Spotkać ubogich, odnaleźć zagubione światło. Rozmowa z ks. Mirosławem Toszą, założycielem Wspólnoty Betlejem
20 października 2026 | 13:10 | Rozmawiał Tomasz Królak (KAI), tk | Jaworzno Ⓒ Ⓟ
Fot. archiwum ośrodka „Betlejem”Idąc do ubogich trzeba to robić nie po to tylko, by tam zanieść światło ale żeby je odnaleźć, bo być może je straciliśmy, i spotkać Pana dziejów! – mówi ks. Mirosław Tosza, który żyje z bezdomnymi w założonej 30 lat temu Wspólnocie Betlejem. W rozmowie z KAI opowiada m.in. o wytwarzaniu ikon z drewna spalonej katedry sosnowieckiej: „Ikony z recyklingu to wielka, dająca do myślenia metafora losu naszych mieszkańców: tak jak to spalone drewno, mieli być odrzuceni”.
Przywołując nauczanie papieży tłumaczy, jaka powinna być chrześcijańska postawa wobec ubogich, przestrzega przed pokusą „romantyzowania” pomocy, zachęca parafie do tworzenia banku dobrych praktyk i opowiada o pielgrzymce, jaką bezdomni ze Wspólnoty odbyli do Lisieux jadąc tam – jak bohater „Prostej historii” Davida Lyncha – na traktorkach.
Tomasz Królak (KAI): Kiedy dzwoniłem w sprawie terminu tego wywiadu, był ksiądz akurat z podopiecznymi w Łodzi. Jak udał się wypad do ZOO i Muzeum Kinematografii?
Ks. Mirosław Tosza: Od czasu do czasu staramy się wyjść z domu i gdzieś pojechać. Tym razem padło na Łódź. Było ciekawie, bo Muzeum Kinematografii przywołuje wspomnienia z różnych etapów życia. Byli ludzie w różnym wieku, od trzydziestolatki do siedemdziesięciolatka, a tam jest przecież cały przekrój kina, w tym bajki dla dzieci. Wspominaliśmy więc na przykład “Reksia” i “Misia Uszatka”, choć młodsze pokolenie już nie bardzo tych bohaterów kojarzy.
To było fajne, bo każdy gdzieś tam miał jakąś przygodę z kinem i w tych różnych filmach, od dawnych po całkiem współczesne, odnajdywał kawałek siebie, swojego życia i swojej historii.
Na ZOO trochę narzekaliśmy, bo wiele zwierząt akurat gdzieś się pochowało. Ale rozbudowuje się i jest bardzo ciekawe.
KAI: Wspólnota “Betlejem” powstała 30 lat temu. Jak to wszystko się zaczęło? Co skłoniło księdza do towarzyszenia bezdomnym i ubogimi poprzez życie w nimi we wspólnocie?
Wiąże się to ze środowiskiem, w którym się nawróciłem jako dziewiętnastolatek, kończąc technikum. Pojechałem na obóz ze wspólnotami “Wiary i Światła” i tam po raz pierwszy miałem możliwość spotkania żywego Kościoła.
Od czasu do czasu chodziłem do kościoła, ale nie byłem ministrantem, nie uczestniczyłem w żadnym ruchu czy wspólnocie. Spotkanie z młodymi ludźmi, którzy przeżywają Ewangelię w taki pogodny sposób, a jednocześnie służą ubogim – bo chodzi o osoby z upośledzeniem umysłowym – było dla mnie odkryciem trochę nowego świata.
Pierwsze doświadczenie świadomego chrześcijaństwa było więc związane ze wspólnotą, która służy ubogim. Nie na takiej zasadzie, że my, sprawni pomagamy wam – niepełnosprawnym, ale poprzez wymianę darów. A głównym, często przewijającym się motywem osób z “Wiary i Światła” było przekonanie o tym, że więcej otrzymujemy niż dajemy. I to rzeczywiście było dla mnie doświadczeniem kluczowym. Byłem w tej wspólnocie jakiś czas, a kiedy później odkryłem powołania do kapłaństwa, cały czas tkwiło we mnie przekonanie, że trzeba je przeżywać w ten właśnie sposób.
KAI: To znaczy?
Po prostu: że nie da się oddzielić życia Ewangelii od służby ubogim.
KAI: … w których chrześcijanin winien dostrzec Chrystusa.
Często powtarzamy: odkryć Chrystusa w ubogim. Matka Teresa przywołała kiedyś taki obrazek: ciężko chory człowiek, którym się opiekowała, zapytał ją, dlaczego to robi. Odpowiedziała: robię to dla Chrystusa. Odparł: myślałem, że dla mnie… Chrystus postawił znak równości między sobą a ubogimi. Chodzi zatem o to, żeby skupić się na ubogim i nie traktować ubogiego “instrumentalnie”, to znaczy jako drogę do Chrystusa, lecz jako osobę dla niej samej – ze świadomością, że w tym ubogim żyje Chrystus.
KAI: Już od 25 lat żyje ksiądz na co dzień z bezdomnymi i, jak mówi, nie zawsze są oni aniołami. Mają za sobą odsiadki w więzieniu, są alkoholikami, czasem też są trudni w codziennych relacjach. Ale zapewne czegoś się też ksiądz od nich uczy. Czego?
Pokory wobec życia. Pomogli mi odkryć, że gdybym miał taką drogę jak większość z nich, to nie wiadomo, czy trzymałbym się aż tak dobrze jak oni. To uczy pokory i uświadamia, że wcale nie jesteśmy dużo “wyżej” – nawet jeśli nam się tak wydaje – od tych, którym pomagamy, w tym od osób, które są uzależnione czy jakiś czas spędziły w więzieniu.
Czego jeszcze się uczę? Kapuściński napisał kiedyś ładnie o przenikaniu w głąb życia. Otóż żeby naprawdę kogoś poznać, zobaczyć jaki on jest, trzeba z nim spędzić trochę czasu i stworzyć atmosferę, by opowiedział swoją historię prawdziwą – nie tę wymyśloną czy fasadową. Myślę, że to jest rolą wspólnoty.
Życie z takimi osobami wyzwala z szybkiego, pochopnego oceniania i osądzania innych. Oni naprawdę wprowadzają nową jakość. Właściwa wydaje mi się tu metafora witrażu, także dlatego, że często tworzymy recyklingowe rękodzieło. Wykorzystujemy różne małe fragmenty szkła, które czasami mogą nas poranić, bo bywają ostre na brzegach, same w sobie mało interesujące i nieprzydatne, ale kiedy je umiejętnie ze sobą połączymy, to tworzą właśnie nową jakość, bogactwo większe niż monolityczna szyba.
Jestem przekonany, że spoiwem łączącym te przeróżne kawałki jest “nowe przykazanie” Jezusa: miłujcie się wzajemnie, jak ja was umiłowałem. Zawsze podkreślam, że wszyscy jesteśmy powołani do miłości wzajemnej, a nie do miłości w jedną stronę. Ubogi, któremu pomagamy, powołany jest nie tylko do tego, żeby był “odbiorcą” naszej dobroczynności, ale także do wzajemności, do bycia kimś, kto może komuś ofiarować swoje życie, talenty, swój czas. Pieniędzy zazwyczaj nie ma, ale często posiada coś o wiele cenniejszego. Ludzie budzą się do życia nie wtedy, kiedy dostają wszystko, co jest im potrzebne, lecz wówczas, gdy mogą komuś ofiarować swoje życie.
KAI: No właśnie, bo miłość wzajemna, a nie – jak to ksiądz określa: miłość charytatywna – jest ideałem, do którego powinniśmy dążyć.
Podczas Ostatniej Wieczerzy wedle Janowej relacji Chrystus powtórzył to aż pięć razy, na pewno nieprzypadkowo, więc jest to bardzo ważne.
KAI: Czy wykluczanie z góry osób biednych jako tych, które mogą coś wnieść do wspólnoty Kościoła, jest naszym głównym grzechem wobec nich?
Tak, zdradza to nawet stosowana przez nas terminologia, bo przecież mówimy o nich, że to są ludzie potrzebujący, że „pomagamy potrzebującym” – tak, jakby się ludzie dzielili na potrzebujących i niepotrzebujących. Wszyscy jesteśmy potrzebujący – potrzebujemy powietrza, wody, jedzenia; potrzebujemy kochać i być kochani. W tym się absolutnie nie różnimy od ubogich. Nie mamy na tyle cierpliwej miłości, żeby nasze działania były nie tylko sprawnym zaspokajaniem potrzeb, ale tworzeniem warunków do tego, by ten ubogi mógł obudzić się do życia ofiarując komuś swoje życie.
Często posługuję się myślą Tischnera, że „najpiękniejsza rzecz, jaką jeden człowiek może ofiarować drugiemu, to obudzić w nim godność i poczucie wolności”. Staramy się działać w tym duchu.
Od roku mamy nowy dom, we włoskiej miejscowości Greccio, gdzie św. Franciszek stworzył pierwszą na świecie żywą szopkę bożonarodzeniową. Bardzo mnie to cieszy, nie tylko dlatego, że zabieramy ubogich do Greccio, ale i z tego powodu, że dwaj nasi mieszkańcy są tam gospodarzami i już przyjmują grupy, służą im, są do ich dyspozycji i czują się odpowiedzialni za to miejsce. Jeszcze kilka lat temu jeden z nich mieszkał przy torach, w prowizorycznym domku skleconym z jakichś starych płyt i dywanów. Był bezdomnym, któremu trzeba było pomóc, a teraz jest współgospodarzem pięknego domu, w którym przyjmuje pielgrzymów i ludzi na rekolekcje. Jest też elektrykiem i pomaga przy różnych pracach.
KAI: Podczas marcowego wystąpienia na zebraniu biskupów mówił ksiądz, że zobaczyć w ubogich Chrystusa nie jest sprawą łatwą i że o wiele łatwiej jest nam dostrzec Go w Najświętszym Sakramencie, bo jest cichy i nie protestuje, gdy Go przenosimy z tabernakulum na ołtarz. Natomiast z ubogim już tak łatwo nie idzie…
Jan Paweł II, do którego tak bardzo lubimy się odwoływać, wskazywał w liście apostolskim “Novo millennio ineunte”, że liczy się nie tyle skuteczność, co zdolność bycia bratem dla cierpiącego człowieka. Myślę, że z tym braterstwem mamy trochę kłopot. Ostatnio rozmawiałem z ludźmi z Odnowy w Duchu Świętym. Bardzo fajne osoby, od wielu lat zaangażowane w życie Kościoła. Raz w miesiącu posługują u nas, w Sosnowcu, włączając się w inicjatywę ewangelizacyjną Mobilnego Kościoła. Rozkładają namiot, głoszą Słowo; przychodzi kilkadziesiąt ludzi bezdomnych. Trwa to dwa tygodnie, a dwu-, trzygodzinne spotkania są naprawdę bardzo fajne. Kończy się kiełbaskami i dobrym chlebem kupowanym w rzemieślniczej piekarni. No ale później, po paru godzinach, ci ludzie się rozchodzą do miejsc, z których przyszli. Zastanawialiśmy się więc, co robić, bo oni cały czas są w tym samym punkcie. Potrzebują tych spotkań, głoszenia Ewangelii, zainteresowania sobą, ale jeżeli mieliby przyjść na kolejne spotkanie, należałoby już bardziej zaangażować się w ich życie – a to z kolei wymaga już naszego czasu. A tego nie da się już zrobić, wydzielając po prostu jakąś tam jednostkę czasową. Wymaga to pewnej odpowiedzialności i zaangażowania.
I z tym mamy kłopot – żeby pociągnąć sprawę do końca. Nie tylko dać komuś coś na “odczepne” i mieć satysfakcję, że komuś pomogliśmy, tylko się zaangażować. To jest sytuacja opisana w liście św. Jakuba: jeśli poradzicie komuś, kto nie ma się w co ubrać i brakuje mu jedzenia, żeby się ogrzał i najadł do syta, to takie słowa są puste. W dodatku później może się okazać, że ta osoba nie jest przekonana do tego, żeby sobie pomóc.
W niedzielę sprawowane są we wspólnocie Msze święte. Zapraszamy wszystkich chętnych, obecnych jest około 300 osób. Przychodzi także około 30 bezdomnych i ubogich: z pustostanów, noclegowni i różnych innych miejsc z całego miasta. Są w różnym stanie fizycznym i higienicznym. Na początku nie chcieliśmy wyznaczać dla nich jakiejś dodatkowej Mszy, żeby nie dzielić wspólnoty. Pojawił się jednak konkretny problem, bo ktoś na przykład nie mył się przez miesiąc i tak śmierdział, że jak wszedł do sali, to wszyscy wyszli, bo nie byli w stanie tego znieść. Jak się zachować? Najłatwiej wyprosić, prawda? Powiedzieć: wykąp się i dopiero wtedy przyjdź. Ale pojawia się pytanie, czy nie powielamy zachowania z listu Jakubowego? Nawet jeśli podamy takiej osobie adres, pod którym może się wykąpać i zmienić ubranie, to przecież nie jest powiedziane, że ona tam pójdzie. Z różnych zresztą racji.
Nie chcemy “romantyzować” pomocy, dlatego zawsze stawiamy podopiecznym także wymagania. Wytłumaczyliśmy im, że ludzie przychodzący na Mszę św. mają prawo przeżyć ją w normalnych okolicznościach i nie chcą wąchać osób, które źle pachną. Powiedzieliśmy im też: na pewno nie będziecie się dobrze czuć mając świadomość, że pierwszy kontakt, jaki budujecie z ludźmi, jest kontaktem przez smród.
Wprowadziliśmy więc tak zwane higieniczne piątki. Mówimy ludziom: „Przyjdźcie w niedzielę na Eucharystię i bądźcie czyści, bo potem was zapraszamy na obiad przy stole”, ale zapraszamy ich na piątkową kąpiel. Oferujemy przy tym wypranie ubrań, a jeśli te rzeczy już nie nadają się do prania, dostają nowe. Oczywiście wszystko bezpłatnie.
Taka jest nasza zasada. Zazwyczaj mamy do czynienia z udawaniem: „No dobrze, zatkamy nos, jakoś to raz przeżyjemy”. Potem odsuwamy gościa jak najdalej, modląc się, żeby więcej nie przyszedł. Nie o to w tym chodzi. Tłumaczymy ubogim: nawet jeśli jesteście ludźmi po przejściach, to jednak musicie być zadbani, wymyci, ogoleni, bo wtedy możecie stanąć z innymi w kolejce do kawy i normalnie z nimi porozmawiać.
KAI: Bardzo jest ksiądz przywiązany do pojęcia „wyobraźni miłosierdzia”, wprowadzonego przez Jana Pawła II…
Tak, a dla mnie oznacza ono także przestrogę przed wspomnianą już pokusą “romantyzowania” pomocy. Istnieje też ryzyko jej sakralizowania do tego stopnia, że tak bardzo widzimy w potrzebującym Chrystusa, że już nie widzimy w nim człowieka. Natomiast ten ktoś potrzebuje konkretu. Wyobraźnia miłosierdzia zakłada, że patrzymy na drugiego w całości, że nie widzimy tylko w nim zjadacza chleba czy kogoś, kto potrzebuje socjalu, ale osobę, która potrzebuje w życiu sensu, przyjaciół, znajomych.
Niecały rok temu zmarł jeden z naszych mieszkańców. Gość po ekonomii, pracował jako celnik, miał trochę ponad pięćdziesiątkę. Odszedł w niedzielę, kiedy była czytana Ewangelia o modlitwie celnika i o tym, że wrócił do domu usprawiedliwiony… Nawrócił się pod koniec życia. Chorował na raka trzustki, był świadomy, że umiera. Nie spowiadał się dwadzieścia parę lat, choć parę razy go zachęcałem, także w Greccio, dokąd z nami pojechał. Ale zawsze to odkładał. W dniu, w którym wyjeżdżał do hospicjum, zrobiłem kolejne “podejście”: No wiesz, mówię, wyjeżdżasz, nie wiemy, czy wrócisz. I zapytałem: Może byś się wyspowiadał? Na co on: „Tak, teraz to jest ten czas”. Wyspowiadał się, przyjął sakramenty. Zapytałem go, co zadecydowało o tej decyzji. Odpowiedział, że dwie rzeczy: nienachalna religijność księdza i przyjaciele. I zaczął wymieniać osoby, które u nas poznał. Po niedzielnych Mszach świętych zapraszamy ludzi na kawę, a on obsługiwał ekspres. Był bardzo komunikatywny, inteligentny, chętnie rozmawiał z ludźmi, więc przy wydawaniu tej kawy zbudował wiele znajomości. Wymieniał konkretne imiona i powiedział, że to właśnie te osoby wpłynęły na jego decyzję o pojednaniu się z Bogiem.
Wyobraźnia miłosierdzia zakłada, że widzimy człowieka w całości. Grzech, jaki popełniamy wobec ubogich, polega na redukowaniu ich do roli odbiorców socjalu: jedzenia, spania, dachu nad głową… Dajmy im to i niech się wezmą do roboty. Oczywiście, powinni się wziąć do roboty, ale jeśli tak nie jest, to niekoniecznie wyłącznie z cwaniactwa czy lenistwa. Może to wynikać z dużo bardziej skomplikowanych powodów.
KAI: Widzenie człowieka “w całości” dotyczy nie tylko zasad specjalistycznej pomocy takiej, jaką daje “Betlejem”, ale jest wskazówką dla rodzin, sąsiadów, parafii…
Dzisiaj się coraz więcej mówi o Kościele synodalnym, właśnie trwa synod w naszej diecezji. A synodalność w gruncie rzeczy rozpoczyna się od wysłuchania i przyjęcia zasady, że nie formułujemy wniosków bez wysłuchania. Zresztą tak jest także w porządku miłości. Najpierw jest: “słuchaj Izraelu”, a potem “będziesz miłował”.
Mieszkam z bezdomnymi, w specyficznym powołaniu i szczególnych okolicznościach. Zdaję sobie sprawę z tego, że w parafiach są zupełnie inne realia. Chodzi o to, żeby mówiąc “ubodzy”, mieć na myśli nie tylko bezdomnych czy uzależnionych, bo spektrum ubóstwa – o czym wspomniał papież Leon w swojej adhortacji “Dilexi te” – jest bardzo szerokie: od młodych, którzy nie widzą sensu życia, po ludzi starszych pozbawionych podstawowej pomocy.
Należałoby więc rozpocząć od postawienia sobie pytania o to, gdzie są nasi ubodzy. Nasi, to znaczy ci żyjący na naszym terenie: w naszej parafii, na naszej ulicy czy dzielnicy. Następnie: jaki jest specyficzny rodzaj ubóstwa. Należy rozpocząć od takiego podstawowego rozeznania, od stworzenia właściwej diagnozy opartej na wysłuchaniu tych ludzi i poznaniu ich realnych potrzeb, oprócz, oczywiście, posługi sakramentalnej. Wokół tego trzeba budować wspólnotę.
Klasyczny praktykowany u nas model parafialny zakłada ewangelizację i sprawowanie sakramentów (choć w wielu jeszcze miejscach w naszym kraju w odwrotnej kolejności), a ubodzy to jest taki dodatek charytatywny. W Kościele wciąż powszechne jest myślenie w stylu: trzeba się zająć Chrystusem, Najświętszym Sakramentem, sprawowaniem sakramentów, a ubogimi zawsze zdążymy się zająć. Tak interpretuje się słowa Jezusa z Ewangelii św. Jana: “ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze”.
Tymczasem w “Dilexi te” taką interpretację papież przedefiniował tłumacząc, że tak naprawdę to jest ten sam Pan, ta sama obecność, nie ma tu różnicy między Jezusem a ubogim. Mówi tam mocno, powołując się na św. Augustyna, że ubogi nie jest jedynie osobą, której trzeba pomóc, ale że jest on “sakramentalną obecnością Pana”. To zdanie naprawdę mnie zszokowało. Papież mówi dalej, że nie znajdujemy się w perspektywie dobroczynności, lecz Objawienia, oraz, że “kontakt z tymi, którzy nie mają władzy i wielkości, jest fundamentalnym sposobem spotkania z Panem dziejów”. Tymczasem w realiach jest to absolutnie abstrakcyjne. Nie mamy takiego wrażenia, że fundamentalnym sposobem spotkania z Panem dziejów jest spotkanie z ubogimi. Trochę inaczej mamy te priorytety poukładane.
KAI: Można by więc chyba powiedzieć, że w ten sposób zaczynamy, niejako na nowo, odkrywać jeden z fundamentalnych wymiarów chrześcijaństwa?
Chrześcijaństwa, do którego oryginalności i istoty należy Wcielenie. Bóg wcielił się nie po to, żeby wystąpić w jakimś spektaklu, który trwa 33 lata. On przyjął ciało nie tylko jako wyraz solidarności, ale także po to, by pokazać, że ludzkie ciało jest sposobem spotkania z Panem Dziejów. A późniejsze słowa Jezusa: “Byłem głodny, a daliście mi jeść”, przypowieść o miłosiernym Samarytaninie – to są konkrety wskazujące, że tak właśnie należy czynić, a nie bujać w obłokach czy romantyzować.
Całymi latami przygotowujemy ludzi do spotkania z Jezusem w sakramentach. Jeżeli jednak konsekwentnie przyjmujemy taką samą Jego obecność w ubogich – a w tym duchu mówią dokumenty papieży – to czy nie byłaby potrzebna jakaś formacja na poziomie katechezy, tłumacząca, że spotykamy tego Chrystusa nie tylko w świątyni i w sakramentach, ale że uprzywilejowanym miejscem spotkania z Panem dziejów są ubodzy? Powtarzam: nie chodzi o ich idealizowanie, lecz o to, by mając na uwadze, że pojęcie “ubogi” jest bardzo szerokie, zidentyfikować ich w poszczególnych parafiach i diecezjach.
KAI: Prawda o tym, że spotkanie z ubogim jest spotkaniem z Panem dziejów, brzmi bardzo mocno, ale, łagodnie mówiąc, nie jest we wspólnocie Kościoła traktowana jako oczywistość…
Henryk Cisowski, kapucyn, założyciel Dzieła Pomocy Ojca Pio w Krakowie, a obecnie szef kapucyńskiego centrum pomocy w Milwaukee w Stanach Zjednoczonych napisał kiedyś na Facebooku świetne rozważanie biblijne. Nawiązał w nim do spotkania Eliasza i wdowy z Sarepty Sydońskiej. Zwrócił uwagę, że nie chodzi w tej opowieści o to, że prorok pomógł ubogiej kobiecie, która zrobiła dla niego podpłomyk, i oto Bóg sprawił, że odtąd miała mąki i oliwy pod dostatkiem. W istocie oni siebie nawzajem potrzebują. To prawda: wdowa, żeby przeżyć, potrzebuje Eliasza, ale zauważmy, że on, z tego samego powodu, potrzebuje jej. I zostaje u tej wdowy bodaj dwa lata.
Jeżeli – wciąż streszczam myśl przyjaciela – Kościół przypomina dzisiaj takiego zmęczonego życiem Eliasza, który najlepsze lata ma za sobą, choć pamięta jeszcze czasy świetności, to można sobie postawić pytanie, czy Bóg nie zabezpieczył Kościołowi jakiegoś planu ocalenia. Upatrujemy ratunku dla Kościoła w sojuszu z silnymi, w rozmowach o funduszu kościelnym, lekcjach religii, przestrzeni w mediach publicznych, przypominając nasze zasługi i licząc na sprawiedliwość i dobrą wolę. Może nawet poczujemy misję i nabierzemy przekonania, że właśnie tu rozgrywa się walka o Kościół, a nawet o Boga samego, którego to my właśnie uratujemy dzięki naszej determinacji. Nie, powiada Henryk, być może Bóg wyznacza nam na miejsce ratunku zupełnie inne rejony. I przywołuje dokumenty papieży: Franciszka i obecnego, Leona. Ich nauczanie zawiera mocne postulaty i wskazania, by dokonać wyraźnego zwrotu. Leon XIV w “Dilexi te” apeluje, by pójść do ubogich, ale nie tylko w sensie charytatywnym, choć uważam, że to jest praca służąca także odbudowie reputacji i autorytetu Kościoła. Idąc do ubogich trzeba to robić nie po to tylko, by tam zanieść światło, ale żeby je odnaleźć (bo być może je straciliśmy) i spotkać Pana dziejów!
Nie jest tak, że zanosimy nasze światło pozbawionym go prostaczkom i ubogim z peryferii. Może być wręcz przeciwnie – może u nas ono już przygasło, a spotkanie z ubogimi rozpali je na nowo? Papież Leon powtarza za Franciszkiem, że Kościół autoreferencyjny, zajmujący się tylko samym sobą, słabnie duchem, traci ogień.
Oprócz posługiwania wśród ubogich w “Betlejem” mam także ponad 25-letnie doświadczenie hospicyjne. Jestem kapelanem i przyszywanym wolontariuszem w jednej z takich placówek. Ich fenomenem nie jest to, że lekarze, pielęgniarki i wolontariusze jednoczą się w pomocy umierającym. Okazuje się, że hospicja tworzą wokół siebie bardzo duże środowiska, “satelity”. Poznałem wielu ludzi, którzy nie nawrócili się w kościele, ale właśnie w hospicjum. Doświadczeniem Kościoła, miłości w Kościele było dla nich właśnie hospicjum, kiedy zobaczyli w jaki sposób zespół medyczny troszczy się o ich męża czy dziecko.
KAI: Podczas marcowego spotkania biskupów wspomniał ksiądz, że bardzo warto byłoby stworzyć bank dobrych praktyk parafialnych, służący wymianie pomysłów i doświadczeń między parafiami i aktywizowaniu kolejnych.
Tak, ale pamiętajmy, że mamy już w Kościele ogromną wiedzę i doświadczenie w tym zakresie. A mówię to jako jałmużnik diecezjalny, bo i taką funkcję pełnię. W zeszłym roku mieliśmy u nas ogólnopolskie spotkanie. To wręcz nieprawdopodobne, ile w tym środowisku jest inicjatyw i rozwiązań. Słuchaliśmy się nawzajem z otwartymi ustami, podziwiając różne fajne pomysły. Gdzieś na przykład proboszcz razem z wikarymi siadają po śniadaniu i wspólnie przygotowują kanapki dla ubogich. Nikomu tego nie zlecają, tylko sami się w to angażują.
Albo inny obrazek. Prowadząc rekolekcje w Jeleniej Górze zauważyłem, że w piątek, w dniu rekolekcyjnej spowiedzi, wszyscy ludzie przychodzili do kościoła z reklamówkami. Pomyślałem, że może mają blisko jakiś targ i po drodze zrobili zakupy. Ale okazało się, że przed laty podczas rekolekcji ksiądz zaproponował, żeby łączyć spowiedź z jałmużną. Ten model się przyjął i od tamtej pory rzeczy przyniesione przez wiernych są rozdzielane wśród ubogich i samotnych. Inny ksiądz prosił, żeby dary dla potrzebujących przynosić w pudełkach po butach, a nie siatkach czy reklamówkach, żeby łatwo było składować, a potem, po przygotowaniu odpowiedniej zawartości, rozdzielać. Dzięki temu unika się składowania całej masy makulatury czy plastiku.
Do banku dobrych praktyk parafialnych można włączyć funkcjonujący już tu i ówdzie system dyżurów przy osobach wymagających stałej opieki, na przykład z chorobą Alzheimera. W parafii, o której myślę, zaangażowało się w taką pomoc kilka pań emerytek, które odciążają w ten sposób osoby z rodziny. Dzięki temu bliscy mogą załatwić jakieś sprawy albo nawet wyjechać na weekend i odpocząć, bo już nie pamiętają, kiedy byli razem na takim wyjeździe.
A wokół tej konkretnej pomocy dla pani z Alzheimerem także może zawiązać się pewna wspólnota. Mogą dołączyć do niej ludzie, którzy gdzieś tam są zdystansowani do Kościoła, ale są wrażliwi na potrzeby innych, i to z kolei może być dla nich drogą do spotkania z Chrystusem.
KAI: Jednym ze “znaków firmowych” Wspólnoty, tych materialnych, są ikony. Na stronie “Betlejem” piszecie o tworzenie ikon ze spalonego drewna sosnowieckiej katedry. Brzmi niesamowicie…
Tego akurat drewna mamy już niewiele, więc ikony robimy na nim absolutnie wyjątkowo. Z okazji ingresu biskupa Artura wykonaliśmy krzyże z drewna z katedry którą obejmował, wykorzystując także fragmenty blachy z dachu.
Ale, używając różnego rodzaju drewna, ikony robimy cały czas. Ostatnio wykorzystaliśmy stare klęczniki, podarowane nam przez siostry z wielkiego klasztoru, bo wymieniały je na nowe. Wykorzystujemy więc materiał recyklingowy, z historią, a te ikony nazywamy ikonami nadziei. Belki, które przywieźliśmy z katedry, były już spalone, ich przeznaczeniem było wysypisko. My natomiast bierzemy taką starą deskę, opalamy ją, później nasi panowie zrzucają spaleniznę i popiół, nakładają wosk i w ten sposób stara, zniszczona deska dostaje nowe życie. Pracujemy więc na drewnie, które trochę przypomina naszych ludzi, bo o nich też niektórzy mówili, że już nic z nich nie będzie.
Utrzymujemy się z pracy własnych rąk, więc te ikony są naszym podstawowym źródłem utrzymania. Sprzedajemy je w naszym sklepie internetowym iw parafiach. Młodzież, rodzice czy księża zamawiają je na bierzmowania czy komunię. To jest żmudna zespołowa praca iluś naszych mieszkańców. Po czyszczeniu spalonych desek ich twórcy wyglądają jak górnicy po szychcie. Kiedy jeździmy do różnych parafii ze słowem i sprzedajemy nasze rękodzieło, a ludzie wyrażają podziw, że sami te ikony robimy, widzę moment satysfakcji: a więc to się ludziom podoba, chcą zamawiać. Ikony z recyklingu to wielka, dająca do myślenia metafora losu naszych mieszkańców: tak jak to spalone drewno, mieli być odrzuceni.
W 2014 roku szliśmy pieszo szlakiem świętego Franciszka na spotkanie z papieżem Franciszkiem. Wręczyliśmy mu “Manifest resztek” – tekst, w którym wyraziliśmy swoje widzenie ubogich w Kościele. Była to ręcznie zszyta księga z patchworkową okładką zrobioną z resztek starych materiałów i podpisami około tysiąca ubogich. W naszym tekście użyliśmy sformułowania, że ubodzy są niekiedy traktowani jak niepotrzebne resztki. Kiedy potem wyszedł programowy dokument Franciszka, adhortacja “Evangelii gaudium”, z wielką satysfakcją odkryliśmy dokładnie te same słowa. Dosłownie papież napisał, że “Wykluczeni nie są wyzyskiwani, ale są odrzuceni, są niepotrzebnymi resztkami”. Oczywiście nie przypisujemy tych słów naszemu Manifestowi, bo nie wiem, czy papież w ogóle do niego zajrzał. Raczej wylądował on gdzieś tam w składnicy prezentów, ale mieliśmy jednak satysfakcję, że Duch Święty nas natknął, by użyć sformułowania, które zastosował także papież.
KAI: Rozpocząłem filmowo i na filmowym wątku zakończę. Nie mogę nie zapytać o absolutnie niezwykłą pielgrzymkę, jaką w 2016 roku odbyliście wspólnotowo jadąc na mini traktorkach. Zainspirowała Was “Prosta historia” Lyncha, ale ciekaw jestem, kto i w jakich okolicznościach rzucił hasło: tak, traktorki!
Całe to nasze pielgrzymowanie zaczęło się w 2005 roku. Kiedy umarł Jan Paweł II, postanowiliśmy pojechać z bezdomnymi na rowerach do Rzymu. Jeden z nich powiedział: „Jak papież był w Polsce, piłem i papież mnie nie obchodził, a jak wyszedłem z tego, to akurat umarł i chciałbym chociaż raz w życiu pojechać na jego grób”. No i z takich rozmów to się wzięło. Pojechaliśmy, a potem narodził się pewien zwyczaj, zaczęło to fajnie funkcjonować. Bezdomni mieli radość, że osiągnęli jakiś ambitny cel, i trochę więcej wiary w siebie. Uwierzyli, że są w stanie wziąć się z życiem za bary. Postanowiliśmy, że co jakiś czas będziemy wyruszać w podróż. Byliśmy więc na rowerach m.in. w Ziemi Świętej, pieszo pielgrzymowaliśmy w 2016 roku na zakończenie Jubileuszu Miłosierdzia i spotkanie z Franciszkiem, o którym wspominałem.
Z okazji 20-lecia naszego domu postanowiliśmy pielgrzymować do Lisieux, bo św. Teresa od Dzieciątka Jezus jest naszą główną patronką. Zastanawialiśmy jednak, w jakiej formie to zrobić: na rowerach, pieszo czy może jeszcze inaczej? Pewnego razu siedzimy sobie w grupie i przygotowując kawę mówię: zobaczcie jaką mam fajną puszkę. A to była puszka z wizerunkiem ciągnika John Deere, a na ciągniku-kosiarce tej firmy odbył podróż bohater “Prostej historii”. Film Lyncha wciąż u nas żyje, oglądamy go sobie od czasu do czasu. Kiedy pochwaliłem się tą puszką, ktoś rzucił hasło: „O, no to może na traktorach?”. Mówię na to: świetny pomysł! Najpierw był ogólny śmiech, ale potem zaczęliśmy się nad tym zastanawiać na poważnie. Przez Marka Żydowicza, producenta i reżysera filmowego, nawiązaliśmy kontakt z Lynchem. Dzwonili do nas potem z planu “Miasteczka Twin Peaks” w Los Angeles. Lynchowi strasznie się ten pomysł spodobał i objął patronatem planowany film dokumentujący naszą wyprawę.
Jechaliśmy więc trzema traktorkami, a po drodze puszczaliśmy chętnym całość lub fragmenty “Prostej historii” w odpowiedniej wersji językowej. Towarzyszyła nam ekipa filmowców. Niestety, film nigdy nie powstał, bo nie udało się zrealizować zamysłu, by Lynch towarzyszył nam przez jeden dzień zdjęciowy. Wystąpiły różne komplikacje i nie dał rady przylecieć do Paryża, gdzie mieliśmy się spotkać.
Ale sama pielgrzymka była świetnym doświadczeniem, niesamowitą przygodą, także z uwagi na masę spotkań z ludźmi. Czterech chłopaków od nas szło z Jaworza do Lisieux pieszo, przez dwa miesiące pokonując te blisko dwa tysiące kilometrów. A my jechaliśmy traktorkami 38 dni ze średnią prędkością do 14 km na godzinę. Codziennie była Msza, modlitwa w intencji pokoju, a około godz. 21 czytaliśmy fragmenty „Rękopisów autobiograficznych” św. Teresy z Lisieux, do której pielgrzymowaliśmy.
Wyprawa budziła duże zainteresowanie, pojazdy było kolorowo oklejone, ludzie się zatrzymywali, robili zdjęcia itd. A my rozmawiając z nimi rozdawaliśmy tekst przygotowany w paru wersjach językowych o Roku Jubileuszowym Miłosierdzia, o papieżu Franciszku, o pojednaniu.
KAI: Będą kolejne pielgrzymki? Teraz chyba głównie do Greccio, skoro otworzyliście tam dom?
Już teraz wielu ludzi przychodzi do Greccio pieszo, bo wytyczono bardzo piękny Szlak Świętego Franciszka, wiodący przez Umbrię i Toskanię. Część osób odwiedzających nasz dom, będący filią Wspólnoty i domem rekolekcyjnym diecezji sosnowieckiej, to właśnie pątnicy, którzy przez tydzień pielgrzymują do Greccio z Asyżu. Ta droga świętego Franciszka wymaga spopularyzowania i chcemy aby było to jedną z misji naszego włoskiego domu.
***
Ks. Mirosław Tosza (ur. 1967) święcenia kapłańskie w 1994 roku. W 1996 roku założył wspólnotę Betlejem, której celem jest niesienie pomocy osobom ubogim i bezdomnym. Dzięki jego staraniom udało się pozyskać dla wspólnoty i wyremontować budynek starej szkoły w Jaworznie, która od 2000 roku jest domem księdza i bezdomnych. W ciągu 30 lat przez dom i wspólnotę przewinęło się ponad 1000 osób.
W 2017 roku ks. Mirosław Tosza został laureatem Nagrody Tischnera w kategorii inicjatyw duszpasterskich i społecznych współtworzących „polski kształt dialogu Kościoła i świata” za działalność na rzecz ubogich i odrzuconych.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

