotniczy i gdzie dojrzewały idee, które później znalazły wyraz w encyklice “Rerum novarum”. Chciał je przenieść na grunt lokalny – może czasem zbyt szybko, może bez pełnej systematyzacji, ale był przede wszystkim praktykiem. Niektórzy powiedzieliby nawet, że miał w sobie coś z demagoga, ale jego myśl była twórcza i bardzo konkretna” – opisuje.
„To postać dziś trochę zapomniana, choć badacze coraz częściej podkreślają, że był jednym z prekursorów ruchu ludowego. Zdarza się, że współcześni ludowcy się od niego dystansują, choć jeszcze kilkanaście lat temu wyraźnie go do tej tradycji włączano. Nawet Witos przyznawał, że uczył się spraw ludowych z gazetek Stojałowskiego” – przekonuje. Jednocześnie poleca przeczytanie książki Grzegorza Wnętrzaka „Wszystko dla narodu, wszystko przez lud”. Dzięki jego staraniom pozycja jest dostępna w bibliotekach Bielska-Białej.
Świadek drogi
Po 50 latach kapłaństwa ks. Krzysztof Strzelczyk pozostaje świadkiem drogi, która – jak sam mówi – „wciąż zaskakuje”. „Gdy patrzę na swoje kapłaństwo, widzę je jako drogę, która wciąż mnie zaskakuje. Zaskoczyło mnie choćby to, że wróciłem do Białej. Gdy pojawiła się taka możliwość, po prostu się na to zgodziłem. To wszystko pokazuje, że to droga, która się wciąż rozwija i nie przestaje być zaskakująca” – podsumowuje ks. Krzysztof.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

