Drukuj Powrót do artykułu

Ks. Wojciech Nowicki: pielęgnujmy żywą Tradycję, nie skansen

09 lipca 2026 | 13:53 | Dawid Gospodarek, dg | Poznań Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. Soundcloud / ks. Wojciech Nowicki

„Nie powinniśmy się lękać ani tradycjonalistów, ani neokatechumenatu, ani żadnych innych form dzisiejszego życia apostolskiego w Kościele. Papież Leon mówi nam wyraźnie o rozbrajaniu języka, i to jest zadanie dla każdego – myślę, że dla duszpasterzy pracujących w duszpasterstwach tradycji jest to niewątpliwie jedno z priorytetowych zadań” – mówi ks. Wojciech Nowicki, duszpasterzem tradycji katolickiej w Poznaniu i redaktor naczelny “Przewodnika Katolickiego”. W rozmowie z KAI opowiada o duszpasterstwach tradycji katolickiej i sytuacji po nielegalnych sakrach w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X.

Dawid Gospodarek (KAI): Po nielegalnych sakrach w Bractwie Kapłańskim św. Piusa X i reakcji Watykanu widzę w mediach społecznościowych, że nie wszyscy rozróżniają, jak różnorodne i podzielone jest środowisko tradycjonalistyczne – że są, powiedzmy, legalni „tradsi” (też wewnętrznie różni), obok tych ekskomunikowanych i ich zwolenników. Czy mógłbyś zarysować ten tradycjonalistyczny pejzaż, duszpasterstwa i środowiska?

Ks. Wojciech Nowicki: Rzeczywiście dobrze jest uwzględnić tę różnorodność nurtu – i chyba to jest w ogóle najlepsze określenie: nurt tradycyjny czy tradycjonalistyczny w Kościele.

Kiedyś przygotowywałem prezentację właśnie o duszpasterstwie tradycji i zacząłem sięgać do historii, żeby pokazać, jak to się kształtowało. W nurcie tradycjonalistycznym są także sedewakantyści, czyli ci, którzy nie uznają obecnego papieża. Niektórzy z nich uważają, że ostatnim prawdziwie katolickim papieżem był Pius X, inni mówią, że Pius XII – to już zależy od konkretnego nurtu. Oni się w to wpisują.

Potem jest nurt, który uznaje zwierzchność papieża, ale neguje to, co wydarzyło się na Soborze Watykańskim II albo po nim. W ten nurt wpisuje się generalnie Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X – a przynajmniej się wpisywało, bo mam wrażenie, że oni też przechodzą pewną ewolucję. To, co wybrzmiało przy tych ostatnich święceniach w Écône, było właściwie manifestem: Kościół od Soboru Watykańskiego II utożsamiono z kościołem “modernistycznym”, w gruncie rzeczy niekatolickim. Jedyny Kościół katolicki to rzekomo oni.

Ta postawa brzmi całkiem jak przekonania przy okazji innych rozłamów z historii… 

Wydaje mi się, że ostatecznie Bractwo tą konsekracją właściwie pokazało, że w sposobie działania niczym nie różni się od tego, co zrobił Marcin Luter. To jest protest – protestantyzm ubrany w tradycyjne szaty. Zamiast mandatu apostolskiego postawiono zarzut, że od Soboru Watykańskiego II Kościół przestał szerzyć wiarę katolicką, a szerzy nie wiadomo jaką. To jest potężny zarzut.

Nie wiem, jak to potem połączyć z przyrzeczeniem posłuszeństwa biskupowi Rzymu, którą składano również przy tych święceniach – a jednocześnie posłuszeństwa mu się nie okazuje. To ogromna sprzeczność i całkowite niezrozumienie tego, czym w ogóle jest tradycja. Oni patrzą na tradycję jak na pewnego rodzaju skansen.

Bractwo mówi, że to oni idą w duchu tradycji i wiary, a my idziemy w duchu dialogu, dostosowania, empatii i nie wiadomo czego jeszcze. Tylko że Tradycja to nie jest skansen, Tradycja jest żywa, to znaczy podlega rozwojowi i interpretacji przez Magisterium Kościoła. Czy Luter nie zrobił tego samego, uznając się właściwym interpretatorem Objawienia i Tradycji Kościoła? Kard. Gerhard Müller powiedział w tym kontekście o Bractwie, że chcieli być supertradycjonalistami, a zostali superprotestantami.

W tym sensie myślę nawet, że to jest szansa dla „legalnych” duszpasterstw. Przy całym tradycjonalistycznym wychyleniu, wspólnoty te nie chcą stawiać się ponad Kościołem – wręcz przeciwnie. Nie chcą uchylać się od weryfikacji Kościoła, nawet jeśli bywa ona bolesna. Wielu wiernych przechodziło przez bolesne decyzje, ale trwali. Czy nie to pokazują nam wielcy święci: że trwają w jedności pomimo cierpienia, często ze strony prawowitej władzy?

Opowiedz jeszcze o tych wiernych trwających po katolicku przy papieżu.

Oprócz tamtych grup są też po prostu ludzie przywiązani do tej formy liturgii, ale przyjmujący nauczanie Kościoła, przyjmujący Sobór Watykański II i zmiany, które się w Kościele dokonały i dokonują. To są ludzie, którzy chodzą do miejsc i na celebracje, które są „legalne”, czyli mają błogosławieństwo biskupa, działają za jego zgodą i pozwoleniem.

Z jednej strony są tu duszpasterstwa diecezjalne – biskup eryguje jakieś duszpasterstwo, deleguje do niego księdza czy księży i w określonych miejscach diecezji można uczestniczyć w liturgii sprzed reformy. Ale są też instytuty, które powstały w ostatnich dziesięcioleciach po Soborze Watykańskim II i wyspecjalizowały się w podtrzymywaniu tej klasycznej rzymskiej liturgii i teologii. To na przykład Bractwo Kapłańskie Świętego Piotra, które wyłoniło się z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X po schizmie w 1988 r. Jest też Instytut Dobrego Pasterza – bardzo ciekawe środowisko, mocno krytyczne wobec Soboru Watykańskiego II, mające przywilej sprawowania wyłącznie starej liturgii, ale nienegujące nowej, choć wskazujące na pewne jej słabości. Pozostaje przy tym w pełnej łączności z papieżem. To dobrze pokazuje, że Kościół jest pojemny także dla tych, którzy są bardzo krytyczni wobec kierunku zmian, a mimo to mogą pozostać w pełni legalnymi katolikami. Można by jeszcze wymieniać Instytut Chrystusa Króla czy inne zgromadzenia. Ta panorama jest bardzo szeroka.

Jacy wierni przychodzą na takie liturgie? Co ich przyciąga – czy tylko dawny ryt, a jeśli tak, to co w nim jest atrakcyjnego? 

Są badania próbujące odpowiedzieć na to pytanie. Mam jednak poczucie, że to środowisko jest bardzo niejednorodne.

Na pewno jest wśród tych osób grupa, która widzi w tej formie liturgii pewnego rodzaju bezpieczeństwo – pośród zamętu świata, postprawdy, czasem też informacji docierających do nich choćby o tym, co dzieje się w Kościele w Niemczech. W tym nurcie dawnej liturgii i katechizmowym, nieco zerojedynkowym ujęciu świata czują się po prostu bezpiecznie. Myślę więc, że za przychodzeniem na tę formę liturgii stoi nie tylko sama liturgia, ale też pewne rozumienie Kościoła i norm moralnych – i to daje poczucie bezpieczeństwa.

Są też w tym gronie osoby, które generalnie nie zgadzają się z tym, co dzieje się dziś w Kościele – być może nawet z trudem przyjmują to, co wydarzyło się na Soborze Watykańskim II, ale chcą pozostać w jedności z papieżem. Mentalnie mogą więc być bardzo blisko Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, ale ze względu na to, że nie chcą być w gronie ekskomunikowanych czy wśród schizmatyków, zostają w Kościele – choć z dużą kontestacją.

Jest cała grupa ludzi młodych. Starsze pokolenie, które pamięta dawną liturgię i które z radością witało zmiany, zupełnie nie rozumie tej fascynacji. Z całą pewnością młodych pociąga pewien porządek klasycznej liturgii rzymskiej, pewna jej podniosłość, rewerencje – to, co stanowiło kiedyś etykietę dworską, a w pewnym momencie naturalnie przeniknęło także do obrzędów liturgicznych.

Jest też pewnie jakaś grupa osób – choć wydaje mi się, że dziś mniejsza, a większa mogła być u początków, kiedy te duszpasterstwa się kształtowały, na przykład w latach dziewięćdziesiątych – dla której było to środowisko trochę elitarne. Współtworzyły je kręgi prawnicze, profesorskie, trochę politycy. Nie opisuję tego pejoratywnie – po prostu gromadzili się wokół intelektualiści, którzy widzieli w tym coś, co pozwala zachować ciągłość myślenia chrześcijańskiego, także w wymiarze społecznym. Myślę, że bez krzywdy dla nikogo mogę tu wskazać na przykład środowisko skupione wokół czasopisma „Christianitas”, które żyje ideą myśli chrześcijańskiej, także społecznej. Dla nich liturgia jest nośnikiem pewnej kultury i teologii, więc uczestnictwo w niej to coś znacznie szerszego niż sama liturgia. Myślę, że to podtrzymywanie tradycji kultury łacińskiej i chrześcijańskiej jest ważne, bo przypomina nam o korzeniach, z których się wywodzimy – nawet jeśli pewne rzeczy zmieniamy, musimy pamiętać, z czego wyrastamy.

Dla mnie osobiście możliwość odprawiania liturgii rzymskiej – zachowajmy tu terminologię zaproponowaną przez Benedykta XVI w Summorum pontificum – w obu formach, nadzwyczajnej i zwyczajnej, bardzo mi pomogło dostrzec – znów odwołam się do pojęcia bawarskiego papieża – hermeneutykę reformy. Doceniam obie formy, w obu widzę mocne i słabe strony, rozumiem potrzebę reformy, jaka dojrzewała od początku XX wieku w wielkim ruchu liturgicznym, rozumiem też tych, którzy dziś mówią o potrzebie „reformy reformy”. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że lepiej dziś przeżywam nową mszę, znając jej starszą formę z praktyki. Z tego powodu warto, by każdy mógł ją poznać, bez uprzedzeń i wstępnych założeń. Właśnie po to, by wejść w nurt liturgii, której początki sięgają przecież IV wieku – jeśli mówimy o samym Kanonie Rzymskim – a później ewoluowała aż do czasów obecnych. We współczesnej liturgii, wbrew zarzutom jej przeciwników, wymiar ofiarny jest wyraźny (samo słowo „ofiara” w różnych odmianach pojawia się ponad 500 razy, podczas gdy „uczta” jedynie ponad trzydzieści razy), a kolekty i inne modlitwy zaczerpnięto ze starożytnych sakramentarzy. Trudno więc nie dostrzegać ciągłości, a z drugiej strony wynikającej z natury samej Tradycji ewolucji, zachowującej jej niezmienne pryncypia.

Zatrzymałbym się jeszcze przy kwestii liturgii i porządku życia, myślenia i wiary. Czy to nie jest pewne zagrożenie, że ludzie przywiązani np. do konkretnej wizji eklezjologii, przestaną się odnajdywać w tym, co Kościół dziś mówi o sobie? Jak prowadzić takie duszpasterstwo, żeby wiernym nie zgrzytała forma liturgii z tym, czego doświadczają w nauczaniu i praktyce Kościoła?

To pewnie niedoskonałe porównanie, ale pomyślałem o monarchii brytyjskiej. Dziś żyjemy raczej w czasach demokracji liberalnej, przynajmniej w Europie. Monarchia brytyjska jest tym, co zapewnia Wielkiej Brytanii ciągłość, choć przecież sam sposób sprawowania władzy mocno się zmienić, a wpływ króla na realną politykę jest ograniczony. Nawet jeśli społeczeństwo w sposób demokratyczny bardzo się zmienia, staje się nowoczesne, czasem odchodzi od pewnych rzeczy – samo trwanie monarchii daje poczucie stałości i rozwoju – że nie zaprzeczamy temu, co było, tylko najwyżej to rozwijamy. Taka ewolucja.

Myślę, że w ten sposób można też spojrzeć na liturgię – i chciałbym tu przypomnieć Benedykta XVI. Jego słowa bywają dziś wykorzystywane instrumentalnie, ale kiedy mówił, że nie możemy zaprzeczyć temu, co karmiło pokolenia i dało nam wielu świętych, to od razu trzeba dodać: współczesna liturgia również karmi współczesne pokolenia i również daje nam kolejnych świętych. Chodziło mu o to, że nie można tego odciąć i powiedzieć, że to już nieważne, że to już nie może nakarmić – bo jeśli chcemy zachować ciągłość, nie możemy negować tego, co było, nawet jeśli na pewnym etapie decydujemy się coś zostawić albo zmienić, bo potrzebujemy form, które lepiej przemawiają. To naturalny rozwój liturgii, czy szerzej – teologii w Kościele.

Wydaje mi się, że duszpasterstwa, które dawną liturgię kultywują i praktykują, są trochę jak ta monarchia – ich istnienie pozwala mieć poczucie i doświadczenie ciągłości i trwałości, w duchu tego, co mówił Benedykt XVI, że musimy iść w hermeneutyce reformy. Czasem używa się sformułowania hermeneutyka ciągłości, ale papież mówił o jednym i drugim. Był zwolennikiem reformy (na marginesie: podobnie jak abp Marcel Lefebvre), czyli zmiany, która pozwoliłaby nam lepiej i w sposób odnowiony przeżywać rzeczywistość – nie na zasadzie  zerwania z tym, co było, tylko kontynuacji, dostosowania – trzeba tu chyba użyć soborowego sformułowania aggiornamento. I trochę tak patrzę na te duszpasterstwa.

Niektórym przypomina to grupę rekonstrukcyjną albo skansen. To jednak krzywdząca opinia. Myślę, że rekonstrukcja i skansen to coś martwego, w co wchodzimy tylko po to, żeby zobaczyć, jak było. Tymczasem duszpasterstwa są złożone z ludzi żywej wiary, którzy przez sposób, w jaki ją praktykują i przeżywają liturgię, pokazują, że to jest też coś, co może nas karmić. To nie jest tylko tęsknota za minionymi czasami, bo trudno mówić o takiej tęsknocie w najmłodszym pokoleniu.

Może powiem nieco żartobliwie, z perspektywy duszpasterstwa poznańskiego. To prawdziwie synodalny sposób podążania wspólną drogą. Od samego początku inicjatywa leży po stronie wiernych, ich zaangażowania i konsekwencji. Wiele pomysłów przychodzi od nich. Także krytycznych uwag. To duszpasterstwo istnieje dzisiaj i rozwija się przede wszystkim dzięki świeckim. W tym sensie to absolutnie posoborowe myślenie o Kościele i zaangażowaniu świeckich. Da się wiec chyba to jakoś mądrze połączyć.

Skąd w takim razie bierze się to przyciąganie młodych?

Być może w jakiejś części to naturalne pójście w stronę tego, że skoro na co dzień w wielu miejscach mierzymy się z bylejakością liturgii – gdyby jej nie było, kolejni papieże, Benedykt XVI, papież Franciszek ze swoim „Desiderio desideravi”, i Leon XIV ze swoimi katechezami, nie przypominaliby o potrzebie formacji i o tym, żeby sprawować liturgię tak, jak Kościół chce, by ją sprawować. Czasem ta bylejakość powoduje, że idzie się do duszpasterstwa bardzo wyprofesjonalizowanego, gdzie ta liturgia jest, powiedziałbym, dopieszczona, idealna.

Ona taka nie była w parafiach, kiedy jeszcze była sprawowana powszechnie – była pewnie przeciętna, jak dziś bywa w parafiach. Ale to jest jakaś siła przyciągania: jeśli ktoś przychodzi na tę liturgię i ona pozwala mu wejść głębiej, to dlaczego nie.

Dla mnie fundamentalne jest to, że te duszpasterstwa powstały po to, żeby nie zatrzymywać ludzi na tym, co było – ta liturgia powinna budować pomost między tym, co było, a tym, co jest. W tym sensie przyjmowanie i rozwijanie nauczania aktualnego magisterium Kościoła, kolejnych pontyfikatów, było  i jest dla mnie fundamentalne. Oczywiście za liturgią stoi pewna teologia, pewna wizja Kościoła – liturgia jest prowadzona przez duchowieństwo, rola wiernych jest trochę inna, akcent jest pewnie bardziej wertykalny, a mniej horyzontalny – ale jeśli mamy ten fundament, którym jest hermeneutyka reformy, to znaczy przyjmujemy zmieniającą się eklezjologię i zmieniający się model funkcjonowania Kościoła, to ta liturgia wcale nie musi stać z tym w sprzeczności. Wydaje mi się, że ona też w sposób naturalny będzie podlegać pewnej zmianie.

Sam w wielu momentach czuję to, co czuli reformatorzy w latach sześćdziesiątych – że są w tej liturgii momenty, które pewnie wymagałyby zmiany, ale trochę zatrzymaliśmy się na tym etapie, bo pozwolono nam wrócić do momentu, w którym ruch liturgiczny sformułował już pewne postulaty reformy, a chwilę później sobór ogłosił Konstytucję o liturgii. To się wyczuwa, że ta liturgia jest jakby zawieszona w pół drogi, czeka na swoją reformę. Benedykt XVI zakładał w Summorum pontificum, że po czasie eksperymentu usiądziemy i zastanowimy się, co dalej z tym zrobić. Bo weźmy choćby kwestię kalendarza liturgicznego i uwzględnienia w nim nowych świętych, albo fakt, że dziś nie ma już, co do zasady, święceń niższych – więc trzeba pomyśleć, jak te posługi mogłyby się uzupełniać i czy mogliby je uzupełniać wierni świeccy, na przykład funkcję subdiakona. To są naturalne procesy, które pokazują, że ta liturgia nie jest sztywna, że stale domaga się dostosowywania do realiów.

Wielu ludzi kojarzy środowiska tradycjonalistyczne z tym, czego doświadczają w Internecie – a tam w dyskusjach bywa bardzo różnie. Te środowiska są kojarzone z agresywnym krytykanctwem, ostrzejszym językiem, punktowaniem wszystkiego, po prostu inną kulturą komunikacji. Skąd to się bierze? Bo patrząc na inne grupy w Kościele, aż tak tego nie widać. Czy uczciwe jest generalizowanie, że takie jest całe środowisko?

Wydaje mi się, że to wynika z lęku. Generalnie agresja bierze się z lęku, bo lęk często powoduje obudowanie się w zamkniętej twierdzy i uznanie, że wszyscy poza tą twierdzą to potencjalni wrogowie. Ktoś, kto mi zagraża. A jak ktoś mi zagraża, to się go boję, więc muszę się jakoś bronić – i najczęściej tą bronią jest po prostu agresja.

Słusznie zwracasz uwagę, że w innych przestrzeniach Kościoła nie widać tego „aż tak”. I to „aż tak” jest tu kluczowe, bo w gruncie rzeczy to jest w ogóle problem w Kościele. Powstają w nim różne grupy i wspólnoty, i na jakimś etapie – nie wiadomo dlaczego – zamiast dokładać swoją cegiełkę do budowania Kościoła, zaczynają ciążyć ku przekonaniu: my tu jesteśmy najlepszą realizacją tego Kościoła dziś.

Pamiętam, jak rozmawiałem kiedyś z kimś ze wspólnoty neokatechumenalnej, kto był bardzo, powiedziałbym, agresywny w swoim języku wobec tradycjonalistów – że co to w ogóle jest, biegają w tych szatkach, przebierańcy – takie patrzenie na nich z góry. Zresztą, zwróć uwagę na ten język: „szmatki”, „szatki”, „przebierańcy”, „półksięża”, „sekciarze”. Jak ktoś słyszy pod swoim adresem ciągle takie epitety i niezrozumienie, to – nie usprawiedliwiam – ale przestaję się dziwić, że brakuje nieraz cierpliwości w języku.

Zapytałem tego znajomego: – A czemu patrzysz na to tak bardzo zewnętrznie, tak paternalistycznie, spróbuj też zrozumieć. – A czy oni mają zrozumienie dla nas? – usłyszałem w odpowiedzi. Powiedziałem: – Z całą pewnością tradycjonaliści dla neokatechumenatu też nie mają zrozumienia i patrzą na niego nawet jako na jakąś pochodną protestantyzmu czy wręcz judaizmu.

To jest pewien problem. Dlatego uważam, że Franciszek był tu bardzo profetyczny, kiedy mówił, że trzeba się wzajemnie słuchać, trzeba widzieć w sobie braci, a nie wrogów, którzy sobie zagrażają. I wydaje mi się, że kiedy zmieniamy ten sposób myślenia, to dla jednego nurt tradycjonalistyczny będzie sposobem przeżywania wiary, dla drugiego – neokatechumenat, dla trzeciego – Odnowa w Duchu Świętym, i tak dalej. Oczywiście wiemy, że najbardziej zagorzali tradycjonaliści powiedzą, że to, co teraz mówię, jest czystej maści modernizmem – bo skoro może być wiele dróg, to znaczy, że nie ma tylko jednej słusznej.

A przecież, jeśli patrzymy na to, jak Kościół przeżywa swoją wiarę, to pamiętajmy, że poza rytem rzymskim i Kościołem rzymskim, jest jeszcze całkiem spora grupa Kościołów w jedności z papieżem, o różnych tradycjach liturgicznych, za którymi idzie czasem nieco inne rozumienie prawd wiary – nie wiara w inne prawdy, tylko inne rozumienie, które przekłada się na trochę inny sposób funkcjonowania. Świetnie to widać choćby przy sakramencie święceń – kiedy ktoś proponuje dyskusję o celibacie, powstaje wielka apologia kapłaństwa, a zapominamy, że celibat obowiązuje wyłącznie w Kościele rzymskokatolickim, i to nawet nie w całości, bo są na przykład anglikanie, którzy przeszli do Kościoła katolickiego, są prezbiterami rzymskokatolickimi i mają żony.

To jest różnorodność, a jeszcze jeśli dojdziemy do Kościołów starszych niż rzymski, które mają tradycje sięgające czasów apostolskich, zobaczymy, że nie ma jednej jedynej słusznej formy przeżywania wiary – jest naprawdę wiele dróg, wiele tradycji. To, że Piotr poszedł tu, a Paweł poszedł tam, a czcimy obu tych apostołów razem, pokazuje właśnie, że u początku Kościoła umiano znajdować wiele dróg, żeby opowiedzieć o tej samej wierze, o tym samym doświadczeniu wiary. Zobacz, nawet jedna Ewangelia opowiedziana jest w czterech wersjach, choć przecież to opowieść o tej samej wierze, ale z różnych perspektyw, ukazująca jakby różne drogi prowadzące do odkrycia tej samej prawdy w Jezusie Chrystusie.

Jeśli tak na to popatrzymy, nie powinniśmy się lękać ani tradycjonalistów, ani neokatechumenatu, ani żadnych innych form dzisiejszego życia apostolskiego w Kościele. Papież Leon mówi nam wyraźnie o rozbrajaniu języka, i to jest zadanie dla każdego – myślę, że dla duszpasterzy pracujących w duszpasterstwach tradycji jest to niewątpliwie jedno z priorytetowych zadań.

Uczyć języka chrześcijańskiej miłości – nawet jeśli się z czymś nie zgadzamy, musimy to wyrażać językiem Ewangelii, a nie językiem, jakim posługuje się świat. Nie obawiając się tego, co usłyszymy w kaplicy Bractwa, że oto mamy do czynienia z wielkim modernizmem.

Jak to jednak robić w praktyce? Wiem z rozmów z duszpasterzami, że czasem po prostu boją się poruszać pewne tematy, mimo świadomości, że trzeba dbać o formację intelektualną, żeby ludzie poznali rzeczywistość soborową i magisterium. Boją się, bo spotykają się z taką lękowo-agresywną reakcją: „a nie mówiłem, że tu sączy się modernizm?”. I pójdą w miejsca, gdzie narażeni będą na schizmę. Jak to robić mądrze, dobrze i uczciwie?

Rozumiem te obawy. Natomiast jeśli przyjmujemy za punkt wyjścia, że nie negujemy aktualnego magisterium Kościoła – co oczywiście nie oznacza rezygnacji z krytyki i polemiki, bo to jest naturalne w dyskursie i zawsze powinno się to robić, tyle że na zasadzie poszukiwania prawdy, a nie przekonania, że tylko ja ją posiadam i walczę ze wszystkimi dookoła – to ja bym się tego nie bał.

Jeśli ktoś zareaguje na to agresywnie i stwierdzi, że jednak w Bractwie mieli rację, to droga wolna – Pan Jezus nikogo na siłę przy sobie nie trzymał. Pozwalał odejść. Uczniowie, kiedy usłyszeli Jego trudne nauczanie o spożywaniu Jego ciała, w sporej grupie odeszli. Wielka przypowieść o miłosiernym ojcu też mówi o tym, że ojciec pozwala odejść synowi, ale ten syn zawsze może wrócić.

Rozumiem, że mamy w sobie lęk, że ci ludzie gdzieś odejdą i ich stracimy. Ale musimy pamiętać, że w tym wszystkim jesteśmy tylko narzędziami i nie możemy krępować wolności. Bierzemy też na siebie część tego ryzyka, które wziął na siebie Pan Bóg, dając nam wolną wolę.

To, co możemy robić, to zawsze działać uczciwie i pokazywać miłość do Kościoła, nawet jeśli czasem bardzo dużo nas to kosztuje. I trzeba z całą pewnością powiedzieć, że środowiska tradycjonalistyczne doświadczyły w Kościele często ogromnego cierpienia – niezrozumienia, różnych ograniczeń, patrzenia na nich jak na dziwnych, podejrzanych. Ci, którzy naprawdę wytrwali w jedności z Kościołem, którzy nie chcieli odchodzić do jakichś wątpliwych grup, tylko mimo wszystko znosili to cierpliwie – to ogromna wiara i miłość do Kościoła, którą należy bardzo docenić. Myślę, że – używając języka z wymiany zdań między papieżem Leonem a przełożonym generalnym Bractwa – to są ludzie, którzy postanowili nie rozrywać bezszwowej tuniki Chrystusa. To jest jakiś rodzaj męczeństwa wewnątrz Kościoła, białego męczeństwa właśnie w imię bycia w Kościele.

Przeczytałem też bardzo ładne oświadczenie pewnej wspólnoty, która napisała, że pozostajemy w Kościele, jesteśmy z papieżem, nie da się inaczej, będziemy dalej podejmować polemikę, będziemy prosić papieża, żeby korygował to, co jest błędne dzisiaj w Kościele, co my też uważamy za błędne, ale zawsze z Piotrem. To jest piękne, że wspólnota mocno krytyczna wobec pewnych dzisiejszych trendów w Kościele mówi wyraźnie: nigdy bez Piotra. I to jest właśnie chrześcijaństwo – to też forma niesienia krzyża.

Jak po tych nielegalnych święceniach, ekskomunikach i schizmie widzisz przyszłość tradycyjnych duszpasterstw?

Czekamy na jakiś głos z Watykanu. Mija pięć lat od „Traditionis custodes” i to na pewno dobra okazja do pewnej rewizji tego dokumentu. Nie wiem, w jakim duchu i kierunku, ale pewnie chodzi o jakieś uporządkowanie i o otoczenie opieką tych, którzy – mając po raz kolejny dramatyczny wybór – postanowili jednak pozostać. Wydaje się, że trzeba się o nich zatroszczyć.

Kiedy zostałem skierowany do celebracji w tej dawnej, nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, pamiętam takie doświadczenie: przychodzą ludzie, co tydzień ktoś inny odprawia mszę; jeden mówi kazanie czterdzieści minut, inny nie mówi wcale. I właściwie, poza mszą nie było nic więcej. Wierni sami się organizowali, stworzyli nawet profil w mediach społecznościowych, nazywając go przekornie „nieśrodowiskiem”. W Kościele nie chodzi o obsługę sakramentalną, ale o bycie razem. Miałem wrażenie, że ludzie mimo wszystko nie czują, że mają pasterza. A jednak chcą być w Kościele, w jedności ze swoim biskupem i papieżem, nawet jeśli pozostają krytyczni, mają inne spojrzenie i inną wrażliwość. Pomyślałem, że trzeba im dać to, o co proszą, czyli sakramenty, ale też być przy nich, formować ich i współtworzyć z nimi tym razem jednak środowisko, wspólnotę. Trochę tak, jak potem powiedział papież Franciszek: idziemy razem, więc towarzyszymy sobie wzajemnie i szukamy najwłaściwszej drogi, patrząc, co możemy zrobić, a czego nie. I tak zaproponowałem ówczesnemu arcybiskupowi poznańskiemu Stanisławowi Gądeckiemu, by stworzyć duszpasterstwo, czyli coś regularnego, z ustaloną linią i jasnymi zasadami. Dając ludziom wybór: możesz się tutaj realizować, ale jeśli uważasz, że to wciąż zbyt liberalne, to trudno, masz wybór, jest kaplica Bractwa, będzie nam bardzo przykro, ale możesz odejść. A jak to zwykle bywa: proponujesz, zrób. I tak zostałem duszpasterzem, i tak w 2021 roku, po 27 latach od pierwszego indultu pozwalającego na starą mszę, Poznań doczekał się formalnego duszpasterstwa.

Osobiście chciałem, wykorzystując możliwości, jakie wówczas jeszcze były, żeby to duszpasterstwo działało przy parafii. Bałem się trochę, że jeśli dostaniemy kościół gdzieś na uboczu, z dala od zwyczajnego życia duszpasterskiego, pojawi się niebezpieczeństwo gettoizacji. Będziemy żyli sami sobie, być może się z czasem dystansując od Kościoła lokalnego, może nawet radykalizując. W parafii trzeba jakoś współpracować, a przede wszystkim obie strony się widzą i naturalnym się staje, że wszyscy stanowimy różne części tego samego Kościoła. Poznając się, możemy obalać stereotypy o sobie.

Oczywiście, są też minusy. Mając kościół rektoralny moglibyśmy być bardziej samodzielni i niezależni, dostosować wnętrze w całości do potrzeb liturgii przedsoborowej, godziny bardziej odpowiadające wiernym. Ta ostatnia rzecz bardzo nas w parafii ogranicza.

To jest coś, co pozostaje moim dylematem: między parafią personalną, która wydaje się modelowym rozwiązaniem, a nieodchodzeniem zanadto na bok, żebyśmy jednak ciągle czuli się częścią Kościoła, w powiązaniu z innymi jego częściami, a nie w oderwaniu od nich.

Liczę trochę na to, że papież Leon – widać, że ma bardzo uporządkowany sposób patrzenia na Kościół i mówienia o nim, ma wiele intuicji podobnych do Franciszka, ale bez jego autoreferencyjności – osadza to w Ojcach Kościoła i w poprzednich papieżach, więc czujemy, że kierunek, w którym szliśmy, ma u niego takie zakorzenienie w ciągłości.

Wydaje się więc, że także w stosunku do starszej formy liturgii i całego nurtu tradycyjnego, po tych ostatnich święceniach – gdzie mamy przecież ludzi, którzy pomimo wszystko pozostali – papież spróbuje w mądry sposób, biorąc pod uwagę całe dotychczasowe doświadczenie, począwszy od „Ecclesia Dei” z 1988 r., przez „Summorum Pontificum” i „Traditionis custodes”, aż po dziś, jakoś to uporządkować i dać ludziom propozycję, która pozwoli im wzrastać w wierze – nie w opozycji do kogokolwiek, ale idąc drogą, którą rozeznają jako własną.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.