Drukuj Powrót do artykułu

Ks. Leszek Kryża: powinna powstać polsko-ukraińska Grupa do Spraw Trudnych

17 lipca 2026 | 18:33 | Rozmawiał Tomasz Królak (KAI), tk | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. BP KEP

Nadzieję na zahamowanie – po obydwu stronach – spirali wzajemnych niechęci między Polakami i Ukraińcami wyraził w rozmowie z KAI ks. Leszek Kryża SChr, dyrektor Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie przy KEP. Duchowny, który kilkadziesiąt razy odwiedzał Ukrainę deklaruje, że w dalszym ciągu będzie tam jeździł z pomocą, bo pomoc człowiekowi, który jest w potrzebie nie podlega koniunkturze, modzie, emocjom. Ksiądz Kryża postuluje też powołanie polsko-ukraińskiej grupy do spraw trudnych – tak, jak przed laty powołano gremium do wyjaśniania kwestii spornych  w relacjach polsko-rosyjskich.

Tomasz Królak (KAI): Ordynarny werbalny atak na ukraińskie nastolatki w Bielsku-Białej nabrał rozgłosu, ale wiadomo, że to, niestety, wierzchołek góry lodowej. Jak Ksiądz, który od lat wspiera Ukraińców i często odwiedza ich na miejscu, odbiera sygnały świadczące o wzrastającej niechęci Polaków wobec sąsiadów?

Ks. Leszek Kryża: Wyznam krótko: jest mi z tym bardzo źle. Podobnie jak wielu z nas, ja także byłem świadkiem tego typu scen i zawsze są one dla mnie bardzo smutne i przykre.

Ale chciałbym na tę sytuację spojrzeć z pewnej perspektywy, ponieważ różne wydarzenia, których w ciągu ostatnich lat jesteśmy świadkami, odzwierciedlają zmieniający się poziom ogólnych relacji polsko-ukraińskich. Zajmuję się Ukrainą, i nie tylko tym krajem lecz Wschodem w ogóle, już pewnie ponad dwadzieścia parę lat i widzę, że te relacje polsko-ukraińskie przypominają sinusoidę.

Nigdy w tych relacjach nie było cudownie pod każdym względem, ale były momenty, kiedy to wyglądało naprawdę dobrze, choć kwestie historyczne nie były wyjaśnione. Przypomnę chociażby wspólną organizację Euro 2012, potem pomarańczową rewolucję, która była kolejnym momentem pięknej solidarności; potem rok 2014, kiedy rozpoczęła się okupacja Donbasu, a fala uchodźców, która stamtąd przybyła do Polski została przyjęta z całą życzliwością. No i wreszcie rok 2022, czyli atak na całą Ukrainę, kiedy to znowu, tym razem już kilkumilionowa rzesza uchodźców z Ukrainy znalazła u nas schronienie.

To były okresy dobrych relacji. Niestety, od czasu do czasu pojawiają się dołki, by wspomnieć choćby sprawę cmentarza Orląt Lwowskich czy, ostatnio, nadanie tytułu bohaterów UPA jednej z formacji wojskowych Ukrainy. Mówię o tym dlatego, że to pokazuje jakieś światełko, budzi nadzieję, że także obecny kryzys uda się kiedyś pokonać. Nie chodzi o to, by mówić, że wszystko będzie cudownie. Pewnie nie będzie, dopóki jedna i druga strona nie wyjaśni sobie jasno o co jej chodzi. Idealnie nie będzie zapewne nigdy, ale jest szansa na to, że z tego dołka wyjdziemy. Takie jest moje spojrzenie na to wszystko, co się działo i wciąż toczy w naszych relacjach.

Bywam w Ukrainie od lat, a od czasu wybuchu pełnoskalowej wojny – pewnie ze 40 razy. Bywałem w miejscach naprawdę bardzo trudnych na linii frontu, byłem w kompletnie zrujnowanych wioskach. Spotykałem się i rozmawiałem z ludźmi, którzy potracili swoich bliskich; spotykałem młode kobiety, które straciły mężów, a zostały same z dziećmi; byłem w szpitalach, w których leczono kilkuset młodych chłopców, którzy potracili kończyny i stracili też jakby sens życia – bo muszą wracać do swojej rodziny, a są po prostu inwalidami na wózku. Byłem w miejscach, gdzie naprawdę było widać dużo bólu i krzywdy. Mówię o tym jako reprezentant Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie, żeby zaświadczyć, że na tych najtrudniejszych terenach Kościół – Kościół rzymskokatolicki i greckokatolicki, zapewne także wspólnoty innych wyznań – został z tymi ludźmi. Skoro oni tam są, a my jesteśmy instytucją, która ma pomagać Kościołowi na Wschodzie, to pomagamy im również w tej nadzwyczaj trudnej sytuacji. Dlatego tak często tam jeżdżę. Po pierwsze, żeby przekazać pomoc, a po drugie, żeby zapewnić tych ludzi o mojej i naszej solidarności. Jeżdżę tam przecież nie tylko we własnym imieniu, ale także w imieniu Kościoła w Polsce.

I zapewne jest Ksiądz tam przyjmowany z otwartymi ramionami i z wdzięcznością.

Być może to co powiem teraz nie będzie zbyt popularne, ale w czasie tych moich czterdziestu paru wyjazdów nigdy i nigdzie nie spotkałem się z odruchem niechęci wobec siebie czy naszego kraju. Wręcz przeciwnie, za każdym razem słyszę: dziękujemy Kościołowi w Polsce, dziękujemy za to, że są z nami księża, siostry zakonne i bracia oraz wolontariusze, że towarzyszą nam w całej tej biedzie, modlą się za nas wszystkich, troszczą się o to, żebyśmy mieli co zjeść i mogli otrzymać jakąś pomoc.

W pewnej wiosce usłyszałem od ludzi: gdyby nie wasz przyjazd i pomoc grupy katolickich wolontariuszy, to nikt by tu do nas nie dotarł. A my tam dowozimy wodę, jedzenie i inną pomoc, a czasami po prostu jesteśmy.

Zdaję sobie sprawę, że moje spojrzenie jest trochę specyficzne, bo patrzę z nieco innej perspektywy, od środka, a nie z pozycji zewnętrznego obserwatora czy zawodowego obserwatora relacji polsko-ukraińskich, które przeżywają trudną fazę. Dlatego moje spojrzenie nie wpisuje się w obecną narrację, nad którą bardzo mocno ubolewam i chciałbym, żeby to wszystko wyglądało inaczej.

No właśnie, bo chłodne relacje polskich analityków monitorujących m.in. ukraińskie media społecznościowe wskazują na wzrastającą w Ukrainie niechęć a nawet nienawiść wobec Polski. Mówił o tym niedawno, po powrocie z Ukrainy, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich.

W tej chwili jest to już samonakręcająca się spirala działająca, niestety, w dwie strony. Najbardziej boję się tego, że będzie się to nakręcało coraz bardziej i jeżeli nie przyjdzie moment jakiegoś opamiętania czy wyhamowania, to wtedy może pójść to zdecydowanie za daleko.

Jutro znowu wyruszam na Ukrainę i pewnie będę miał nowe doświadczenia, kolejne spotkania. Będziemy jechali samochodem z polską rejestracją i być może zupełnie przypadkowi ludzie gdzieś na ulicy albo na drodze zatrzymają nas i dadzą nam odczuć swoją niechęć. Nie wykluczam tego, ale Ukraina ma też wiele wewnętrznych problemów a główny to realna wojna i jej konsekwencje. Najważniejsze, żebyśmy nie zabrnęli za daleko, żeby to, co zdarzyło się np. w Bielsku-Białej mogło być uważane tylko za epizod!

Przy czym nie wiadomo, czy wzrost wzajemnej niechęci wywołany jest “zmęczeniem” się Polaków pomaganiem Ukraińcom, czy też ma tło historyczne, o podgrzanie którego zadbał prezydent Zełeński…

Byłem na Wołyniu wielokrotnie. W niektórych miejscach chodziłem ze ściśniętym gardłem i mocno bijącym sercem. Na przykład, w środku lasu widzę raptem drzewa owocowe. Okazuje się, że tam była polska wioska. Nic po niej nie zostało, ale przypominają o niej te drzewa – wiśnie, grusze, jabłonie. I wtedy uświadamiam sobie, że w miejscu, po którym chodzę, być może dokładnie pode mną, leżą nasi rodacy – nie pochowani, nie otoczeni modlitwą… Zawsze kiedy tam jestem, modlę się w ich intencji, a potem w kościele sprawuję Mszę św.

Czegoś podobnego doświadczyłem wcześniej na Syberii. Tamtejsza Polka wiozła mnie przez zupełnie dzikie rejony tajgi. W pewnym momencie mówi: ojcze, ksiądz jest tutaj chyba pierwszym księdzem katolickim, który przemierza drogę, którą byli gnani nasi rodacy na zesłanie. Oni padali w marszu i pewnie gdzieś tu leżą, niech ksiądz będzie tego świadomy… Wtedy sobie postanowiłem, że ilekroć i jak długo będę na Syberii w tamtych rejonach, to będę o tych ludziach pamiętał, modlił się w ich intencji i odprawiał Mszę św.

Chodzi o to, żebyśmy mieli świadomość, że oni tam są, że to jest część naszego narodu, że musimy o nich pamiętać i słusznie domagamy pamięci o nich, godnego pochówku, upamiętnienia i tak dalej. Ale to nie powinno odbywać się w klimacie nakręcania spirali wzajemnych pretensji, animozji czy wręcz nienawiści. Można to osiągnąć jedynie poprzez rozmowę i wzajemne poznanie swoich racji i uczuć. Wiem, że są konkretne fakty historyczne, których nie da się wypracować na zasadzie kompromisu, bo są to po prostu sytuacje czarno-białe. Ale przecież można o nich rozmawiać, można dojść do pewnego porozumienia co do sposobu upamiętnienia ofiar, tym bardziej, że zaczynały już pojawiać się konkretne działania w tej sprawie. Przypomnę choćby wizytę abp. Gądeckiego ówczesnego Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski na Wołyniu, wspólną modlitwę z głową Kościoła greckokatolickiego abp. Szewczukiem i spotkanie prezydentów Polski i Ukrainy w tym samym miejscu.

Ale co robić teraz, gdy sytuacja gwałtownie się pogorszyła?

Myślę, że lekarstwem byłoby zahamowanie, po obu stronach, procesu nakręcania się spirali niechęci a budowanie narracji opartej na prawdzie i wzajemnym szacunku, a to nie jest łatwe. Powinniśmy też jak najwięcej mówić o tym wszystkim, co w naszych relacjach jest dobre. Jestem w kontakcie z różnymi polskimi organizacjami, które stają jakby ponad całą tą polityczną zawieruchą. Tak jak świadczyły pomoc, świadczą ją dalej, choć ich przedstawiciele przyznają, że obecnie jest im trudniej uzyskać jakiekolwiek wsparcie na rzecz pomocy Ukrainie. To także rozumiem, bo, niezależnie od ludzi nakręcających złe emocje, każdy z nas ma, w większym czy mniejszym stopniu, jakieś doświadczenia z Ukraińcami, bo pracują w sklepach czy w wielu innych branżach. Spotykamy Ukraińców, którzy uczciwie pracują, są naszymi sąsiadami, kolegami, płacą podatki itd., ale spotykamy też zupełnie innych. I choć jest to tylko jakaś cząstka, to zło jest bardziej krzykliwe – tak jak ma to miejsce w każdej nacji. Jeżeli ktoś będzie miał tylko złe doświadczenia i jeszcze inni to podgrzeją, to… wracamy do wspomnianej spirali.

Jeszcze a propos lekarstwa. Otóż istniała kiedyś Polsko-Rosyjska Grupa do Spraw Trudnych, byłem zresztą jej członkiem. To było dosyć ciekawe gremium, złożone z fachowców, m.in. historyków i dyplomatów, którzy siadali z jednej i z drugiej strony i po prostu rozmawiali o trudnych kwestiach we wzajemnych relacjach. Myślę, że coś podobnego warto by było wypracować na gruncie polsko-ukraińskim, zapewniając w takim formacie wymiar polityczny, duchowy i historyczny. Chodziłoby o to, by nie kończyło się na kolejnej, uroczyście podpisywanej, pięknej deklaracji, bo takich mieliśmy już dużo, ale, żeby to było coś, co się przekłada na rzeczywistość, coś co ma jakąś siłę sprawczą i będzie akceptowane przez różne siły polityczne.

Myślę, że to byłoby naprawdę cenne. Niezależnie bowiem od niefortunnej (łagodnie mówiąc) decyzji prezydenta Zełeńskiego faktem jest, że polscy politycy wykorzystują z rozmysłem nastroje antyukraińskie, umiejętnie je przy tym podsycając. Antyukraińskie okrzyki, które ostatnio słyszałem pod swoim oknem, powielały hasła niektórych czołowych polityków polskich, może w nieco tylko zaostrzonej wersji…

Decyzja ukraińskiego prezydenta była absolutnie niefortunna. Bez popadania w samozachwyt możemy powiedzieć, że w czasie próby, to znaczy po rosyjskiej napaści na Ukrainę, Polska stanęła na wysokości zadania. Nie chodzi o to, żeby powtarzać, jacy to my jesteśmy cudowni. Zrobiliśmy bowiem to, co do nas należało, „słudzy nieużyteczni jesteśmy”. Ale, rzeczywiście decyzja prezydenta Zełeńskiego bardzo mocno w to uderzyła, zachwiała tym wszystkim, co wydarzyło się między nami dobrego.

Szkoda, ale tak się stało. I teraz musimy szukać jakiejś drogi wyjścia, próby normalizacji, żebyśmy nie zabrnęli za daleko, dlatego tak ważne jest według mnie pokazywanie pozytywnych przykładów współpracy nie tylko na polu politycznym, ale też w wymiarze kościelnym i przede wszystkim w codziennych relacjach międzyludzkich.

W każdym razie obecna sytuacja nie zmniejsza determinacji Księdza i całego Zespołu do wspierania Ukrainy.

Nie zmniejsza, choć czasami zdarza mi się słyszeć pytanie: dlaczego ksiądz tam jeszcze jeździ, dlaczego ksiądz jeszcze im pomaga. Otóż dlatego, że pomoc drugiemu człowiekowi, który jest w potrzebie – a ja takich tam spotykam – nie podlega koniunkturze, modzie, emocjom. To jest człowiek potrzebujący – i tyle. Dlatego tam jadę i będę jeździł i starał się mądrze pomagać.

Tuż po wybuchu wojny, gdy pojechaliśmy na ziemię charkowską, w pobliże linii frontu, pewna kobieta, zresztą z polskimi korzeniami, zapytała mnie: miło, żeście tu przyjechali i przywieźliście pomoc ale czy wy nas nie zostawicie? Odtąd podjąłem naszą obecność wśród tych ludzi jako pewnego rodzaju zobowiązanie. Wtedy spontanicznie odpowiedziałem, że oczywiście nie opuścimy i na tyle, na ile możemy będziemy z wami, będziemy wam pomagać. Ale tu nawet nie o pomoc materialną chodzi, a na pewno nie tylko o nią, lecz o to, żeby pozostał z nimi Kościół, czyli kapłani, siostry, wolontariusze i my, jako Zespół działający przy Episkopacie.

To jest dla nich naprawdę duże doświadczenie, gdy widzą, że ktoś z Polski przyjeżdża do nich na te zrujnowane rubieże, odwiedza ich wioski, chce z nimi rozmawiać i coś im jeszcze przywozi. Musimy być konsekwentni. Skoro ta wojna trwa, to pomagamy Kościołowi, który pomaga tamtym ludziom. I tyle, kropka. Obiecuję, że dopóki trzeba będzie, będę tam jeździł i będę pomagał.

Czy nie uważa Ksiądz, że Episkopat powinien wydać list pasterski lub komunikat studzący antyukraińskie nastroje i przypominający chrześcijański kanon zachowania wobec przybyszów? 

Powiem tak: ufam w mądrość biskupów. Myślę, że jeżeli wyczują, że nadszedł moment, by z taką inicjatywą wystąpić, to na pewno to zrobią. Jak wiemy ostatnio ukazał się apel czterech kardynałów – z Polski i Ukrainy – oraz zwierzchnika Ukraińskiego Kościoła greckokatolickiego [w liście zaapelowano o powstrzymanie narastających napięć w relacjach polsko-ukraińskich oraz kontynuowanie drogi pojednania – przyp. KAI].  Można powiedzieć: nic dodać, nic ująć, tylko wprowadzać go w życie. Ale jego odbiór jak wiemy, był różny, niestety. Jeden z księży powiedział mi, że wszystkie wystawione przez proboszcza egzemplarze katolickiego tygodnika z tekstem tego apelu zostały przez kogoś podarte.

Ale pomoc trzeba świadczyć, na miarę możliwości i nie zaniedbując własnego podwórka, bo jesteśmy chrześcijanami i pamiętamy słowa Pana Jezusa „bo byłem głodny… byłem spragniony, byłem chory, byłem ….  a usłużyliście mi”.  To nasza powinność – pomagać drugiemu człowiekowi, człowiekowi w potrzebie. Powtórzę raz jeszcze – pomagać mądrze, nie wpisując się w układy czy korupcję.

Wszystkim nie pomożemy, wszystkich nie nakarmimy, nie odbudujemy wszystkich domów, ale róbmy po prostu tyle, ile jest w naszej mocy.

Kilka przykładów. Pewna, pracująca w Ukrainie siostra zakonna ze zgromadzenia Sióstr od Aniołów, organizuje akcję „Anioły radości” i jeździ do wiosek, do których naprawdę prawie nikt nie dociera. W szkole albo w świetlicy gromadzi dzieci z tej wioski i robi dla nich taki dzień wielkiej radości z aktywnością i poczęstunkiem. Kiedyś miałem okazję w tym uczestniczyć, wspieramy zresztą tę inicjatywę. Usiadłem obok jednej mamy, która, wpatrzona w swojego maluszka mówi: ojcze, moje dziecko uśmiechnęło się po raz pierwszy od dwóch lat. Myślę, że to jest ta nagroda dla wszystkich, którzy pomagają ludziom na Wschodzie.

Inna inicjatywa, która wpieramy to “Akcja kurczak”. Otóż, odwiedzane przez nas siostry orionistki posługujące na ziemi charkowskiej starają się wspierać mieszkańców kompletnie zrujnowanych wiosek. Ludzie wrócili do nich, bo są deokupowane. Domy rozwalone, wszystko w koło zaminowane, ale ludzie wrócili, bo nie mieli się gdzie podziać. Szaro, buro, nie ma pracy, nie ma z czego żyć. Siostry doszły do przekonania, że w tym wypadku przywiezienie darów nie wystarczy, że trzeba tych ludzi zmobilizować do życia. I wymyśliły fajny pomysł polegający na tym, że my, jako Zespół będziemy kupowali tam, w Ukrainie malutkie, jednodniowe kurczaczki, rodziny będą się zgłaszały, każda z nich otrzyma po 30 albo i 50 sztuk. Byłem przy ich rozdawaniu oraz na końcu tej akcji – obecnie jest to już szósta edycja. Ludzie mówią: ojcze, te malutkie kurczaki nas mobilizują – musimy rano wstać, trzeba im coś dać jeść, trzeba o nie zadbać i cieszymy się, jak one rosną. Jest taka zasada, że 10 proc. z tego co wyhodują, oddają jeszcze biedniejszym. Dziś mówią z dumą: możemy dawać innym, możemy dzielić się z ludźmi potrzebującymi jeszcze bardziej niż my.

 

Ks. Leszek Kryża (ur. 1957) kieruje Zespołem Pomocy Kościołowi na Wschodzie KEP od 2011 r. Przed wstąpieniem do seminarium pracował w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni oraz w PKP i odbył służbę wojskową w szeregach Marynarki Wojennej. Święcenia kapłańskie przyjął w 1991 roku w Poznaniu. Był wikariuszem w parafii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny we Władysławowie a od 1996 r. – Delegatem Przełożonego Generalnego do spraw Współbraci pracujących na Wschodzie. W roku 2000 został duszpasterzem w PMK Kolonia w Niemczech a następnie przez osiem lat był proboszczem polskiej parafii w Budapeszcie.

W 2017 roku został oznaczony przez prezydenta RP Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, który został mu przyznany za działalność na rzecz polskich społeczności na wschodzie Europy oraz opiekę duszpasterską nad polskimi repatriantami. W 2025 roku otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski jako podziękowanie i uhonorowanie wielkiego zaangażowania w działania humanitarne.

 

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.