„Szukając pocieszenia” – wystawa malarstwa i rysunków Kazimierza Królika
02 czerwca 2026 | 18:13 | mp | Warszawa Ⓒ Ⓟ
Fot. maw.art.plW obrazach Kazimierza Królika cierpienie nie jest końcem opowieści, lecz drogą prowadzącą ku Bogu. Wystawa „Szukając pocieszenia”, prezentowana w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, ukazuje dorobek jednego z najwybitniejszych współczesnych polskich twórców sztuki sakralnej.
Ekspozycja obejmuje 20 obrazów i 10 rysunków powstających na przestrzeni kilkudziesięciu lat – od początku lat 70. XX wieku. Prace prezentowane są w trzech strefach tematycznych: galerii dzieł sakralnych, cyklu pejzaży tatrzańskich oraz portretów matki artysty. Każda z tych części ukazuje odmienny wymiar poszukiwania sacrum – rozumianego jako doświadczenie Tajemnicy, tak charakterystyczne dla twórczości Kazimierza Królika.
Wśród licznych przedstawień pasyjnych szczególną uwagę przyciąga obraz „Ukrzyżowanie. Ekspresja cierpienia” – dzieło o wyjątkowej dramaturgii i sile wyrazu. To niezwykłe studium dramatu ludzkiego ciała poddanego cierpieniu. Jak niegdyś na Golgocie, ciało Chrystusa zostało odarte z wszelkiego majestatu – zwisa w konwulsjach i przejmującym opuszczeniu, pochylone ku ziemi w ostatnim tchnieniu.
Artysta podkreśla, że obrazy religijne najgłębiej mówią również o jego własnym życiu – są „furtką duszy”. Przyznaje, że jego twórczość stanowi także wyraz osobistego cierpienia: „Najlepszą inspiracją są słabości i – najdelikatniej mówiąc – wszelkie nieprzychylności losu, prześladowania i choroby”. Wspomina, że kiedy malował „Ukrzyżowanie. Ekspresję cierpienia”, był poważnie chory: „Istniało tylko cierpienie i konanie (…) i w tym obłędnym cierpieniu zatraciłem świadomość istnienia siebie. Namalowałem konanie człowieka” – wyjaśnia.
Stacje Męki Pańskiej autorstwa Kazimierza Królika uderzają nowoczesną formą i bogatą kolorystyką, ale także – dzięki wyjątkowej umiejętności operowania światłem – wykazują analogie do malarstwa wielkich mistrzów europejskich, takich jak Caravaggio, Vermeer czy Rembrandt. Z ciemnego tła artysta wydobywa ciepłe, pełne blasku barwy. Cecha ta została szczególnie dobrze wyeksponowana dzięki znakomitemu oświetleniu warszawskiej wystawy.
Odnosząc się tych obrazów, bp Michał Janocha pytany przez KAI zwraca uwagę, że choć można w nich dostrzec dalekie inspiracje sztuką późnego średniowiecza, hiszpańskim malarstwem pasyjnym czy Rembrandtem, nie sposób zakwalifikować jej do żadnej szkoły. „Nie jest to ani imitacja dawnych stylów, ani stylizacja czy pastisz. Wszystkie te inspiracje zostały głęboko przefiltrowane przez osobiste doświadczenie artysty, przeżyte i wewnętrznie przyswojone” – ocenia. „Po obejrzeniu tej wystawy trudno pomylić obrazy Kazimierza Królika z dziełami kogokolwiek innego” – dodaje. „To świadectwo bardzo wyrazistego, osobistego stylu”.
Ważne miejsce wystawy Kazimierza Królika zajmują również unikalne pejzaże z cyklu „Tatry”, wykonane ołówkiem. Artysta przez wiele miesięcy każdego roku mieszkał w szałasach na odludnych tatrzańskich halach Kominiarskiego Wierchu. Na papier przenosił niepowtarzalne światło gór, nieustannie odsłaniające nowe oblicza szczytów, skał i szałasów. Rysował Tatry o każdej porze dnia i roku. Szczególnie poruszające są pejzaże nocne, pełne gwiazd, a także zimowe widoki.
„Żyję w stanie nieustannego zachwytu niebem, które jak w gigantycznym kalejdoskopie zmienia swój fantastyczny koloryt – jak w wielogodzinnym filmie – przy muzyce doskonale wykonywanej przez halny czy burzę w Tatrach” – wyznaje artysta.
Zdaniem bp. Janochy również rysunki tatrzańskie przeniknięte są „duchem kontemplacji i tajemnicy”. „Jest on obecny zarówno w pięknie górskiego krajobrazu, jak i w splątanych korzeniach drzew czy w widoku przez okno starej chaty, która wydaje się opuszczona, a jednak w jakiś sposób nadal żyje” – podkreśla.
W twórczości Kazimierza Królika istotne miejsce zajmują także portrety matki. Stanowią one rodzaj epitafium dla najbliższej osoby, a zarazem świadectwo niezwykłej czułości i miłości. Widzimy matkę artysty pochyloną, skuloną, z twarzą ukrytą w dłoniach, której cień odbija się w lustrze lampy naftowej. „Matka obierająca ziemniaki, siedząca przy garnkach w kuchni czy pogrążona w zadumie posiada w tych obrazach wymiar sakralny. Nie wynika on z tematu, lecz z samej formy – pełnej skupienia, uważności i zarazem bezpośredniości” – zauważa bp Michał Janocha.
Sposób tworzenia Kazimierza Królika ma wiele wspólnego ze sztuką pisania ikon – nie tyle w sensie formalnym, ile duchowym. Jak podkreśla Kazimierz Królik, tworzenie dzieła religijnego nie polega jedynie na przedstawieniu określonego tematu. „Żeby naprawdę stworzyć dobre dzieło, trzeba być w nieustannej dyspozycji duchowej, a taką dyspozycję św. Paweł nazwał nieustanną modlitwą, mówiąc: «Módlcie się nieustannie»” – wyjaśnia.
Malarstwo Królika pełne jest teologicznych odniesień i symboli. To swoista „Biblia pauperum”, do której nie potrzeba komentarzy ani tekstów. Sztuka sakralna jest dla niego „przekazem Bożego Ducha, a nie tylko przeżyć twórcy”. Ma – według artysty – „niemal sakramentalną wartość”, ponieważ dzięki swej „obiektywnej zawartości, gdzie estetyka podporządkowana jest ontologii i wyraża myśl teologiczną, w postaci widzialnej ukazuje to, co niewidzialne, i prowadzi tam człowieka”.
Jednocześnie artysta bardzo ostro piętnuje kicz religijny, obecny – jak uważa – w wielu polskich świątyniach. Jest on dla niego „zaprzeczeniem najwyższych wartości” i wręcz „działaniem diabelskim”, ponieważ przedstawia fałszywy, uproszczony obraz religii, zamykając człowieka na doświadczenie sacrum.
Malarstwo Kazimierza Królika nie daje łatwych odpowiedzi. Pokazuje raczej drogę człowieka, który przez całe życie szukał sensu pośród cierpienia, samotności i przemijania. W Chrystusie dźwigającym krzyż, w świetle tatrzańskiego nieba i w twarzy ukochanej matki artysta odnajduje ślady obecności Tajemnicy. Jego sztuka staje się świadectwem, że pocieszenie nie zawsze oznacza uwolnienie od bólu – czasem jest nim samo odkrycie, że nawet w najciemniejszych doświadczeniach człowiek nie pozostaje sam.
W tym sensie wystawa „Szukając pocieszenia” jest czymś więcej niż prezentacją dorobku wybitnego artysty. To zaproszenie do spotkania ze sztuką, która nie schlebia gustom ani nie oferuje łatwych wzruszeń, lecz prowadzi ku Tajemnicy. W obrazach Kazimierza Królika pocieszenie nie przychodzi przez ucieczkę od cierpienia, ale przez odkrycie obecności tego, co niewidzialne – pośród ludzkiego bólu, piękna stworzenia i wiernej pamięci o tych, których kochamy.
Przewodniczący Rady ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturowego KEP pointuje, że twórczość Kazimierza Królika jest przykładem tego, że „wiele najważniejszych i najciekawszych zjawisk w sztuce dzieje się dziś z dala od galerii, salonów i głównego nurtu życia artystycznego”. Jego zdaniem koncentracja wyłącznie na artystycznym mainstreamie może prowadzić do pominięcia rzeczy naprawdę istotnych.
***
Kazimierz Królik urodził się 11 stycznia 1942 roku w Józefowie pod Warką. Dzieciństwo spędził na wsi. W 1955 roku rozpoczął naukę w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Warszawie. Szczególny wpływ na ukształtowanie jego osobowości artystycznej wywarł Jerzy Machaj – rzeźbiarz i zarazem jego cioteczny brat.
Uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych polskich twórców sztuki sakralnej.
Po maturze, w 1960 roku, Królik zdał egzamin na Wydział Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Studiował w pracowniach prof. Ludwiki Nitschowej i Jerzego Jarnuszkiewicza. Współpracował także ze środowiskiem Klubu Inteligencji Katolickiej przy projektach nowoczesnych wnętrz sakralnych. Zaczął projektować wyposażenie kościołów.
W 1964 roku przeniósł się na Wydział Malarstwa do pracowni prof. Michała Byliny i prof. Ludwika Maciąga. Równocześnie uczęszczał na zajęcia z grafiki prowadzone przez prof. Halinę Chrostowską i prof. Andrzeja Rudzińskiego.
Po dyplomie poświęcił się sztuce sakralnej. Zamieszkał najpierw w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach, a następnie w domu Joanny Munkowej – wdowy po tragicznie zmarłym reżyserze Andrzeju Munku. W 1974 roku wystawił swoje prace na Ogólnopolskim Biennale Grafiki.
Rok później został finalistą Światowego Kongresu Grafiki w San Francisco. W latach 70. i 80. pracował głównie przy realizacjach kościelnych. Szczególne miejsce w jego twórczości zajęła Droga Krzyżowa. Już w 1970 roku namalował ją dla Zakładu Niewidomych w Laskach. Dla sióstr felicjanek w Marysinie Wawerskim wykonał w 1974 roku malowidło ścienne o tematyce pasyjnej, a dla kościoła w Goszczynie stworzył fresk „Ostatnia Wieczerza”. Stacje Męki Pańskiej do swojej kaplicy zamówił u niego także kard. Józef Glemp. W latach 1980–1982 pracował nad cyklem Męki Pańskiej dla kościoła Matki Bożej Zwycięskiej w Rembertowie, a w 1995 roku namalował Drogę Krzyżową dla kaplicy Sekretariatu Episkopatu Polski.
W 1999 roku rozpoczął cykl ołówkowych rysunków przedstawiających góry, przełęcze i szałasy, w których mieszkał. Tak powstały „Tatry” – jeden z najbardziej charakterystycznych i osobistych cykli w jego twórczości.
Obecnie mieszka w rodzinnym Józefowie pod Warką. Jak wspomina, spadły na niego niemal wszystkie przeciwności losu. Żyje w biedzie – jak wielu artystów – bez emerytury i bez wsparcia instytucji kultury, wspierany przez przyjaciół oraz ludzi dobrej woli. Mimo wieku i problemów zdrowotnych wciąż maluje – przede wszystkim obrazy religijne, ale także pejzaże znad Pilicy i martwe natury.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

