Ks. L. Kryża: wojna dotyka konkretnego człowieka przeżywającego tragedię i traumę
06 września 2026 | 15:35 | Krzysztof Tomasik | Warszawa Ⓒ Ⓟ

„W swej istocie każda wojna dotyka pojedynczego człowieka, czyli mówiąc o wojnie nie możemy ograniczać się do ogólnych standardowych relacji, ale musimy też zauważyć konkretnego, pojedynczego człowieka, który ma imię i nazwisko i swoją historię życia. Będąc na Ukrainie spotykam się z ludźmi, którzy potracili swoich bliskich, musieli niejednokrotnie uciekać ze swoich domów, którzy domy stracili, przeżywają ogromną tragedię i traumę” – podkreśla ks. Leszek Kryża SChr. Dyrektor Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie przy Konferencji Episkopatu Polski w rozmowie z KAI apeluje, aby nie pozostawiać i nie zapominać o Ukraińcach walczących codziennie o przetrwanie i przeżycie oraz z wielkim uznaniem mówi o ludziach Kościoła, w tym wielu Polakach, „bohaterach codzienności” potrafiących stanąć ponad podziałami i przeciwnościami pomagając człowiekowi w potrzebie.
Krzysztof Tomasik (KAI): Ukraina codziennie doświadcza tragedii wojny, a świat tego raczej już nie dostrzega, a nawet o tym zapomina. Nie widzi tragedii konkretnego człowieka a tylko bezosobowość wojennych komunikatów. Ksiądz Leszek nie zapomina. Jest tam bez przerwy. Właśnie wrócił z kolejnej wizyty z pomocą dla konkretnych ludzi.
Leszek Kryża SChr: W swej istocie każda wojna dotyka pojedynczego człowieka, czyli mówiąc o wojnie nie możemy ograniczać się do ogólnych standardowych relacji, ale musimy też zauważyć konkretnego, pojedynczego człowieka, który ma imię i nazwisko i swoją historię życia. Będąc na Ukrainie spotykam się z ludźmi, którzy potracili swoich bliskich, musieli niejednokrotnie uciekać ze swoich domów, którzy domy stracili, przeżywają ogromną tragedię i traumę.
Spotykam też dzieci, które nie znają innej rzeczywistości jak ta wojenna. Uczniowie, którzy są teoretycznie w piątej czy szóstej klasie nigdy tak naprawdę prawdziwej szkoły nie mieli, ponieważ najpierw była izolacja spowodowana pandemią a potem kolejne lata w wojennych realiach. Siedzą w domach i zajęcia odbywają się w formie online, albo w jakiejś quasi szkole, w której spotykają się na 2-3 godziny, a wszystko to jest przerywane alarmami i koniecznością ucieczki do schronów.
Do tego dołożyć trzeba wielką rzeszę ludzi poszkodowanych na wojnie w sensie fizycznym. Tu odwołam się do moich spotkań z młodymi mężczyznami, którzy potracili kończyny na wojnie. Dla większości z nich świat się kompletnie zawalił. Są to dziesiątki tysięcy młodych ludzi.
Takie są realia i absolutnie nie wolno nam o nich zapominać. Mówię tak, gdyż łatwo popadamy w pokusę abstrakcyjnie globalnego spojrzenia na wojnę. Ono jest ważne w sensie ogólnej orientacji w tym co się dzieje, ale musimy pamiętać, że za tymi komunikatami i liczbami kryje się konkretny człowiek.
Jak temu przeciwdziałać?
Niedawno przeczytałem opinię, wręcz apel, że walczących się nie zostawia. Nie chodzi tutaj o armię działającą na froncie, ale chodzi o ludzi, którzy walczą o przetrwanie, walczą o przeżycie. Nie możemy ich zostawić i o nich zapomnieć. Dlatego zawsze z wielką satysfakcją mówię, że nasz Kościół z tymi ludźmi pozostał, są z nimi kapłani, siostry zakonne, bracia zakonni i wolontariusze. Oni nie obnoszą się ze swoim, wręcz bohaterstwem w codzienności. Mało kto o nich wie, rzadko zaprasza się ich do mediów, żeby opowiedzieli o tym, co robią. Oni tam są, trwają i służą! Podkreślę z mocą – wśród nich jest wielu Polaków! Nie pojechali na Ukrainę z powodów finansowych, czy dla zrobienia kariery. Oni tam pojechali, bo czują, że to jest ich misja. To jest coś, co muszą robić. Potrafią stanąć ponad podziałami i przeciwnościami ponieważ chcą pomóc człowiekowi w potrzebie. Mój kolejny wyjazd jeszcze bardziej mnie utwierdził w przekonaniu o wielkości i ważności służby tych ludzi.
Z kim konkretnie Ksiądz się spotkał?
Miałem okazję odwiedzić siostry albertynki we Lwowie. Są to siostry z Polski i Ukrainy. Pięknie pracująca wspólnota międzynarodowa. Siostry wróciły tam po 70 latach, wróciły i rozpoczęły pracę wśród tych ludzi, którzy są zupełnie na marginesie. Chodzą po różnych miejscach, do których pewnie człowiek by nigdy w życiu nie zajrzał. Wyprowadzają ludzi z egzystencjalnego dna, opatrują rany, myją, żywią i przywracają im człowieczeństwo. Prowadzą tez dom dla samotnych matek z dziećmi. Każda z kobiet niesie ciężar życia, często historię bardzo tragiczną. Skoro matka ma taką historię to podobną historię mają ich dzieci. Siostry te kobiety przygarniają, myją, żywią i leczą.
Co mnie najbardziej zachwyciło to to, że te kobiety zaczęły odbudowywać swoje poczucie kobiecości. Każda, jeżeli ma w sobie jakiejś zdolności, talent, to może go rozwijać. Dla mnie było niezwykle budujące, kiedy siostra oprowadzała mnie po domu, to panie zapraszały mnie do swoich pokojów. Jedna się pochwaliła, że robi bardzo ładne świeczki i sama wymyśliła wzory. Inna robi na drutach fajne czapki, szaliki i swetry. Kobiety jeszcze niedawno były na marginesie, a teraz z wielką pasją opowiadają o tym, co robią. Do tego dzieci są zadbane. Piękny i wręcz zachwycający widok, mimo że co chwilę włączają się alarmy, mimo tego, że z dziećmi trzeba zejść do schronu.
Kolejne spotkanie z konkretnym człowiekiem to…
Kolejnym spotkaniem były odwiedziny Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża z Lasek. Wyruszyły na Ukrainę i w Skałacie Starym, niewielkiej miejscowość otworzyły centrum rehabilitacji i pomocy dla niewidomych dzieci i ich rodziców. Rodziny przyjeżdżają z różnych stron Ukrainy, z bagażem wojennych doświadczeń, ostrzeliwanych miast, linii przyfrontowych… Siostry uczą dzieci i rodziców jak funkcjonować w świecie, w świecie ogarniętym wojną. Siostry opowiadają o tym, jak dzieci niewidome reagują na alarmy. Same potrafią zejść do schronu. W schronie, choć nie widzą co się dzieje, to słyszą i niezwykle odczuwają dramatyzm sytuacji. Bardziej niż dzieci widzące odczuwają to co się dzieje i spontanicznie modlą o powrót do normalności. Dzieci ucząc się rozpoznawać dźwięki, kształty, pisać oraz czytać mogą normalnie funkcjonować aczkolwiek jest to bardzo trudne, dopóki trwa wojna. Ich rodzice ledwo dają sobie radę. Jak żyć z niewidomym dzieckiem kiedy sami mają problemy jak przeżyć? To jest wielkie pytanie. A jest coraz trudniej. My oczywiście, jako Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie wspieramy ośrodek.
Nadal wspieracie pod Charkowem „akcję kurczak”.
Dokładnie w minioną środę rozpoczęła się kolejna edycja naszej „akcji kurczak”. Tym razem jest o wiele trudniej ponieważ wioski, do których zazwyczaj docieraliśmy, są w tej chwili bardzo mocno doświadczane przez działania wojenne. Przede wszystkim dojazd do wiosek jest bardzo trudny. Bardzo często dochodzi do ostrzału samochodów. Mimo wszystko, siostry, które tam posługują i wolontariusze zdecydowali się po raz kolejny do tych wiosek dotrzeć.
Dojechał kolejny transport 700. kurczaczków, po które zgłosiły się kolejne rodziny. Z wielką radością i satysfakcją wzięli kurczaki, aby przez cztery miesiące je hodować. Dla nich to bardzo ważne, ponieważ kurczątka nadają sens ich życiu. Może brzmi to dziwnie, ale tak naprawdę jest. One nadają sens ich życiu, ponieważ ludzie muszą się zmobilizować, choćby wstać rano i kurczaczki nakarmić. Hodowla odbudowuje też ich wnętrze. Ludzie cieszą się, kiedy kurki rosną. Coś się dzieje i najważniejsze jest to, o czym często przypominam, że ci ludzie potem mówią, że my już nie tylko wyciągamy ręce do darów, ale sami możemy obdarowywać. 10 proc. z tego, co wyhodują oddają tym, którzy jeszcze mniej mają albo nie mają nic. To ich bardzo mobilizuje. Piękna akcja i będziemy ją wspierali tak długo, jak będziemy mogli.
Oczywiście do tego jeszcze dochodzi działalność sióstr, które oprócz tego, pomagają na wioskach to prowadzą dom dla matek z małymi dziećmi przy strefie przyfrontowej. Wiele razy miałem okazję z tymi kobietami rozmawiać. Każda z nich niesie ze sobą ogromny bagaż trudnych doświadczeń. U sióstr znajdują dom, miejsce, w którym można się odrodzić i godnie żyć.
W kontekście doświadczeń Księdza, jak odnieść brutalny realizm tragedii wojny do bieżącej polityki, historycznych debat, antyukraińskich postaw?
Każdego dnia docierają do nas różne informacje i komunikaty odnośnie sytuacji na Ukrainie i Ukraińców w Polsce, jedne są prawdziwe, inne zmanipulowane, i skrojone na potrzeby takiej czy innej narracji. To na ich podstawie kształtujemy nasze spojrzenie, które niejednokrotnie przekłada się na słowa i czyny naznaczone agresją i to jest bolesne. Dlatego ja staram się zawsze mówić o moich doświadczeniach, które dotyczą konkretnego człowieka, a wtedy spojrzenie na rzeczywistość jest zupełnie inne. Czasem myślę, że każdy wypowiadający swoje opinie powinien przede wszystkim pojechać na Ukrainę i doświadczyć dramatu codziennej rzeczywistości, żeby spróbować przebić się przez warstwę powierzchownych komunikatów i wejść w głąb, doświadczyć tego co tam się tak naprawdę dzieje.
Jak najbardziej powinniśmy pracować nad trudną historią relacji polsko-ukraińskich i stanąć w prawdzie, ale też zawsze musimy widzieć obecną sytuację i konkretnego człowieka który cierpi. Ktoś może powiedzieć, ale równie dużo, albo jeszcze więcej ciepiących jest w Afryce, czy na Bliskim Wschodzie. Oczywiście z tym się zgadzam absolutnie, ale tutaj mamy najbliższych nam sąsiadów z którymi wiążą nas naturalne więzi kulturowe, religijne i wspólna, czasami trudna, historia. Takie spojrzenie powinno nam być najbliższe i połączone z wielkim szacunkiem dla wszystkich, którzy pomagają ludziom w warunkach wojny. Podziwiam ich i darzę najwyższym szacunkiem. Niezwykle cieszy mnie apel Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski w sprawie pojednania polsko-ukraińskiego. Pojawił się on w bardzo odpowiednim momencie. Oby głos biskupów dotarł do wszystkich, dotarł jak najszerzej i jak najgłębiej.
Jakie są najbliższe plany?
Obok innych kierunków jak Kazachstan czy Mołdawia, po krótkim urlopie, wyruszę Ukrainę tym razem do Zaporoża, gdzie fantastyczną działalność prowadzą bracia albertyni, którzy codziennie pieką chleb w swoim przytulisku. Codziennie ponad 1000 bochenków rozdają najbardziej potrzebującym. Po bochenek chleba i konserwę; ludzie ustawiają się w kolejce od godziny piątej rano, czyli na trzy godziny przed rozpoczęciem rozdawania. Wszystko musi odbywać się sprawnie i szybko bo w każdej chwili może być atak. To jeden z obrazów ukraińskiej codzienności.
Ponadto już teraz powoli zaczynamy przygotowania do akcji pomocy w okresie zimy. Jak wiemy, obecnie intensywnie jest niszczona infrastruktura energetyczna. Wyobraźmy sobie kolejną zimę z temperaturami minus 20-30 stopni, którą trzeba przeżyć w wielopiętrowych blokach w Kijowie i każdym innym miejscu, bez prądu i ogrzewania. Korzystając z okazji, pragnę wyrazić wdzięczność wszystkim, dzięki którym my jako Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie możemy pomagać i wspierać inicjatywy Kościoła katolickiego nie tylko na Ukrainie ale we wszystkich krajach postsowieckich.
Rozmawiał Krzysztof Tomasik
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.











