Bp Artur Ważny: Musimy na nowo nauczyć się mówić o seksualności
28 października 2026 | 17:26 | ar, red. bz | Warszawa Ⓒ Ⓟ
Fot. Diecezja SosnowieckaCzęsto nasze nauczanie jest odbierane jako represyjne, zbyt trudne czy wręcz niemożliwe do przyjęcia, dlatego współczesny człowiek je odrzuca. Musimy więc na nowo nauczyć się mówić o seksualności – mówi KAI bp Artur Ważny. W rozmowie podsumowującej VIII Kongres Nowej Ewangelizacji „Ciało do kochania” biskup sosnowiecki wskazuje na potrzebę zmiany języka duszpasterstwa, większej otwartości na ludzkie doświadczenia oraz współpracy duchownych ze świeckimi specjalistami.
Anna Rasińska (KAI): Za nami VIII Kongres Nowej Ewangelizacji „Ciało do kochania”. Jakie najważniejsze wnioski płyną z trzech dni spotkań i dyskusji? Czy coś księdza biskupa szczególnie poruszyło?
Bp Artur Ważny: Przede wszystkim utwierdziliśmy się w przekonaniu, że o teologii ciała musimy dziś mówić językiem bliższym ludzkiemu doświadczeniu, uwzględniającym zmiany zachodzące we współczesnej kulturze. Wierzymy, że Kościół ma najlepszą odpowiedź na pytanie o człowieka, zawartą w chrześcijańskiej antropologii. Problem polega na tym, że nie zawsze potrafimy przedstawić ją jako Dobrą Nowinę. Często nasze nauczanie jest odbierane jako represyjne, zbyt trudne czy wręcz niemożliwe do przyjęcia, dlatego współczesny człowiek je odrzuca. Musimy więc na nowo nauczyć się mówić o seksualności.
Drugim ważnym przesłaniem kongresu było przypomnienie o godności ludzkiego ciała. Żyjemy w kulturze, która z jednej strony je absolutyzuje, a z drugiej nim gardzi. Tymczasem każde ludzkie ciało, niezależnie od wieku czy wyglądu, zasługuje na szacunek. Chcieliśmy również pokazać, że ciało jest niezbędne do wyrażania miłości. Hasło kongresu „Ciało do kochania” ma więc podwójne znaczenie: nasze ciało potrzebuje miłości, ale jest także tym, przez co możemy tę miłość okazywać innym.
Wspomniał ksiądz biskup, że współczesna kultura ma ambiwalentny stosunek do ludzkiego ciała. W czym przejawia się ta sprzeczność i jaką odpowiedź daje na nią chrześcijaństwo?
Żyjemy w kulturze, która stawia ciału coraz większe wymagania. Ma być doskonałe, młode, atrakcyjne, stale poprawiane. Tymczasem człowiek nie jest projektem estetycznym. Chrześcijaństwo przypomina, że cielesność jest darem, w którym odsłania się godność i tajemnica człowieka, że Bóg stał się człowiekiem, zmartwychwstał w ciele i że również my jesteśmy powołani do zmartwychwstania. Ciało nie jest więc jedynie produktem, który można dowolnie udoskonalać, ani narzędziem służącym zaspokajaniu własnych potrzeb. Nie możemy też sprowadzać seksualności wyłącznie do biologii, przyjemności czy techniki. Przez ciało wyrażamy samych siebie, okazujemy miłość i stajemy się darem dla drugiego człowieka.
Współczesny człowiek często nie chce pogodzić się ze starzeniem i przemijaniem. Próbuje za wszelką cenę zachować młodość, jakby tylko ona gwarantowała wysoką jakość życia. Tymczasem życie jest procesem dojrzewania, a każdy jego etap ma swoją wartość i sens. Upływające lata zmieniają nasze ciało, ale nie odbierają nam ani godności, ani wartości.
Podczas homilii ksiądz biskup mówił, że chrześcijańska wizja seksualności nie jest zbiorem zakazów, lecz drogą do miłości. Czy Kościół zbyt często mówił dotąd o seksualności językiem nakazów i zakazów, zamiast ukazywać jej piękno i głębszy sens?
Zbyt często zaczynaliśmy mówić o ludzkiej seksualności od szóstego przykazania, od tego, czego nie wolno, jakie obowiązują zakazy i normy. Tymczasem powinniśmy zaczynać od przypomnienia, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, zobaczył w nim dobro i piękno. Zostaliśmy stworzeni z miłości i do miłości. To ona powinna być punktem wyjścia do rozmowy o ciele i seksualności.
Normy moralne nie są celem samym w sobie. Mają chronić człowieka i relacje międzyludzkie, aby miłość mogła się rozwijać. Chrześcijańska etyka seksualna jest wymagająca dlatego, że poważnie traktuje człowieka. Ojcowie Kościoła mówili o pewnej mierze, którą daje nam Bóg – nie po to, by nas ograniczać, lecz by wskazywać właściwe proporcje i piękno. Nie możemy sprowadzać całego nauczania o seksualności do moralnych zakazów. Najpierw jest łaska, dar Bożej miłości, a dopiero potem wynikające z niego wymagania.
Współczesny świat często odrzuca te wymagania, nie dostrzegając, że ich przyjęcie może prowadzić do szczęścia. Prawda o ludzkiej seksualności bywa trudna, ale ucieczka od niej nie chroni przed cierpieniem. Nie chodzi o obniżanie wymagań Ewangelii, lecz o odkrywanie miłości, która nadaje im sens. Zanim powiemy człowiekowi, jak powinien żyć, musimy mu przypomnieć, jak bardzo jest kochany.
Nie każdy ksiądz ma jednak przygotowanie, by w taki sposób rozmawiać z wiernymi o seksualności. Od czego powinien zacząć?
Od słuchania ludzi, ich doświadczeń i trudności związanych z miłością i seksualnością. Podczas kongresu mogliśmy zobaczyć, jak wiele osób zmaga się z wymaganiami moralnymi Kościoła. Ważne, by najpierw spróbować zrozumieć ich sytuację i pokazać sens tych wymagań.
Podobnie jest w relacji dwojga zakochanych. Kiedy zależy im na sobie, są gotowi zmieniać w swoim życiu nawet to, do czego przez lata zdążyli przywyknąć. Chcą chronić wzajemną miłość. Ustalają pewne zasady, ponieważ chcą, żeby ich relacja trwała i się rozwijała.
Przypomina mi się spotkanie Jezusa z Zacheuszem. Jezus nie zaczął od wyliczania jego grzechów, ale okazał mu miłość i zapragnął go odwiedzić. Dopiero doświadczenie tego spotkania sprawiło, że Zacheusz sam postanowił zmienić swoje życie, rozdać część majątku i wynagrodzić wyrządzone krzywdy. W duszpasterstwie powinniśmy uczyć się takiego podejścia – najpierw spotkać człowieka i go wysłuchać, a dopiero potem pomagać mu odkrywać, co powinien zmienić w swoim życiu.
Jak pogodzić wierność nauczaniu Kościoła w sprawach seksualności z otwartością na osoby, których życie i wybory nie są z tym nauczaniem zgodne?
Kluczowe jest rozróżnienie między obiektywną oceną moralną czynu a osobistą odpowiedzialnością człowieka. To, że określone postępowanie oceniamy jako moralnie niewłaściwe, nie oznacza, że możemy automatycznie osądzać osobę, która się go dopuszcza. Ludzkie sytuacje bywają bardzo złożone, a niektóre przywiązania trudno przezwyciężyć. I nie chodzi tu o relatywizowanie nauczania moralnego Kościoła. Ważne jest, by najpierw spotkać człowieka, poznać jego historię i spróbować go zrozumieć.
Dla mnie szczególnie wymowny jest przykład ewangelicznej Samarytanki. Jezus nie rozpoczął rozmowy od wypominania jej grzechów, wyliczania kolejnych związków czy wzywania do nawrócenia. Powiedział po prostu: „Daj Mi pić”. To On pierwszy zwrócił się do niej z prośbą, pokazał, że czegoś od niej potrzebuje. Myślę, że właśnie tak Kościół powinien podchodzić do osób żyjących w sytuacjach niezgodnych z jego nauczaniem. Zamiast od razu pouczać, powinien powiedzieć: opowiedzcie nam swoją historię, chcemy was wysłuchać, poznać wasze doświadczenia i wspólnie szukać drogi.
Dopiero później, w rozmowie z Samarytanką, Jezus mówi: „Gdybyś znała dar Boży” – pokazuje Boga, który daje wolność i łaskę – a następnie porusza kwestię jej życia osobistego. Pokazuje w ten sposób pewną drogę: najpierw spotkanie, otwartość i ukazanie dobra, a potem konfrontacja z prawdą, również tą trudną.
Kościół nie może podejmować decyzji za człowieka. Może natomiast towarzyszyć mu w mierzeniu się z prawdą o własnym życiu, nawet jeśli prowadzi to przez trudne pytania i bolesne wybory. Wierność Ewangelii nie oznacza obojętności wobec ludzkich historii. Przeciwnie, wymaga uważności na każdą z nich. Papież Franciszek przypominał o towarzyszeniu, rozeznawaniu i włączaniu. Nie po to, by rozmywać zasady moralne, ale by pamiętać, że człowiek potrzebuje nie tylko wskazania drogi, lecz także kogoś, kto pomoże mu nią pójść.
Towarzyszenie brzmi pięknie w teorii, ale jak wygląda w praktyce? Gdzie może szukać pomocy na przykład para, która mieszka z dala od dużych ośrodków i nie ma w swoim otoczeniu nikogo przygotowanego do takiego towarzyszenia?
Rozumiem tę trudność, ale myślę, że dziś możliwości jest znacznie więcej niż kiedyś. Na stronach diecezji i różnych ośrodków prowadzonych przez Kościół można znaleźć kontakty do osób i małżeństw, które oferują wsparcie. Coraz częściej odbywa się ono również online. Znam osoby, które korzystają z pomocy specjalistów z zagranicy. Odległość nie musi więc być przeszkodą, choć oczywiście trzeba poświęcić trochę czasu na znalezienie odpowiednich osób.
Istnieją również środowiska, do których można zwrócić się bezpośrednio. Podczas kongresu mieliśmy rodziny i małżeństwa, które dzieliły się swoimi doświadczeniami, a jednocześnie angażują się w poradnictwo rodzinne czy pomoc terapeutyczną. W Kościele są już takie możliwości, choć nie zawsze łatwo do nich dotrzeć.
Chcemy też, aby podobne wsparcie było dostępne bliżej ludzi, w samych parafiach. Dlatego proponujemy tworzenie zespołów, w których obok księdza będą działać świeccy współpracownicy posiadający różne kompetencje, szczególnie w zakresie poradnictwa rodzinnego i towarzyszenia.
Pierwszy dzień kongresu poświęcono formacji duchownych. Czy księża są dziś wystarczająco przygotowani do rozmów o seksualności, kryzysach małżeńskich i innych osobistych problemach wiernych?
Sama znajomość teologii moralnej nie wystarcza. Potrzebna jest również wiedza dotycząca emocjonalności i psychoseksualności, a przede wszystkim umiejętność słuchania i rozpoznawania granic własnych kompetencji. Te zagadnienia są już obecne w formacji seminaryjnej, ale wymagają dalszego pogłębiania.
Coraz więcej księży rozumie, że nie we wszystkim mogą pomóc samodzielnie. Ważne, aby potrafili odróżnić problem moralny od psychologicznego, rozpoznać sytuacje związane z przemocą czy traumą i wiedzieli, kiedy skierować człowieka do odpowiedniego specjalisty. Nie muszą być ekspertami w każdej dziedzinie, ale powinni umieć rozpoznać problem i wskazać osobę, która będzie mogła udzielić kompetentnej pomocy.
Temu służył kongres. Zaprosiliśmy specjalistów zajmujących się różnymi zagadnieniami, po to by duszpasterze mogli ich poznać i nawiązać kontakty. Wiem, że wielu księży już podczas kongresu z takiej możliwości skorzystało.
Potrzebujemy współpracy ze świeckimi specjalistami, psychologami, terapeutami, ale również z małżeństwami, które mogą towarzyszyć innym w różnych sytuacjach życia rodzinnego. W Sosnowcu działa na przykład Centrum Pomocy Rodzinie, skupiające specjalistów z różnych dziedzin. Dzięki temu mamy konkretne miejsce, do którego możemy kierować osoby potrzebujące wsparcia. Takie rozwiązania staramy się rozwijać również w ramach stałej formacji kapłańskiej.
Z jakimi konkretnie problemami rodzin i małżeństw spotykają się dziś duszpasterze? Gdzie szczególnie potrzebne są większa wrażliwość i odpowiednie przygotowanie?
Wiele takich sytuacji wybrzmiało podczas niedzielnego panelu, który był podsumowaniem kongresu. Mówiliśmy między innymi o małżeństwach zmagających się z niepłodnością, o parach, które pragną przyjąć dziecko, ale z różnych powodów nie mogą tego zrobić, a także o rodzinach przeżywających doświadczenie poronienia czy śmierci dziecka. Każda z tych sytuacji wymaga od duszpasterza szczególnej wrażliwości.
Niedawno, podczas Apelu Jasnogórskiego w Dniu Dziecka Utraconego, mówiłem o potrzebie towarzyszenia rodzicom, którzy stracili dziecko przed narodzeniem. Kapłan powinien umieć być przy nich, pomóc im odnaleźć się w tej trudnej sytuacji, poinformować o przysługujących im prawach, a także zadbać o to, by pogrzeb dziecka odbył się z należnym spokojem, taktem i empatią.
Spotykamy się również z rodzinami wielodzietnymi, małżeństwami przeżywającymi kryzysy, osobami po rozwodach czy żyjącymi w związkach niesakramentalnych. Szczególnego wsparcia potrzebują też rodzice dzieci, które określają siebie jako homoseksualne. Często przeżywają oni bardzo trudny dylemat: jak pogodzić dobro i miłość do własnego dziecka z wiernością nauczaniu Kościoła? Czy rzeczywiście trzeba wybierać między jednym a drugim? To pytania, z którymi nie powinni pozostawać sami. Nie możemy też zapominać o osobach samotnych, które z różnych powodów nie założyły rodziny.
Tak różnorodne sytuacje wymagają od duszpasterzy nie tylko wrażliwości, ale także odpowiedniego przygotowania i umiejętności kierowania osób potrzebujących do specjalistów.
Czy podczas kongresu pojawiły się konkretne propozycje zmian w duszpasterstwie rodzin, małżeństw i osób przeżywających trudności związane z seksualnością? Co powinno się zmienić na poziomie parafii i diecezji?
Jednym z najważniejszych wniosków kongresu jest potrzeba stałego towarzyszenia ludziom, którzy mierzą się z różnymi trudnościami. Jednorazowa konferencja może pomóc w uświadomieniu sobie problemów, ale to nie wystarczy. Potrzebujemy trwałych form wsparcia, większej dostępności specjalistycznej pomocy i informacji o miejscach, w których można ją otrzymać.
Ważne jest również to, w jaki sposób Kościół mówi o seksualności. Nie chodzi o zmianę nauczania moralnego, ale o umiejętność przekazywania go w sposób zrozumiały i angażujący, tak aby ludzie mogli odkrywać jego wartość.
Kolejnym wnioskiem jest potrzeba ściślejszej współpracy duszpasterzy z psychologami, terapeutami, małżonkami i innymi osobami świeckimi. Taka współpraca nie osłabia autorytetu duchownych, lecz przeciwnie, pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby rodzin.
Kongres utwierdził mnie również w przekonaniu, że synod, który rozpoczynamy, powinien być przestrzenią wspólnego poszukiwania rozwiązań. Nie chcemy tworzyć propozycji dla rodzin i małżeństw bez ich udziału, ale razem z nimi. Chcemy słuchać także osób samotnych i tych, którzy przeżywają różnego rodzaju trudności. Ich doświadczenia są nam potrzebne, ponieważ nie jesteśmy w stanie sami odpowiedzieć na wszystkie problemy, z którymi mierzą się dziś ludzie. Dlatego konkretne inicjatywy i formy pomocy chcemy wypracowywać wspólnie, angażując w te działania zarówno duchownych, jak i świeckich.
Podczas kongresu mówiłem też o tym, że hasło „Ciało do kochania” odnosi się nie tylko do ludzkiego ciała, ale również do Kościoła jako Ciała Chrystusa. Być może dzisiaj nie zawsze łatwo jest kochać Kościół, ale jako wspólnota jesteśmy wezwani do wzajemnej troski i miłości.
Gdyby ksiądz biskup miał wskazać najważniejsze przesłanie, które uczestnicy kongresu powinni przekazać swoim wspólnotom, rodzinom i parafiom, co by to było?
Od pewnego czasu noszę w sobie trzy słowa, o których mówiłem również podczas kongresu: miłość, ciało, życie. One w pewien sposób wyrażają tajemnicę Wcielenia, Eucharystii i małżeństwa. Bóg, który jest miłością, stał się ciałem, abyśmy mieli życie. W Eucharystii Bóg, który tak umiłował świat, daje nam swoje Ciało, a kto je spożywa, ma życie. Podobnie w małżeństwie, miłość małżonków poprzez ciało daje życie. I nie chodzi tu wyłącznie o rodzenie dzieci, ale również o taką miłość, dzięki której człowiekowi po prostu chce się żyć.
Można też spojrzeć na to z drugiej strony. Żeby miłość mogła się wyrazić, potrzebuje ciała. To przez ciało okazujemy sobie bliskość i troskę. Myślę, że te trzy słowa – miłość, ciało, życie – dobrze oddają przesłanie kongresu.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

