Dyrektor Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego: w adopcji najpiękniejsze są zbudowane więzi
20 października 2026 | 14:43 | maj, red. jw | Warszawa Ⓒ Ⓟ
Fot. Tá Focando / Unsplash– Adopcja to sprawa całego społeczeństwa, a zwłaszcza nas, ludzi wierzących – przekonuje Zofia Dłutek, dyrektor Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Warszawie. W rozmowie z KAI Zofia Dłutek opowiada, dlaczego dziś adopcji jest coraz mniej, ale też o tym, jak piękne mogą być rodziny adopcyjne. Podkreśla, że adopcyjny „sukces” to zbudowane więzi i sytuacja, gdy dzieci adopcyjne chcą stworzyć własną rodzinę. Apeluje też, by mówić o adopcji. Zachęca, by w każdej parafii wisiał plakat na ten temat. 9 listopada przypada Światowy Dzień Adopcji.
Maria Czerska (KAI): 9 listopada będziemy obchodzić Światowy Dzień Adopcji. Po co taki dzień?
– To jest dobra okazja, żeby powiedzieć o adopcji jako o sprawie, która dotyczy całego społeczeństwa. Wiemy, jak ważne dla rozwoju każdego człowieka jest dzieciństwo. Wiemy, jak ważne, by przeżywane ono było w rodzinie, która potrafi dać miłość, poczucie bezpieczeństwa, w której są więzi między rodzicami i dzieckiem. Gdy tego brakuje, niestety często wpływa to na całe późniejsze życie, a konsekwencje bywają niesione przez następne i kolejne pokolenia.
Statystyki są okrutne. Osoby, które wychowywały się poza bezpieczną rodziną, znacznie częściej mają trudności z kierowaniem swoim życiem, znacznie częściej podejmują działania szkodliwe społecznie, częściej trafiają do więzień, bywa, że powielają wzorce z własnego dzieciństwa: wielu wychowanków placówek opiekuńczych to dzieci rodziców, którzy też wychowywali się w placówkach i uważają to za normalne. Pamiętam, rozmawiałam z jedną matką, która oddała dziecko. Mówiła: „Ja byłam w placówce, moja matka , ojciec i wujek też byli w placówce. Moja córka będzie w placówce i nie będzie jej źle”. Dziecko musi być nauczone, co to znaczy dorosłość, jak być odpowiedzialnym za swoje czyny, jak budować relacje z drugim człowiekiem. Ktoś, kto nie doznał bliskości, łatwo może być uwikłany przez kogoś, kto go wykorzysta. A nawet uważać to za normalne.
Adopcja to jest szansa na uratowanie dzieci przed powielaniem tego strasznego schematu.
Czym jest adopcja?
Możemy powiedzieć – „przysposobienie”, „usynowienie”. Adopcja to jest uczynienie kogoś własnym dzieckiem, włączenie do rodziny. W centrum myślenia o adopcji jest dziecko. Adopcja jest dlatego, że są dzieci, które potrzebują rodziców. Mówienie o adopcji w innych kontekstach – np. o „adopcji” psa – może być raniące, zarówno dla dziecka adopcyjnego, jak i jego rodziców.
Na czym polega praca Ośrodka Adopcyjnego?
Można powiedzieć, że pracujemy z trzema grupami osób. W centrum naszych działań są dzieci, choć z dziećmi w gruncie rzeczy mamy najmniej kontaktu. One przebywają najczęściej w placówkach opiekuńczych lub w rodzinach zastępczych. My natomiast wiemy o nich, znamy ich sytuację, gromadzimy całą dokumentację dotyczącą tej sytuacji, rozwoju fizycznego, psychicznego, ewentualnych problemów wychowawczych. W momencie, gdy dziecko jest już gotowe do adopcji, tzn. gdy biologiczni rodzice zrzekli się lub zostali pozbawieni władzy rodzicielskiej, możemy takie dziecko przedstawić rodzicom adopcyjnym.
Drugi krąg osób, z którymi mamy kontakt, to kobiety w ciąży, które myślą o oddaniu dziecka do adopcji. Trzecia grupa to oczywiście kandydaci na rodziców.
Kobiety w ciąży zgłaszają się do ośrodka?
Tak. Informacja o tym, że można w takiej sytuacji przyjść do ośrodka, powinna być szerzej dostępna, powinna docierać do kobiet. Nie chodzi o to, żeby ona oddała dziecko. Chodzi o to, żeby np. po raz pierwszy powiedziała komuś, że jest w ciąży i nie wie, co zrobić. Ważne, żeby nie spotkała się z „aborcjomatem”, tylko z człowiekiem, który ją potraktuje jak człowieka i może pomóc jej i jej dziecku. Ważne też, żeby ktoś ucieszył się tym dzieckiem – tym, że ono jest i że ona jest mamą.
Czasem trzeba dać kanapkę, czasem porozmawiać z troską i szacunkiem. Dla osoby, do której wszyscy zwracali się zawsze jakąś „ksywką”, może być ważne, gdy ktoś powie: „Pani Krystyno, a jaka jest pani sytuacja mieszkaniowa? Rozumiem, że jest pani trudno”. Czasem można zachęcić do porozumienia i pojednania z rodzicami, którzy okażą wsparcie, nawet jak jeszcze nie marzyli o byciu dziadkami. Czasem rozwiązaniem jest dom samotnej matki.
Ok. 50 proc. kobiet, które się do nas zgłaszają, decyduje się zatrzymać dziecko. Inne decydują się je oddać, licząc na to, że znajdziemy dziecku możliwie najlepszą rodzinę. Jesteśmy z tymi osobami i rozmawiamy o ważnych dla nich sprawach. Nie moralizujemy. Nie mówimy pobożnie, że każda matka powinna wychowywać dziecko. Nie każda! Szansą dla dziecka jest danie mu życia biologicznego. Ale drugą szansą – w przypadku niektórych sytuacji – może być właśnie oddanie go rodzicom, którzy będą mogli pomóc mu się rozwinąć.
Miałam już okazję, by dziękować matkom biologicznym dorosłych już dzieci adopcyjnych, podejmujących dojrzałe decyzje i odpowiedzialne, ambitne funkcje społeczne. Dziękowałam, że pozwoliły tym dzieciom się urodzić.
Rodzice adopcyjni. Na czym polega praca z nimi?
Przychodzą do nas kandydaci na rodziców, a naszym zadaniem jest zbadać ich motywacje oraz możliwości stworzenia dziecku dobrej rodziny i dobrych warunków rozwoju. Są pewne wymogi formalne – zaświadczenie o niekaralności, o stanie zdrowia, o zarobkach. Musimy mieć świadomość pewnych realiów opieki nad dzieckiem, zwłaszcza takim, które może się okazać nieco bardziej wymagające – które nie miało leczonych ząbków, nie było u logopedy, nie wspominając o poważniejszych trudnościach.
Kluczowe jest jednak to, w jaki sposób rodzice sami widzą siebie i miejsce dziecka w rodzinie. Nie jest tak, że „odpowiednie warunki mieszkaniowe” to jest duży metraż. Może być małe mieszkanie. Ja sama wychowywałam się w takim z siostrami. Ważne, żeby rodzice wyobrażali sobie, że w tym mieszkaniu jest dla dziecka miejsce – gdy będzie małe i gdy trochę podrośnie. Bywają olbrzymie, wspaniale urządzone domy, w których wszystko jest całkowicie dopracowane – tu salon, tam gabinet – i małżonkowie przyznają, że nie mają pomysłu, gdzie mógłby być „kąt” dla dziecka. To oznacza, że wówczas tej przestrzeni realnie brak.
Kluczowe jest „myślenie sercem” – nie tylko emocjami, ale z odpowiedzialnością i świadomością realiów. Wtedy jest też otwartość na przygotowanie do adopcji i procedury, które temu towarzyszą, np. zrozumienie, że my musimy w jakiś sposób sprawdzić, czy oni się z mężem umieją dogadać, czy będą potrafili współdziałać w procesie wychowania, czy to, co mówią jest szczere, itp.
Dlaczego w ostatnich latach mamy coraz mniej adopcji?
Faktycznie, obserwujemy to zjawisko. Jeszcze w 2013 r. w Polsce miało miejsce 3537 adopcji. W 2017 r. było ich 2866. A roku 2025 – 2369. Adopcji jest mniej, choć wzrasta liczba dzieci z uregulowaną sytuacją prawną, gotowych do adopcji. W 2021 r. na rodziców czekało 6547 takich dzieci. W 2025 r. było ich już 6875. W samym 2025 r. zgłoszono gotowość do adopcji 2903 dzieci, ale pojawiło się tylko 784 kandydatów na rodziców. Coraz mniej osób chce zaadoptować dziecko.
Dlaczego?
Przede wszystkim ludzie w ogóle coraz mniej chcą mieć dzieci, również własne. Jest coraz mniej małżeństw. Sytuacja demograficzna jest katastrofalna. Trudno więc oczekiwać, że w grupie, która ma trudność z poczęciem dziecka w sposób naturalny, większość ruszy do ośrodków adopcyjnych. Niektórzy mówią: „Nie możemy mieć dziecka? I bardzo dobrze!”. Część niemal automatycznie kierowana jest w stronę procedur typu in vitro. Stoją za tym przecież ogromne pieniądze i łamanych jest wiele sumień. Niektórzy podejmują leczenie korzystając np. z naprotechnologii (skądinąd, nie jest ona finansowana przez budżet). Jeśli jednak mimo prób nie udaje się począć własnego dziecka, to wcale nie oznacza, że para zdecyduje się na adopcję.
I nie musi oznaczać. Celem miłości małżeńskiej nie jest tylko posiadanie potomstwa. Każde takie małżeństwo musi siebie i Pana Boga pytać: „Co dalej z moim życiem?”. Jeśli nie mamy dziecka, to nie znaczy, że jesteśmy gorszym małżeństwem, gorszą kobietą czy mężczyzną. Jesteśmy ludźmi, koroną stworzenia. Ale warto dostrzec tę godność również u dziecka, które, jest „źle urodzone”, bo matka nie zorientowała się, że jest w ciąży, nigdy nie była u lekarza, a po porodzie się dzieckiem nie zajęła, pozostawiając je – daj Boże – w szpitalu, w bezpiecznym miejscu.
Mniej adopcji jest nie tylko z powodu mniejszej liczby kandydatów. Te dzieci, które czekają, to niekoniecznie są akurat te, które kandydaci chcieliby adoptować.
Co to oznacza?
Nie mówię już o stanie zdrowia, ale choćby o wieku. Malutkie dzieci, do pierwszego roku życia, to zaledwie 1,8 proc. wszystkich oczekujących, gotowych do adopcji. 20,5 proc. to dzieci w wieku 1-4 lata. 41,4 proc. to dzieci od 5 do 9 roku życia. 28,5 to dzieci w wieku od 10 do 14 lat. 7,8 proc to piętnastolatki i starsze.
Większość osób chciałaby zaadoptować niemowlaka albo ewentualnie małe dziecko do 4 lat. To jest oczywiste i zrozumiałe – takie dziecko statystycznie ma mniej traumatycznych doświadczeń, jest większa szansa na zbudowanie silnej rodzinnej więzi i wpływu na wychowanie. Natomiast gdy spojrzymy z perspektywy potrzeb dzieci, największa grupa, w wieku od 5 do 9 lat, to są dzieci zaczynające szkołę. To ostatni dzwonek, by to dziecko uchwycić, by ono jeszcze mogło silnie związać się ze swoją nową rodziną, zaczerpnąć trochę miłości. Przecież nie chodzi o to, żeby dziecko było orłem w szkole, ale, żeby udało się przepracować jego emocjonalne zranienia i towarzyszyć mu miłością i obecnością w dalszym życiu.
Kolejna sprawa: możliwości rodziców nie zawsze odpowiadają potrzebom dzieci. Niemowlę może mogłoby mieć nieco młodszych rodziców, natomiast wielu kandydatów to osoby bardziej dojrzałe. Małżeństwa zawierane są dziś później, a decyzja o adopcji nie zapada od razu po ślubie. Staż małżeński jest zresztą też pewnym wymogiem przy adopcji.
Rodzice nie powinni dziecka wybierać. Optymalnie byłoby, gdyby otrzymali jedną propozycję i odpowiedzieli: „To nasze dziecko!”. Musimy jednak zaproponować rodzicom dziecko na miarę ich możliwości, w ramach tego, czego oczekują, i tego, co my widzimy. Tak, by mogli to udźwignąć.
Jest zatem coraz więcej dzieci, które mogą być adoptowane, czekają na rodziców, ale się nie doczekają?
Niestety. Jeśli matka biologiczna mówi, że nie piła w ciąży, to oznacza, że… tak mówi. Alkohol i narkotyki powodują nieodwracalne skutki. Ale przecież to dziecko jest człowiekiem. Pan Bóg je stworzył, dał mu duszę nieśmiertelną. I my, katolickie społeczeństwo, ludzie wierzący, którzy deklarują się po stronie życia i chodzą na Marsze Życia, jesteśmy po to, żeby te dzieci nie były w placówkach, tylko, żeby mogły skorzystać z naszego serca i z naszego domu.
Przychodzi do mnie matka w ciąży z dzieckiem, które ma wadę prenatalną i które można w świetle prawa zabić. I mówi mi: „Proszę pani, jak ja urodzę to dziecko, to ono i tak do żadnej rodziny nie pójdzie”. Chciałabym jej móc powiedzieć: „Ale w zeszłym roku właśnie urodziło się takie dziecko i znalazło rodzinę. To może i dla Pani dziecka znajdziemy”. To jest nasze wielkie zadanie w ośrodku i wielka intencja modlitwy: Boże, powołałeś to dziecko do życia, przyprowadź tych wyjątkowych ludzi, którzy będą chcieli je wziąć, choć matka jest chora psychicznie i ćpała, a ono ma wadę genetyczną.
Potrzeba nam bardzo katechezy o życiu. Ogólnie biorąc, wszyscy jesteśmy za życiem. Ale rodzice mi mówią: „My byśmy chcieli, żeby to dziecko się dobrze rozwijało”. Tak, ja też bym chciała. Czy będzie się rozwijało dobrze? Dzięki wam będzie się na pewno rozwijało lepiej niż bez was.
I zdarzają się piękne historie, np. rodzina, która przyjmuje chłopca z wadą genetyczną, który nie będzie się dobrze rozwijać. Ale oni mówią: przecież to dziecko też ma prawo mieć rodziców, prawda?
Pamiętam chłopca, który się urodził bez rąk i bez nóg, i chyba 2 lata modlitwy w jego intencji. A tu nagle zgłasza się rodzina z zagranicy (jesteśmy jedynym ośrodkiem w Polsce uprawnionym do przeprowadzania adopcji zagranicznych), która mówi: „Cudownie, że on jest. On przecież jest zdrowy, tylko wymaga specjalnego traktowania. My akurat mamy dom odpowiednio przystosowany, bo już mamy jedno dziecko, które też wymaga takich specjalnych sprzętów”. Cuda się zdarzają. Choć nie wszystkim.
Wielu rodziców adopcyjnych mówi , że brakuje im wsparcia w przypadku pojawienia się trudności, czy to zdrowotnych, czy to wychowawczych. Na jakie wsparcie ze strony Ośrodka mogą liczyć?
Formalnie w momencie adopcji rola ośrodka się kończy, ale zawsze można się do nas zwrócić – czy to w przypadku problemów psychologicznych, pedagogicznych, czy czasem prawnych. Nasza założycielka, śp. Maria Bramska, była od początku zdania, że rodziny adopcyjne powinny mieć forum, na którym mogłyby się spotykać i dzielić doświadczeniami.
Co miesiąc mamy spotkania rodzin adopcyjnych – dla chętnych, również dla rodzin z innych ośrodków. Każde spotkanie zaczyna się Mszą św., która jest dziękczynieniem, ale też wielkim wołaniem o pomoc we wszystkich trudnościach. Od kilku lat organizujemy dla rodzin weekendy wyjazdowe, które cieszą się bardzo dużą popularnością. Raz na 5 lat robimy duży piknik, w którym uczestniczy nawet kilkaset osób.
Warto dodać, że wsparciem obejmujemy też dorosłe dzieci adopcyjne. Nasz ośrodek powstał w 1994 r., więc nawet niemowlęta adoptowane w tamtym czasie to już dziś dorośli ludzie. Bywa, że przychodzą, bo jeszcze potrzebują przepracować ten krótki czas, który w ich życiu związany był z ośrodkiem, przebaczyć biologicznym rodzicom, czasem Bogu, czasem i rodzicom adopcyjnym. Chcą podziękować i poznać lepiej historię własnego życia.
Kwestia wsparcia rodzin po adopcji jest sprawą dość delikatną. Z jednej strony potrzeba takiego wsparcia jest dość oczywista. Z drugiej – nie można robić nic na siłę, a pewne systemowe rozwiązania mogą mieć charakter stygmatyzujący. Wiele rodzin po zakończeniu żmudnych procedur ma potrzebę „odcięcia się” po to, by wreszcie zacząć normalne rodzinne życie. I słusznie, mają do tego prawo. Zawsze mogą się do nas zwrócić – jeśli zechcą, natomiast my nie jesteśmy superwizorem nad rodziną adopcyjną. Ośrodek ma przy tym charakter konsultacyjny. Rodzice mogą tu uzyskać informacje i wskazówki, jednak sami muszą potem szukać pomocy u specjalistów.
Teraz procedowana jest nowa ustawa o rodzicielce zastępczym, w myśl której dzieci w rodzinach zastępczych i adopcyjnych miałyby być traktowane priorytetowo, jeśli chodzi o sprawy zdrowia i zdrowia psychicznego. To dobrze. Ale też pojawia się pytanie, czy każde dziecko i jego rodzice będą chcieli korzystać ze specjalnej ścieżki czy instytucji z szyldem „dla adoptowanych”.
Jak wspomniałam, wiele rodzin ma potrzebę „odcięcia się” od tematu adopcji. Bywa jednak, że zostają sami z jakimś problemem, który narasta i narasta, aż wreszcie wybucha. Potem pojawiają się pretensje, że nikt nie pomógł. Rodzice adopcyjni też nie zawsze są idealni. Nie wszystko da się sprawdzić, przewidzieć. Ludzie zresztą przecież się zmieniają. Czasem po latach dowiadujemy się, że w domach np. była przemoc. Czasem na bieżąco dowiadujemy się np. od żony o problemach męża i zapraszamy, by przyszedł, ale on nie przychodzi. Rodzicielstwo bywa trudne, przecież nie tylko w rodzinach adopcyjnych. Jest jednak też do opowiedzenia bardzo wiele pięknych historii.
Jakich?
Najpiękniejsze to są takie, gdy przychodzi dziewczyna i mówi: „Zawsze wiedziałam, że byłam adoptowana, a teraz jestem narzeczoną, za pół roku wychodzę za mąż i jeszcze chciałam sobie pewne rzeczy ułożyć”. To piękne, gdy ktoś tak świadomie przygotowuje się do założenia rodziny. Pytam: A będzie chciała pani mieć dzieci?. „Oczywiście, bardzo!”.
Małgosia była adoptowana, jak miała 7 lat. Teraz ma już ponad 20. Przychodzi do ośrodka w jakiejś sprawie z mamą. Są wspomnienia o adopcji, mama się „rozkleja”. Małgosia obejmuje ją za szyję, mówi: „Mamo, widzę, że się wzruszyłaś bardzo. Tak, pamiętam, jak przyszliście z tatusiem”. I widzimy, że to jest dorosła zrównoważona kobieta, która jest dla matki oparciem i która ma ze swoją rodziną prawdziwą więź.
Niektórzy myślą, że najbardziej udane adopcje to takie, gdy dziecko odniosło „sukces”, gdy np. jest lekarzem czy prawnikiem jak wszyscy w rodzinie. Są i takie historie. Ale prawdziwy sukces to zbudowane więzi i to, gdy ktoś tworzy własną piękną rodzinę.
Jak wspierać dzieło adopcji? Nie każdy z nas będzie rodzicem adopcyjnym…
Nie każdy. Ale każdy powinien wiedzieć, że adopcje istnieją, że to jest coś dobrego i że trzeba być pomocnym. Jak? Nie patrzeć podejrzliwie na rodziców adopcyjnych, nie utrudniać, nie być zbyt ciekawskim, pomagać mądrze. Być wyrozumiałym. Tu zwłaszcza apel do babć, żeby nie wyręczać synowej w kontaktach z dzieckiem. Lepiej zrobić obiad na tydzień, pomóc posprzątać. Pamiętaj, że ty się też myliłaś. Oni wzięli dziecko 7-miesięczne, muszą się wszystkiego nauczyć. Powiedz: to normalne, że jesteś zmęczona.
I nie dziwmy się, że dziecko nie jest „grzeczne”. Nie wszystko o nim wiemy. Nie wiemy np., że może panicznie się boi hipermarketu, bo tam było zostawiane albo coś tam się wydarzyło.
O adopcji powinniśmy mówić, pisać. Zastanawiam się, dlaczego w każdej parafii nie ma plakatu na ten temat? Owszem, diecezja warszawsko-praska zawsze przysyła do nas diakonów na szkolenie. Ale dlaczego np. tak rzadko odbieramy telefon od księży proboszczów z prośbą, żeby ktoś przyszedł i opowiedział o adopcji w ramach przygotowania do małżeństwa? Warto!
Zachęcam do kontaktu z nami. Zwłaszcza tych, którzy zastanawiają się nad adopcją albo mają kontakt z matką w ciąży, która nie wie, co zrobić. A może są dorosłymi adoptowanymi i przeżywają jakąś trudność? Przyjdźcie. Zadzwońcie. Napiszcie. Pomożemy.
Więcej: adopcja.org
9 listopada, gdy przypada Światowy Dzień Adopcji, Katolicki Ośrodek Adopcyjny w Warszawie organizuje dzień otwarty. Pracownicy Ośrodka zapraszają wszystkich zainteresowanych na ul. Ratuszową 5 w godz. od 9 do 17.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

