Nawiązując do postawy Jana Chrzciciela, przypomniał łacińską maksymę: „Omnes murmurant, nemo clamat” (wszyscy szemrzą, nikt nie woła). Jak zaznaczył, jest ona „jednym z fundamentów patologicznych relacji w rodzinie, w społeczeństwie, w Kościele, w diecezji, w każdej wspólnocie i w każdym związku”. Przeciwieństwem takiej postawy jest odwaga powiedzenia prawdy, nawet za cenę osobistych konsekwencji.
Metropolita warszawski odniósł się także do obchodzonej dziś 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. – Powstańcy zamiast pytać: czy warto walczyć, pytali czy można nie walczyć? Ich odwaga nie była chłodną kalkulacją, ale gorącym porywem serca, wypływem czystej miłości do Ojczyzny; szalonej, naiwnej, ale szczerej i pięknej – podkreślił i podziękował obecnym na uroczystości Powstańcom Warszawskim.
W drugiej części homilii metropolita warszawski pytał, czy obecnie ludzie potrafią wykazać się podobnym męstwem. – Czy więc mamy w sobie tę samą postawę męstwa i odwagi? Odwagę Jeremiasza, Jana, odwagę Powstańców? – pytał.
Wyjaśnił, że odwaga w czasie pokoju „nie polega na noszeniu munduru, ale na wierności zasadom i wartościom wtedy, gdy większość idzie na łatwe i tanie kompromisy”. – To odwaga powiedzenia prawdy, podczas gdy łatwiej jest milczeć, uśmiechać się do wszystkich, być koniunkturalistą, oportunistą i populistą jednocześnie, i wciąż upajać się podniesionymi kciukami, liczbą wyświetleń i pozytywnymi komentarzami na swój temat – mówił.
Najmocniej wybrzmiało jego wezwanie, że współczesny człowiek „nie musi dziś zdobywać barykad, ale musi co dnia zdobywać samego siebie”. – Nie jesteśmy dziś powołani do tego, by powtarzać losy Powstańców, ale do tego, by dorównać ich charakterowi – podkreślił.
Odnosząc się do obowiązków wobec ojczyzny, przypomniał słowa Cypriana Norwida o Polsce jako „wielkim zbiorowym obowiązku”. Jak zaznaczył, patriotyzm wyraża się nie tylko gotowością oddania życia za ojczyznę, lecz także „uczciwym życiem dla niej; rzetelną pracą, troską o dobro wspólne, szacunkiem dla prawa, odpowiedzialnością za kulturę i historię”.
Na zakończenie homilii metropolita warszawski przywołał słowa św. Jana Pawła II z Westerplatte o tym, że każdy człowiek ma w życiu swoje „Westerplatte”, czyli sprawę, od której „nie można zdezerterować”. Nawiązując do nich, stwierdził: – Każdy z nas znajduje w sobie jakieś Westerplatte i jakąś Warszawę ’44. Nie zdezerterujmy!”. Zaapelował także o modlitwę za zmarłych Powstańców, o zdrowie dla żyjących oraz o dar męstwa dla wszystkich Polaków.
Publikujemy całą treść homilii:
Odwaga ich i nasza
(Homilia wygłoszona na Cmentarzu Wolskim, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, Warszawa, 1 sierpnia 2026 roku)
Siostry i Bracia,
Słowo Boże, które Kościół daje nam do odczytania w tę pierwszą, sierpniową sobotę jest – mówiąc najogólniej – o odwadze.
Odnajdujemy ją najpierw w historii Jeremiasza z pierwszego czytania (por. Jr 26,11-16.24). Rzecz dzieje się na sześć wieków przed Chrystusem, w burzliwym czasie dla Królestwa Judy. Zginął oto mądry król Jozjasz, który przeprowadził gruntowną reformę religijną i odnowił przymierze z Bogiem, a jego następca, król Jojakim okazał się człowiekiem słabym, podatnym na manipulacje i wpływy innych. Nie tylko nie kontynuował zapoczątkowanych reform, ale wręcz przeciwnie; zaniechał ich, wchodząc w marne sojusze z Egiptem i Babilonią. Społeczeństwo zaś było senne. Uważano, że skoro w Jerozolimie stoi świątynia, to na pewno miastu nic złego się nie stanie. Można żyć jak się chce, robić co się chce, Bóg przecież zawsze będzie strzegł miasta i jego ludzi, jakby z automatu i jakby z obowiązku. Nie było w tym wiary, nie było też zawierzenia. Była naiwność, pycha, i niechęć do nawrócenia.
W tej sytuacji prorok Jeremiasz odważnie wystąpił przeciw temu fałszywemu poczuciu bezpieczeństwa, wprost ogłosił, że jeśli ludzie się nie nawrócą, świątynia będzie zburzona.
Mówił to, choć wiedział, że może umrzeć. „Zmieńcie swoje postępowanie i swoje uczynki, słuchajcie głosu Pana Boga waszego”, wołał (Jr 26,13). Nic nie mogło go powstrzymać przed mówieniem prawdy, przed odważnym występowaniem przeciwko niesprawiedliwości. Jeremiasz nie kalkuluje, nie kombinuje, nie gra. Walczy jak może.
Na szczęście prorok nie zginął. Pojawił się mądry człowiek Achikam, który stanął w obronie Jeremiasza, „ochraniał Jeremiasza – czytamy – by nie został wydany w ręce ludu na śmierć” (Jr 26,24). Achikam pomógł ludziom pójść po rozum do głowy. „Wtedy powiedzieli przywódcy i cały lud do kapłanów i proroków: Człowiek ten nie zasługuje na śmierć, gdyż przemawiał do nas w imię Pana Boga naszego” (Jr 26, 16).
Podobną postawę odwagi, choć zakończoną dużo bardziej dramatycznie, prezentuje św. Jan Chrzciciel, o czym usłyszeliśmy w dopiero co odczytanej Ewangelii (por. Mt 14,1-12). Także on musi odważnie przeciwstawić się złu, którego dopuszcza się Herod.
Jan nie bał się powiedzieć na głos tego, o czym wielu, z lęku przed królem, odważyło się jedynie szeptać. Że król żył niemoralnie ze swoją bratową, sam będąc mężem innej kobiety. Herod uważał siebie za Żyda, powinien więc był stosować się do żydowskiego prawa, a ono taką sytuację zrównywało z kazirodztwem, o czym przeczytamy w Księdze Kapłańskiej: „ktokolwiek bierze żonę swojego brata, popełnia kazirodztwo. Odsłonił nagość swojego brata – będą bezdzietni” (Kpł 20,21). I ludzie to potępiali. Ale po cichu. Omnes murmurant, nemo clamat. Stara zasada: wszyscy szemrzą, nikt nie powie. Ona jest jednym z fundamentów patologicznych relacji w rodzinie, w społeczeństwie, w Kościele, w diecezji, w każdej wspólnocie i w każdym związku.
A odważny Jan Chrzciciel powiedział na głos: nie wolno. „Nie wolno, ci mieć żony twego brata” (Mk 6, 18). Za to Herod wsadził go do więzienia, a potem na prośbę dwóch zdegenerowanych kobiet: Salome, a bardziej jeszcze jej matki Herodiady, kazał Jana zabić.
Świetnie cały dramat tej sytuacji jest przedstawiony na słynnym obrazie Carravaggia „Salome z głową Jana Chrzciciela”. Ociekająca krwią głowa Jana, podawana zdumionej dziewczynie, która nie chce na to patrzeć, jej brzydka matka, uważnie się wszystkiemu przyglądająca, dumna, zwycięska, jakby zacierająca ręce. No i ta odcięta głowa, która wygląda jak głowa Chrystusa z krzyża.
Odwaga jednego i drugiego, Jeremiasza i Jana płynęła z tego samego źródła, z zaufania do Boga, dzięki któremu, zawsze – czy stracą życie doczesne, czy nie – będą zwycięzcami. Obaj mogli by powtórzyć jako własne słowa dzisiejszego Psalmisty:
„Wyrwij mnie z bagna abym nie utonął,
Wybaw mnie od tych co mnie nienawidzą (…).
Jestem nędzny i pełen cierpienia.
Niech pomoc twa Boże mnie strzeże.
Pieśnią chcę chwalić imię Boga
I wielbić Go z dziękczynieniem (…).
Bo Pan wysłuchuje biednych
I swoimi więźniami nie gardzi” (Ps 69, 15.30-31.34).
Siostry i Bracia,
słuchamy tych słów tu i teraz. Tu, czyli na Cmentarzu Wolskim, gdzie pochowanych jest tyle ofiar Powstania Warszawskiego, cywilów i żołnierzy, i czytamy te słowa teraz, czyli w jeden z najświętszych dla Warszawy dni – pierwszego sierpnia. Słuchamy tych słów i podziwiamy odwagę Powstańców Warszawy z 1944 roku.
Oni nie pytali: czy warto walczyć, jeśli szansa na zwycięstwo jest tak niewielka? To pytanie stawiają sobie do dziś historycy i publicyści, którzy spierają się o zasadność decyzji o wybuchu Powstania, dokonują takich i innych analiz, patrzą na błędy przywódców i na konsekwencje militarne. Takie analizy można snuć na spokojnie, w salach wykładowych, w mediach, czy przy herbatce.
Wtedy jednak Powstańcy zamiast pytać: czy warto walczyć, pytali czy można nie walczyć? Ich odwaga nie była chłodną kalkulacją, ale gorącym porywem serca, wypływem czystej miłości do Ojczyzny; szalonej, naiwnej, ale szczerej i pięknej.
Na myśl przychodzą znane zdania Leopolda Staffa:
„Bo coś w szaleństwach jest młodości,
Wśród lotu, wichru, skrzydeł szumu,
Co jest mądrzejsze od mądrości
I rozumniejsze od rozumu”.
Tak, w ich szaleństwie było to „Coś”! Wspaniałe „Coś” przez wielkie „C”, coś, co jest mądrzejsze od najmądrzejszej ludzkiej i światowej mądrości i rozumniejsze od jakichkolwiek argumentów rozumu. To „Coś” to miłość!
„Choć na tygrysy mają visy – to warszawiaki fajne chłopaki są”. To oczywiście fragment „Pałacyku Michla” napisanego przez „Ziutka”, z batalionu „Parasol”, czyli Józefa Andrzeja Szczepańskiego.
Tygrysy to oczywiście potężne niemieckie czołgi, a „visy” to polskie pistolety, choć doskonałe, stworzone w latach trzydziestych w Fabryce Broni w Radomiu, to jednak jedynie pistolety. Powstańcy nie łudzili się, że ich uzbrojenie dorównuje sile przeciwnika, a jednak nie poddawali się. Ich postawa nie wypływała z przekonania o własnej militarnej sile, ale słuszności sprawy, dla której walczą.
„Nie złamie już wolnych żadna klęska, nie strwoży śmiałych żaden trud”, śpiewamy w „Warszawskich dzieciach”. Tak te warszawskie dzieci to uczniowie, studenci, harcerze, lekarze, sanitariuszki, księża, mieszkańcy, wszyscy byli dziećmi tego samego miasta, Warszawy, wszyscy byli dziećmi tej samej matki, Polski. Oni przypominają nam i dziś, że odwaga nie jest brakiem lęku, ale decyzją, by pomimo lęku pozostać wiernym temu, w co się wierzy, że odwaga nie potrzebuje sukcesu, ale przekonania, że są sprawy, których po prostu nie wolno porzucić.
Chylimy czoła przed tymi mężnymi ludźmi. Dziękuję Wam, tu obecnym warszawskim Powstańcom. Podziwiamy Was i kochamy. Za zmarłych, pochowanych na tym cmentarzu i na każdym innym, modlimy się dziś o wieczny odpoczynek po wielkim życiu.
Siostry i Bracia,
nasze miasto nieujarzmione powstało z ruin. Spełniło się to, o czym śpiewał Mieczysław Fogg w pięknej „Piosence o mojej Warszawie”:
„Ja wiem, żeś ty dzisiaj nie taka
Że krwawe przeżyłaś już dni
Że rozpacz i ból cię przygniata
Że muszę nad tobą zapłakać
Lecz taką jak żyjesz w pamięci
Przywrócę ofiarą swej krwi
I wierz mi Warszawo, prócz piosnki i łzy,
Jam gotów ci życie poświęcić”.
Dzięki temu, że tak wielu było tych, którzy temu miastu poświęcili swe życie, dziś jest ono piękne i dumne. Dziś my jesteśmy jego dziećmi. Warszawskie dzieci to dziś my!
Czy więc mamy w sobie tę samą postawę męstwa i odwagi? Odwagi w czasach pokoju, lub – jak mówią niektórzy – już w czasach kolejnego przedwojnia? Odwagę Jeremiasza, Jana, odwagę Powstańców?
Męstwo w czasach pokoju nie polega na noszeniu munduru, ale na wierności zasadom i wartościom wtedy, gdy większość idzie na łatwe i tanie kompromisy. To odwaga powiedzenia prawdy, podczas gdy łatwiej jest milczeć, uśmiechać się do wszystkich, być koniunkturalistą, oportunistą i populistą jednocześnie, i wciąż upajać się podniesionymi kciukami, liczbą wyświetleń i pozytywnymi komentarzami na swój temat. Człowiek odważny nie musi dziś zdobywać barykad, ale musi co dnia zdobywać samego siebie. Tak, nie jesteśmy dziś powołani do tego, by powtarzać losy Powstańców, ale do tego, by dorównać ich charakterowi.
Dotyczy to naszej powinności wobec Ojczyzny, która przecież nie przestaje być „naszym wielkim zbiorowym obowiązkiem”, jak pisał Norwid. Ten obowiązek spełniamy nie tylko umieraniem za Polskę, ale uczciwym życiem dla niej; rzetelną pracą, troską o dobro wspólne, szacunkiem dla prawa, odpowiedzialnością za kulturę i historię.
Przypomnę, że Katechizm Kościoła o miłości do Ojczyzny mówi przy okazji omawiania czwartego przykazania kościelnego, czyli szacunku dla rodziców. To zrozumiałe, bo przecież ojczyzna jest jak matka. I mówiąc o obowiązkach jakie mamy do spełnienia wobec tej szczególnej Matki, Katechizm podkreśla, że oprócz stawania w obronie jej granic, gdy jest taka potrzeba, mamy do spełnienia jeszcze dwa inne: udział w wyborach i płacenie podatków (por. KKK, 2240). To też swego rodzaju męstwo na czas pokoju.
Odwaga w czasach pokoju dla małżonków i rodziców to obowiązek małżeńskiej wierności i wychowywania dzieci, często wbrew popkulturze, nie na ciapy i mazgajów, ale na ludzi z zasadami, którzy znają takie słowa jak: „sumiennie”, „uczciwie”, „odpowiedzialnie”, „porządnie” i nie tylko je znają, ale czynią z nich życiowy kompas.
Dla ludzi Kościoła odwaga w czasach pokoju będzie oznaczała dosłowne przyjęcie postawy Jeremiasza i Jana, czyli bycie wiernym Bogu, ufność wobec Boga w każdej sytuacji, a także głoszenie całej, jasnej i pełnej nauki Kościoła, który jest powołany do tego, by przemieniać świat, nie zaś do tego, by dać się przemieniać przez świat.
„Musicie od siebie wymagać, nawet, gdyby inni od was nie wymagali”, wołał św. Jan Paweł II na Westerplatte. I dodawał: „Każdy z was (…) znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować”.
Tak, Bracia i Siostry, każdy z nas, znajduje w sobie jakieś Westerplatte i jakąś Warszawę’44. Nie zdezerterujmy!
Na koniec raz jeszcze prośmy Boga o życie wieczne dla zmarłych Powstańców, o błogosławieństwo i zdrowie dla żyjących, a dla nas wszystkich o dar męstwa. Niech on, wraz z modlitwami Maryi, Królowej Męczenników i modlitwami wszystkich Męczenników Kościoła, w tym Męczenników Powstania Warszawskiego: bł. ks. Józefa Stanka i bł. ks. Michała Czartoryskiego, wesprze nas w prowadzeniu odważnego życia, którego my nie będziemy musieli się wstydzić, a o którym ci co przyjdą po nas, nie będą chcieli jak najszybciej zapomnieć. Amen.
+ Adrian J. Galbas SAC
archwwa.pl


