Drukuj Powrót do artykułu

Prof. Igor Hałagida: dopóki historycy nie będą mogli spokojnie rozmawiać o zbrodni wołyńskiej, trzeba skupić się na ofiarach

13 lipca 2026 | 18:10 | Dawid Gospodarek, dg | Gdańsk Ⓒ Ⓟ

„Dopóki nie nadejdzie moment, w którym historycy będą mogli znów spokojnie ze sobą rozmawiać, uważam, że w obecnych warunkach możemy robić tylko tyle, ile możemy. W moim przypadku oznacza to skupienie się właśnie na ofiarach – bo to jest coś, co, jak powiedziałem, nie powinno budzić żadnych wątpliwości” – mówi prof. Igor Hałagida. W rozmowie z KAI historyk z Uniwersytetu Gdańskiego opowiada o projekcie odnajdywania imion ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego 1939–1947.

Dawid Gospodarek (KAI): Odnajdywanie imion ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego 1939–1947 z prywatnej inicjatywy stało się dużym międzynarodowym projektem. Proszę opowiedzieć o tym procesie. 

Prof. Igor Hałagida: Duży i międzynarodowy to trochę stwierdzenie na wyrost. Ale tak, koordynuję taki projekt. Sam pomysł narodził się gdzieś w latach 2013–2014. Razem z Mirosławem Iwanykiem z Kanady prowadziłem badania kwerendę w archiwum w Ottawie, które przechowuje spuściznę Wołodymyra Kubijowycza. Był to ukraiński działacz, geograf, przedwojenny profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, a w czasie wojny stał na czele Ukraińskiego Komitetu Centralnego.

Część swojego archiwum udało mu się wywieźć na emigrację – najpierw do Francji, później do Kanady. Przeglądając te papiery, w ramach zupełnie innego projektu naukowego, znaleźliśmy informacje o ukraińskich stratach – o Ukraińcach, którzy zginęli przede wszystkim na terenie dystryktu lubelskiego w latach 1943-1944. Pojawił się wówczas pomysł, żeby opracować te dane, przede wszystkim nazwiska, i w ten sposób wzbogacić naszą wiedzę.

I tak pomysł od razu przerodził się w większy, instytucjonalny projekt, czy dojrzewał on stopniowo?

Po powrocie zaczęliśmy wcielać ten projekt w życie, ale chodziło mi też o to, żeby go rozszerzyć. Pamiętajmy, że mówimy już o latach 2015-2016 – wtedy pojawiały się coraz większe kontrowersje i napięcia historyczne polsko-ukraińskie, a dialog historyczny ewidentnie zaczął kuleć.

Proponowałem wówczas, by – skoro w dającej się przewidzieć perspektywie nie widzę szans na osiągnięcie porozumienia historycznego, co niestety w tej chwili chyba się materializuje – skupić się na kwestiach, które nie powinny budzić żadnych wątpliwości. Przede wszystkim na ofiarach, bo to one są najważniejsze, po jednej i po drugiej stronie.

Niestety, szczerze mówiąc, ani moje apele, ani propozycje nie spotkały się z pozytywnym odzewem (podobnie jak późniejsze propozycje Ukraińskiego Towarzystwa Historycznego, niewielkiej pozarządowej organizacji w Polsce kierowane np. do Instytutu Pamięci Narodowej, by wspólnie prowadzić poszukiwania nazwisk ofiar). Doszedłem więc do wniosku, że ten projekt trzeba będzie zrealizować niejako drogą indywidualną. Bardzo mi zależało, żeby nie był to projekt wyłącznie polski, ale żeby realizowali go przede wszystkim historycy ukraińscy, na Ukrainie.

Ważnych było też kilka innych spraw. Po pierwsze, żeby projekt w żaden sposób nie był afiliowany przy jakiejkolwiek instytucji rządowej – ani polskiej, ani ukraińskiej. Po drugie, żeby nie był finansowany przez żadną ze stron, tak aby uniknąć zarzutu o upolitycznienie.

Jak udało się Panu znaleźć instytucjonalne oparcie dla projektu?

Szukając różnych możliwości, ponieważ od jakiegoś czasu współpracowałem z Ukraińskim Katolickim Uniwersytetem we Lwowie, pojawił się pomysł, żeby afiliować projekt właśnie tam. I tak się w końcu stało. Udało się też znaleźć finansowanie spoza sektora budżetowego polskiego czy ukraińskiego. Badania zgodziła się finansować amerykańska fundacja „Ukrainian Studies Fund”. Udało się też zebrać niewielki, kilkuosobowy zespół – bo siłą rzeczy ani budżet, ani możliwości kadrowe nie pozwalały na więcej. I zaczęliśmy pracę.

Mocno Pan podkreśla, że w tym projekcie nie chodzi o liczenie ofiar.

Tak, i jeszcze raz chcę to podkreślić. To nie jest projekt liczenia ofiar, choć bardzo często jest tak przedstawiany albo tak odbierany – jakoby miał na celu zweryfikowanie, zwiększenie czy zmniejszenie liczby ofiar po jednej lub drugiej stronie. Otóż nie. Ten projekt ma na celu identyfikację imienną – staramy się odnaleźć jak najwięcej informacji o ofiarach, przede wszystkim ich nazwiska.

Oczywiście, jakieś liczby w końcu się pojawią, bo siłą rzeczy jest to poniekąd efekt uboczny wobec głównego celu. Ale przede wszystkim chodzi nam o ustalenie nazwisk – co zresztą bardzo dobrze uzasadnił, w sposób aksjologiczny, nasz duchowy patron, władyka Borys Gudziak, hierarcha greckokatolicki, założyciel Ukraińskiego Katolickiego Uniwersytetu a obecnie metropolita filadelfijski w Stanach Zjednoczonych. On mocno poparł ten pomysł. Nie jest przypadkiem to, że każdy z tomów, które zaczynamy powoli publikować, poprzedzony jest tekstem jego autorstwa, w którym wyjaśnia główne założenia nam przyświecające. Po pierwsze: wszystkie ofiary są nasze – bo projekt nie dotyczy wyłącznie ofiar ukraińskich, ale też polskich. Po drugie – żadna ofiara nie powinna zostać zapomniana, każda powinna zostać wymieniona z imienia i nazwiska.

Dlaczego prace zaczęliście od ofiar ukraińskich? 

Projekt zaczęliśmy realizować w 2018 roku. Rozpoczęliśmy go mając świadomość, że – zwłaszcza jeśli chodzi o historiografię ukraińską – jesteśmy nieco opóźnieni. Kwestie ustalania tożsamości ofiar w Polsce zaczęto badać jeszcze w latach 80., natomiast w Ukrainie takie badania, jeśli w ogóle były prowadzone, dotyczyły bardzo ograniczonego terenu. Dlatego w pierwszym etapie postanowiliśmy nadrobić te zaległości i skupiliśmy się na ofiarach ukraińskich.

Ten etap zakończyliśmy dwa lata temu, choć oczywiście nadal poszukujemy dodatkowych informacji i wciąż je zbieramy. Obecnie poszukujemy też już informacji o ofiarach polskich, zakładając z góry, że także ten etap potrwa kilka lat, co najmniej pięć. Przede wszystkim dlatego, że ofiar polskich jest oczywiście znacznie więcej.

Ważne dla zrozumienia tego przedsięwzięcia jest to, że wychodzimy z przesłanek typowo ludzkich, uważając, że naszym obowiązkiem, jako historyków i chrześcijan, jest przede wszystkim upamiętnienie tych ofiar. W ten sposób chcemy je upamiętnić, zdając sobie sprawę, że spory historyczne będą trwały jeszcze długo – nie wiadomo, w jakiej perspektywie czasowej się zakończą. Jeśli więc coś możemy zrobić już teraz, to w ten właśnie sposób – ocalić od zapomnienia ich nazwiska.

Czy mógłby Pan opowiedzieć też trochę o metodologii tych badań? Jakie są źródła?

Już na starcie mieliśmy świadomość, że będziemy mieć do czynienia nie z setkami, ale z tysiącami, z dziesiątkami tysięcy osób. Postanowiliśmy, że wszystkie zbierane informacje trafiać będą przede wszystkim do elektronicznej bazy danych, do której wprowadzamy poszczególne rekordy, czyli nazwiska.

Chodziło nam przede wszystkim o uniknięcie powtórzeń – bo przy tego rodzaju pracy bardzo łatwo o zdublowanie nazwisk, kiedy na przykład dana osoba różni się jedną literą w nazwisku, ale z kontekstu wynika, że chodzi o to samo imię, to samo miejsce śmierci, tę samą datę i te same okoliczności, a więc najpewniej o tę samą osobę. Zależało nam na jak najbardziej precyzyjnym ustalaniu takich informacji, bo – jeszcze raz podkreślam – to nie jest żaden wyścig na liczby.

Chcemy być maksymalnie precyzyjni, a wszelkie wątpliwe przypadki rozstrzygamy na minus – to znaczy, jeśli nie mamy pewnych informacji, po prostu nie uwzględniamy danej osoby. Jeśli zaś chodzi o źródła, są one różnorodne. Zaczynamy oczywiście od źródeł archiwalnych – wykorzystujemy dokumentację zarówno polskiego, jak i ukraińskiego podziemia, dokumentację różnych władz, w okresie wojny na przykład władz okupacyjnych, a w okresie powojennym, w przypadku Polski, oficjalną dokumentację organów państwowych, w tym dokumentację sądową. To bardzo ciekawy materiał, w którym niekiedy ujawniają się nawet różnice terytorialne.

Może Pan podać jakieś przykłady? 

Okazuje się, że o ile w Polsce ściganiem i badaniem tych zbrodni zajął się specjalny organ powojenny – Główna Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce – o tyle po stronie sowieckiej powstała wprawdzie analogiczna instytucja, ale, o dziwo, główny nacisk kładziono tam raczej na straty materialne, a nie osobowe. Dochodzi tu nieraz do paradoksu – bo jeśli chodzi akurat o straty osobowe, to część tego typu dokumentów zostało później, w czasach chruszczowowskich, po prostu zniszczonych.

Dlatego dziś bardzo często w dokumentach sowieckich znajdujemy dokładne informacje, ile w czasie wojny spłonęło stodół czy ile zabito krów, natomiast brakuje dokładnych informacji o stratach ludzkich, a zwłaszcza o personaliach ofiar. Z drugiej strony można to jednak odwrócić. W Polsce od jakiegoś czasu badano ciekawe źródło –  księgi metrykalne. Dostęp do nich jest jednak trochę utrudniony, przede wszystkim ze względu na obowiązujące przepisy o ochronie danych. W Ukrainie, gdzie historycy na ten materiał źródłowy raczej nie zwracali dotychczas uwagi, udało się nam jednak pokonać bariery administracyjne, i uczestnicy projektu pracują nad księgami metrykalnymi – rzymskokatolickimi, greckokatolickimi i prawosławnymi – znajdując tam często uszczegółowione informacje o wydarzeniach, które znamy już z innych źródeł, a czasem po prostu nazwiska ofiar.

Poza tym sięgamy po prasę, literaturę przedmiotu, wydawnictwa, jakie się ukazały, a jeśli chodzi o okres okupacyjny – oczywiście też po dokumentację niemiecką. Krótko mówiąc, sięgamy po wszystkie dostępne nam źródła.

Prowadzimy też coś, co ładnie nazywa się badaniami terenowymi, choć niestety coraz częściej przybierają one formę dokumentowania, na przykład, cmentarzy, gdzie czasem udaje się odnaleźć nagrobki z inskrypcjami – a na nich nazwiska i daty śmierci. Niestety te działania prowadzimy już bardzo późno i właściwie świadków tamtych wydarzeń już nie ma. Jeśli udaje się znaleźć kogoś, od kogo można zebrać relację, to najczęściej jest to osoba, która sama była wtedy dzieckiem, albo zna te wydarzenia jedynie z opowieści krewnych czy rodziców.

Mimo to wciąż podejmujemy próby dotarcia do świadków historii. Zbierając informacje z tak różnorodnych źródeł, staramy się w naszej bazie krzyżować je ze sobą, zestawiać, żeby maksymalnie zbliżyć się do odtworzenia danego wydarzenia w danej miejscowości – mając przy tym świadomość, że każdy historyk wie, iż to, co odtwarzamy, i tak nigdy nie będzie do końca pewne, bo coś takiego jak prawda historyczna po prostu nie istnieje, a każdy badacz tylko się do niej zbliża, nigdy jej w pełni nie osiągając. W naszym przypadku najważniejszy jest jednak namacalny rezultat tych działań.

Czy może Pan powiedzieć trochę więcej o tych niemieckich źródłach? Co to dokładnie jest, czego się z nich dowiadujecie?

Choćby niemieckie raporty policyjne, które częściowo są dostępne w Polsce i jako takie są dość dokładne. Na przykład precyzyjnie umiejscawiają jakieś wydarzenie czy akcję – pacyfikację miejscowości, napad na jakąś wieś, rozstrzelanie jakichś osób. Krótko mówiąc, mówią, gdzie i kiedy dokładnie coś się wydarzyło. Zestawienie takiej informacji z materiałami wspomnieniowymi czy z inną dokumentacją stanowi dziś istotne potwierdzenie faktów. Zaczęliśmy ostatnio przeglądać dokumentację przechowywaną na przykład w Bundesarchiwum.

A jak na wasz projekt, na wasze badania i metodologię, reagują historycy i instytucje z Polski? Czy ma Pan jakieś informacje zwrotne?

Właściwie, zarówno w przypadku historyków z Polski, jak i z Ukrainy, na początku nie było żadnej reakcji. Po wydaniu w 2021 r. pierwszego tomu (z nazwiskami ukraińskich ofiar z terenu dystryktu lubelskiego) ukazało jedynie kilka ogólnych omówień – za co jestem wdzięczny ich autorom. I taka sytuacja nadal funkcjonuje w przypadku historiografii ukraińskiej.

Jeżeli chodzi o historyków z Polski, to w ostatnim czasie pojawiła się ostra krytyka ze strony niektórych z nich, dotycząca kwestii metodologicznych, zwłaszcza tego, że zaliczamy do ofiar konfliktu także tych Ukraińców, którzy zginęli z rąk polskich, ale działających pod komendą niemiecką czy sowiecką, a powinni być oni traktowani jako ofiary wprost niemieckie czy sowieckie. Nie do końca się z tymi zarzutami zgadzam, bo nasza metodologia jest w gruncie rzeczy niemal identyczna z tą, która stosowana jest w różnego rodzaju dotychczasowych polskich zestawieniach – na przykład w znanym, dwutomowym wydawnictwie Ewy i Władysława Siemaszków wprost napisano, że oni również zaliczają do ofiar polskich tych zabitych przez ukraińskich policjantów służących w policji niemieckiej. Różnica między nami polega tylko na tym, że my bardzo precyzyjnie wyróżniamy sprawców, gdy wielu autorów pisząc o polskich ofiarach jako sprawców podaje in gremio „ukraińskich nacjonalistów” (niezależnie czy zostały one zabite przez członków bojówek OUN, ukraińskich komunistów we wrześniu 1939 r. czy też ukraińskich policjantów na służbie niemieckiej). Nasze podejście wydaje się chyba bardziej uczciwe.

Proszę zresztą spojrzeć na przykład z ostatnich tygodni tj. Hutę Pieniacką i przeprowadzonych tam niedawno prac poszukiwawczych. Bezpośrednim głównym sprawcą zbrodni w Hucie Pieniackiej był 4. Pułk Policyjny SS, złożony z Ukraińców, ale działający pod komendą niemiecką. Nie przypominam sobie by ktoś, kto w mediach relacjonował sprawę ekshumacji, akurat o tym ostatnim fakcie wspominał. Najczęściej mówiono wprost o zbrodni ukraińskiej. Stosujmy więc te same standardy w jedną i drugą stronę.

Poza tym część ciosów, które obrywam w Polsce, jest naprawdę poniżej pasa. Kilka miesięcy temu prof. Grzegorz Motyka obsztorcowywał mnie publicznie jak studenta pierwszego roku za rzekome pomijanie piśmiennictwa polskiego oraz ignorowanie dorobku naukowego prof. Jana Pisulińskiego. Powołał się przy tym na mocno krytyczną recenzję rzeszowskiego historyka mojego artykułu o stratach ukraińskich w powiecie przemyskim, który został opublikowany w jednym z naukowych czasopism. Nie chciałem wówczas poruszać tej kwestii, bo z obydwoma wspomnianymi badaczami znam się od ponad ćwierć wieku, ale ostatnio dyrektor Wojskowego Biura Historycznego znów poruszył ten wątek w wydanym właśnie wywiadzie-rzece. Muszę się więc do tego odnieść. Stawiany mi zarzut nie ma żadnych podstaw. Gdybym bowiem faktycznie ignorował prof. Pisulińskiego, to… nie wysyłałbym mu tego swego artykułu (przed skierowaniem do redakcji naukowego kwartalnika) z prośbą o opinię. A tak zrobiłem. „Jak zwykle ostrożny i rzetelny” – otrzymałem, w odpowiedzi, ocenę swego tekstu. W dalszej zaś korespondencji doczekałem się uznania za przeprowadzoną kwerendę archiwalną, w tym także za przejrzenie dużej, ponad dwustutomowej, sprawy obiektowej „Nacjonalizm ukraiński”, znajdującej się w zasobie archiwum rzeszowskiego IPN. Nie jest to słowo przeciwko słowu, zachowałem tę korespondencję. Z niemałym więc zdumieniem przeczytałem kilka miesięcy później druzgocącą krytykę mojego tekstu. Napisałem oczywiście replikę, która jakoś nie jest przywoływana przez prof. Motykę. Jeżeli chodzi o samą wspomnianą sytuację, to każdy może zmienić zdanie, nawet tak radykalnie. Przyznam jednak, że nie rozumiem takiego postępowania, a obecnie upoważnia ono do postawienia co najmniej dwóch pytań. Po pierwsze: kto naprawdę zachował się tutaj nie fair? I po drugie – ważniejsze – co było przyczyną takiego gwałtownego zwrotu? Nietrudno go łączyć z opublikowaniem w międzyczasie wstępnych wyników dotyczących pierwszego „ukraińskiego” etapu projektu.

Krytycy projektu nie czekają też z oceną na jego koniec. Ukazały się dotąd trzy tomy dotyczące ofiar ukraińskich: dwa tomy obejmujące okres okupacyjny z terenu dystryktów lubelskiego, krakowskiego i galicyjskiego, oraz jeden tom dotyczący ofiar ukraińskich z okresu wojny obronnej 1939 roku. Mam nadzieję, że w przyszłym roku ukaże się pierwszy tom poświęcony ofiarom polskim – będą to zabici we wrześniu 1939 roku. Wówczas będziemy mieli już więc dwa tomy obejmujące ten sam okres i personalia ofiar każdej ze stron.

Podkreślał Pan, że w projekcie nie chodzi o liczby, ale trudno mi nie zapytać: czy dotychczasowe badania rzucają jakieś nowe światło na różne teorie i przekonania dotyczące liczb i proporcji ofiar po obu stronach? Czy udało się w ogóle zweryfikować inne dotychczasowe ustalenia dotyczące tej historii?

Na pewno tak. Od samego początku mówiłem publicznie, i mówiłem też swoim współpracownikom na Ukrainie, że trzeba pamiętać, iż ofiar polskich będzie po prostu więcej. Co do tego nie ma żadnej wątpliwości.

Przestrzegałem jednak, żeby nie urządzać w tym względzie żadnych wyścigów, bo to zupełnie mijałoby się z celem. Co udało nam się dotychczas ustalić? Mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o ofiary ukraińskie – bo ten etap jest już zamknięty – to z rąk polskiego podziemia, regularnego Wojska Polskiego, polskich samoobron, funkcjonariuszy MO czy różnych oddziałów złożonych z Polaków, zginęło w latach 1939–1947 na całym badanym terytorium – bo warto przypomnieć, że analizujemy całe pogranicze polsko-ukraińskie, a więc Wołyń, Podole, Galicję Wschodnią oraz południowo-wschodnie tereny dzisiejszej Polski – łącznie udało nam się ustalić około 20 tys. ofiar wśród Ukraińców zabitych z rąk polskich.

Jeśli doliczyć do tego również tych, którzy zginęli z rąk polskich, lecz działających pod komendą niemiecką lub sowiecką, liczba ta wzrasta do niespełna 30 tys. Spośród nich ponad 20 tys. udało się ustalić z imienia i nazwiska. To naprawdę niezły rezultat biorąc pod uwagę to, że mówimy od wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat. Zastrzegam przy tym, że ostateczny wynik będzie zależał od tego, jakie kryteria ostatecznie zostaną przyjęte.

Jeśli chodzi o wielkość strat polskich, to nie jestem w stanie podać przybliżonych liczb. W historiografii obecnie funkcjonuje przekonanie, że szacunkowo możemy mówić o 80–100 tysięcy ofiar, choć moim zdaniem są one zawyżone. Tymczasem w przestrzeni publicznej krążą już, bez żadnych nowych badań źródłowych, znacznie wyższe dane. Na przykład IPN podaje obecnie na swoich stronach już 135 tysięcy ofiar polskich. Są to liczby wzięte z kosmosu i, szczerze mówiąc, gdyby nie dotyczyły olbrzymiej tragedii i śmierci dziesiątek tysięcy osób, należałoby traktować z przymrużeniem oka.

Skąd, Pana zdaniem, mogą brać się takie rozbieżności?

Mam wrażenie, że to poniekąd odzwierciedla obecny spór, jaki obserwujemy. Podam przykład, kiedy udało nam się zweryfikować konkretny przypadek. Jest wieś Sławentyn w pow. podhajeckim. Była to polska kolonia, a w literaturze podawano różne liczby ofiar tego napadu – od 35 do 85.

Udało nam się jednak odnaleźć zachowaną księgę metrykalną, w której miejscowy proboszcz katolicki odnotował po napadzie nazwiska ofiar. Wynika z niej dokładnie 35 osób zabitych tego dnia, plus pięć innych, które zginęły w okolicy.

Skąd wzięła się ta zawyżona liczba 85? Prawdopodobnie w jakimś przekazie czy dokumencie doszło do pomyłki lub przekłamania – trójka nagle stała się ósemką, i w ten sposób pojawiła się większa liczba. Tymczasem niepodważalnym źródłem jest właśnie zapis księdza w księdze metrykalnej, z nazwiskami tych ofiar, i to jest najważniejsze.

Poza tym w literaturze dominuje przekonanie, że napastnikami była bojówka ukraińskich nacjonalistów. Faktycznie byli to zrewoltowani okoliczni chłopi, co także wynika ze źródeł.

A jeśli chodzi o interpretację samych wydarzeń, ich przyczyn i tak dalej – czy tutaj też udało się dojść do jakichś nowych wniosków?

Nie chciałbym w to wchodzić, bo to nie do końca należy do naszego zadania. Myślę jednak, że jeśli ten projekt zostanie zakończony, niektóre hipotezy być może się zweryfikują – oczywiście nie wszystkie, bo faktów się nie neguje.

Mogę jednak powiedzieć, jak to wyglądało w roku 1939 – co było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Funkcjonuje dość powszechny obraz, według którego po 1 września 1939 roku doszło do dywersji w ukraińskim podziemiu, że wykorzystano wówczas sytuację, że np. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów chciała wywołać powstanie i organizowała napady, na co odpowiedzią była reakcja policji i wojska, w wyniku której padły też ofiary śmiertelne po stronie ukraińskiej.

Kiedy jednak przyjrzeć się temu z punktu widzenia ofiar i dynamiki ich liczby, okazuje się, że większość ofiar polskich to okres po 17 września 1939 roku. A 17 września to data agresji sowieckiej na Polskę.

Nasuwa się więc pytanie – i to jest oczywiście temat na przyszłe rozważania – czy ten czynnik nie odgrywał tu jednak nieco większej roli, niż się obecnie wydaje.

Przyglądam się dyskusjom polskich i ukraińskich historyków w mediach społecznościowych i wygląda to niepokojąco. Było też niedawno wspólne spotkanie w Sandomierzu, wcześniej podejmowano też inne inicjatywy. Jak z Pana perspektywy rysuje się możliwość ustalenia wspólnej, zgodnej narracji? 

Szczerze mówiąc, jestem nastawiony dość pesymistycznie. Jak już mówiłem, jakieś dziesięć lat temu sformułowałem hipotezę, że do zbliżenia stanowisk raczej nie dojdzie w dającej się przewidzieć perspektywie. To, co obserwujemy obecnie, raczej mnie w tym przekonaniu utwierdza. Świadomie nie brałem udziału w ostatnim spotkaniu historyków, ale śledząc relacje odniosłem wrażenie, że nie był to dialog, tylko w jakimś stopniu nadal dwa równoległe monologi.

To zaostrzenie, które teraz obserwujemy, zwłaszcza – jak Pan wspomniał – w mediach społecznościowych, jest dla mnie po prostu przerażające. Dotyczy to, niestety, także części mediów katolickich – vide okładka i wstępniak „Gościa Niedzielnego” sprzed kilku tygodni. Skoro media w tej chwili w taki sposób kształtują obraz sporu dla opinii publicznej, to jeszcze bardziej utwierdza mnie, że na porozumienie, także wśród historyków, nie ma co liczyć. Trudno mi powiedzieć, kiedy to nastąpi – prawdopodobnie kiedyś tak, ale nie sądzę, żeby to była kwestia najbliższych lat, raczej, co najmniej, dekady.

Dlatego, szczerze mówiąc, dość konsekwentnie odmawiam udziału w dyskusjach dla różnych mediów właśnie z tego powodu, że emocje są dziś tak rozbuchane i nakręcone, iż bardzo trudno o spokojną rozmowę. Dopóki nie nadejdzie moment, w którym historycy będą mogli znów spokojnie ze sobą rozmawiać, uważam, że w obecnych warunkach możemy robić tylko tyle, ile możemy. W moim przypadku oznacza to skupienie się właśnie na ofiarach – bo to jest coś, co, jak powiedziałem, nie powinno budzić żadnych wątpliwości.

To także temat, który pojawia się w wystąpieniach hierarchów kościelnych, katolickich obu obrządków. W ciągu ostatnich trzydziestu lat różnego rodzaju apeli czy listów, podpisywanych czy ogłaszanych wspólnie przez hierarchię rzymskokatolicką i greckokatolicką, było co najmniej ponad dwadzieścia. Na ten wątek warto zwracać uwagę. Apeluję więc, żeby mniej skupiać się na poszukiwaniu win, a bardziej na samych ofiarach – po jednej i po drugiej stronie – bo one po prostu na to zasługują.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.