70 lat temu prymas Wyszyński został zwolniony z internowania
26 października 2026 | 13:09 | Joanna Operacz, jw, red. efem | Warszawa Ⓒ Ⓟ
Fot. Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego70 lat temu, 26 października 1956 r., został uzgodniony powrót bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego z trwającego trzy lata internowania. Dwa dni później prymas Polski wrócił do Warszawy. Władze komunistyczne przetrzymywały go w odosobnieniu bez wyroku, a nawet bez postawienia formalnych zarzutów. Notatki kardynała z tego czasu, które ukazały się później jako „Zapiski więzienne”, to nie tylko ważne świadectwo historyczne, ale także przejmujący dziennik duchowy.
Prymas Stefan Wyszyński został aresztowany 25 września 1953 r. i wywieziony z Warszawy w nieznanym kierunku. Pierwsza reakcja? Tak to zanotował: „Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia”.
Nie palił się do bycia męczennikiem (jego rozwaga i daleko posunięta koncyliacyjność w znacznej mierze uratowały Kościół w PRL) i wiele razy mówił, że Polska i Kościół potrzebują męczeństwa pracy, a nie męczeństwa krwi; ale przyjął te okoliczności jako okazję do ofiary.
Władze zdecydowały się go internować po tym, jak Episkopat zaprotestował przeciwko dekretowi uzależniającemu obsadzanie stanowisk kościelnych od zgody państwa. W memoriale z 8 maja 1953 r. biskupi zapowiedzieli, że wolą nie obsadzać stanowisk wcale, niż oddawać „religijne rządy dusz w ręce niegodne”. Prymas Wyszyński nie zamierzał ustąpić w sprawie, którą uważał za fundamentalną dla niezależności Kościoła.
Przez kolejne trzy lata przebywał kolejno w: Rywałdzie (przez kilka dni), Stoczku Warmińskim, Prudniku Śląskim i Komańczy.
Zostawić jak najmniej swobody myślom
W Rywałdzie zastał w swoim pokoju na podłodze kilka książek porzuconych w pośpiechu przez poprzedniego mieszkańca tego miejsca, w tym jedną po włosku i jedną po francusku. Nie pozwolono mu zabrać ze sobą żadnych książek, nawet brewiarza.
„Postanawiam sobie tak urządzić czas, aby zostawić jak najmniej swobody myślom dociekliwym. I dlatego po Mszy świętej (…) rozpocząłem lekturę kilku książek na zmianę, by rozmaitość tematu chroniła od znużenia. (…) Te dwie książki służyć mi mają jako ćwiczenia językowe”.
Prymas Polski: Jasnogórskie Śluby Narodu wciąż wzywają do życia zgodnego z Ewangelią
Na ścianie przygotował drogę krzyżową – narysował ołówkiem numery stacji. Na początku nie mógł wychodzić na zewnątrz, więc wędrował po pokoju w czasie modlitwy. Kiedy tylko pojawiła się możliwość wychodzenia, skwapliwie z niej korzystał, nawet przy kiepskiej pogodzie.
Pobudka o piątej
Najtrudniejsze warunki panowały w Stoczku. W budynku oprócz prymasa i ok. 20 strażników zamieszkali także: kapelan ksiądz Stanisław Skorodecki i siostra zakonna Leonia Graczyk, która zajmowała się sprawami domowymi. Budynek, dawny klasztor, był zniszczony i niemożliwy wprost do ogrzania. Mieszkańcy marzli i chorowali, np. prymas nabawił się poważnych problemów z nerkami.
Nie zważając za okoliczności, prymas przygotował od razu plan dnia dla całej trójki, rozpoczynający się pobudką już o godz. 5 i kończący się o 22. W planie znalazły się m.in.: modlitwy, posiłki, lektura książek i praca własna.
Organizował siostrze i księdzu wykłady i naukę języków. Podczas spacerów po ogrodzie prymas i ksiądz Skorodecki odśnieżali alejki i porządkowali ogród przy użyciu narzędzi, które sami sklecili. Kardynał ze zdumieniem zanotował, że ich nadzorcy, choć nie mają żadnego zajęcia poza trwaniem na posterunku, zbijają bąki i potrafią godzinami tępo wpatrywać się w okno, a w najlepszym razie czytają romansidła. Uznał, że nie wróży to długiego trwania ustrojowi, którego byli stróżami.
Treuga Dei, czyli pokój Boży
Ksiądz i siostra zostali przywiezieni do Stoczka prosto z więzień. Jak się później okazało, oboje donosili na prymasa. Musiał on sobie zdawać sprawę z takiej możliwości, ale mimo to przygarnął ich po ojcowsku: „Jesteśmy skazani na życie ‘we troje’. Nie będzie ono łatwe” – zapisał, ale: „To wspólny los, wspólna dola, to bliskość ludzi depczących te same deski – wszystko to jest materiałem na nową więź”.
Byli oboje zalęknieni, po strasznych przejściach, więc pozwalał im się wygadać i wypłakać. Starał się jednak, żeby mimo ciężkich okoliczności dominującą nutą w ich życiu była spokojna i ufna radość. W szczególnie trudnych momentach, takich jak Wigilia Bożego Narodzenia, spędzali niemal cały czas razem, żeby nie zostawiać sobie chwili na użalanie się. Jednak na co dzień dla higieny psychicznej każdy musiał mieć kilka godzin wyłącznie dla siebie.
Prymas bardzo się starał, żeby nie znienawidzić strażników i ich mocodawców. Doceniał, że ci pierwsi są dla niego „dość grzeczni”, a w zapiskach nie komentował licznych złośliwości. Komendantowi wyjaśnił pewnego razu, że wprawdzie traktuje go jako przedstawiciela swoich krzywdzicieli, ale nie żywi do niego osobistej urazy. W pierwszy dzień 1954 r. zapisał: „Pragnę zachować ‘treuga Dei’ [pokój Boży – dop. red.] ze wszystkimi. Odnawiam najlepsze swoje uczucia dla wszystkich ludzi. Dla tych, co mnie teraz otaczają najbliżej. I dla tych dalekich, którym się wydaje, że decydują o moich losach, które są całkowicie w rękach mego Ojca Niebieskiego. Do nikogo nie mam w sercu niechęci, nienawiści czy ducha odwetu. Pragnę się bronić przed tymi uczuciami całym wysiłkiem woli i pomocą łaski Bożej. Dopiero z takim usposobieniem i z takim uczuciem mam prawo żyć. Bo dopiero wtedy moje życie będzie budowało Królestwo Boże na ziemi”.
Największa udręka
Co było dla prymasa najtrudniejsze? Cierpienie duchowe spowodowane tym, że nie mógł wykonywać obowiązków biskupich. Jako arcybiskup gnieźnieński i warszawski i prymas Polski był odpowiedzialny za Kościół w kraju, w którym komunistyczne władze systematycznie ograniczały jego niezależność.
W „Zapiskach więziennych” wraca więc motyw osieroconych katedr i opuszczonych wiernych. W Wielkim Tygodniu prymas szczególnie dotkliwie odczuwał niemożność sprawowania posługi wśród wiernych. W Wielki Czwartek, kiedy Kościół wspomina ustanowienie Eucharystii i kapłaństwa, boleśnie odczuwał rozłąkę z duchowieństwem.
W Prudniku kard. Wyszyński zapisał modlitwę, w której zwracał się do Chrystusa jako do Nauczyciela i Wodza: „Gdy nie mogę spełnić powinności mojej, gdy nie mogę Cię naśladować, by na klęczkach omywać nogi tych dzieci moich, które mi dałeś, przyjm moje najgorętsze pragnienia ucałowania nóg wszystkich, których powierzyłeś mej biskupiej pieczy”..
Po pewnym czasie prymas dostrzegł w tym cierpieniu własną słabość duchową. W zapiskach z 26 maja 1956 r. dokonał surowego rozrachunku ze swoim dotychczasowym sposobem służenia ludziom: „Dziś pojąłem, że więcej dawałem z siebie, mniej z Ciebie” – modlił się. Z kolei w maju 1956 r. pisał: „Moim największym grzechem jest realizm, wróg oczu nadprzyrodzonych”.
Obrona Jasnej Góry zaczyna się w duszy
Kiedy 6 października 1954 r. wieziono go na południe – do Prudnika Śląskiego, uświadomił sobie, że mniej więcej tą samą drogą uciekał przed Szwedami jego XVII-wieczny poprzednik prymas Andrzej Leszczyński – inicjator ślubów lwowskich, czyli aktu oddania królestwa i narodu Matce Bożej jako Królowej, które złożył Jan Kazimierz 1 kwietnia 1656 r. Król oddał wówczas Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej i zobowiązywał się do troski o naród, zwłaszcza o najuboższych (wbrew popularnemu mitowi autorem tekstu ślubowania nie był św. Andrzej Bobola, tylko prymas Leszczyński, nuncjusz Pietro Vidoni i członkowie Rady Królewskiej, a prymas Wyszyński dobrze znał okoliczności powstania ślubów).
Kard. Wyszyński dostrzegł analogię między tamtym kryzysem a sytuacją Polski pod rządami komunistów. Uznał, że potrzebna jest nie tylko obrona struktur Kościoła, ale również głęboka odnowa ludu Bożego. Wiara powinna kształtować codzienne życie ludzi, zwłaszcza stosunek do rodziny, odpowiedzialność za dzieci, pracowitość, trzeźwość, uczciwość, szacunek dla życia i wzajemną miłość. W zapiskach z Prudnika pisał o potrzebie obrony „duszy, rodziny, narodu, Kościoła – przed zalewem nowych ‘czarów’”.
27 października 1955 r. prymas Wyszyński trafił do ostatniego miejsca internowania — klasztoru sióstr nazaretanek w Komańczy, w Bieszczadach. Warunki były tam łagodniejsze. Prymas mógł spacerować po okolicy, pracować i nieco swobodniej przyjmować niektórych gości. Tam powstał jeden z najważniejszych dokumentów polskiego katolicyzmu XX wieku: Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego i program Wielkiej Nowenny przez 100-leciem Chrztu Polski, czyli szeroko zakrojonego planu ewangelizacji i odbudowania wiary i moralności.
Wolność nie za wszelką cenę
Rok 1956 przyniósł zmiany polityczne. Po śmierci prezydenta Bolesława Bieruta i kryzysie systemu stalinowskiego do władzy doszedł Władysław Gomułka. Władze potrzebowały uspokojenia nastrojów społecznych, a sytuacja Kościoła wymagała ponownego uregulowania.
26 października do Komańczy przyjechali wysłannicy nowych władz: wiceminister sprawiedliwości Zenon Kliszko i poseł Władysław Bieńkowski, z polecenia Władysława Gomułki. Poprosili prymasa Wyszyńskiego o powrót do Warszawy. Kardynał nie potraktował tej sytuacji jako osobistego triumfu ani okazji do odwetu, ale uznał, że powrót ma sens, jeśli będzie oznaczał rzeczywiste przywrócenie Kościołowi możliwości działania. Doszło więc do paradoksalnej sytuacji: uwięziony postawił nadzorcom warunki, na jakich miałby opuścić miejsce odosobnienia.
Prymas zażądał przede wszystkim przywrócenie biskupom prawa do decydowania o obsadzie stanowisk kościelnych, powrotu usuniętych ordynariuszy na ich miejsca oraz przywrócenia Kościołowi podstawowych praw. Władze to zaakceptowały. Już dwa dni później, 28 października 1956 r., prymas opuścił Komańczę i wrócił do Warszawy.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

