Duszpasterstwo w bańce internetu
25 stycznia 2026 | 19:17 | Zdzisława Kobylińska | Olsztyn Ⓒ Ⓟ
Fot. ks. Teodor Sawielewicz / Teobańkologia„Teobańkologia to głoszenie Słowa Bożego w Internecie. Pewnie znasz wiele takich miejsc, powołanych do służby tu na ziemi. Ewangelizacja w Internecie to nasza misja – szybkie łączę w relacji Boga z ludźmi.” Już ten wstęp w informacji na kanale Teobańkologii budzi mój sprzeciw. Ponieważ „szybkie łącze” to przede wszystkim Eucharystia, adoracja, modlitwa, ale niekoniecznie ta przez pośrednictwo Internetu, czyli modlenie się, jak to określam, do ekranu lub do widoku księdza na monitorze. Uprzedzając komentarze – tak, mam sceptyczny stosunek do kanału Teobańkologia. To konkretne internetowe duszpasterstwo budzi mój niesmak i wątpliwości. Teraz okazuje się, że jej lider ks. Teodor ma kłopoty prawne czy dyscyplinarne. Nie znam szczegółów i nie chcę się na ich temat wypowiadać, zwłaszcza gdy źródłem jest „Gazeta Wyborcza” – stwierdza w artykule dyskusyjnym dr hab. Zdzisława Kobylińska, pracownik Katedry Komunikacji Społecznej i Mediów Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
Mój tekst w żadnym stopniu nie dotyczy aktualnych spekulacji związanych z liderem kanału, lecz samego projektu, który obserwowałam i który wywołuje we mnie zażenowanie od kilku lat. Obecnie (wreszcie!) specjalna komisja powołana przez Kurię we Wrocławiu, analizuje go i bada jego kontent. Dziwię się, że tak późno, że nikt wcześniej nie zainteresował się tym rodzajem „ewangelizowania”. Osobiście zwróciłam się ze swoimi uwagami do ks. Teodora w 2024. Wówczas jednak zbył mnie pobożnie „pomocnik księdza”, tak siebie ten ktoś określił, życząc mi „dobrego dnia z Jezusem i Maryją”. A ja podjęłam naprawdę ważną kwestię internetowego błogosławieństwa ks. Teodora po niestosownej marketingowej zachęcie wpisywania w komentarzach słowa „błogosławieństwo”, aby to błogosławieństwo otrzymać. Jakby bez tego wpisu owo błogosławieństwo było mniej ważne czy wartościowe. Ale po kolei…
Czym jest Teobańkologia?
To jeden z największych projektów religijnych funkcjonujących dziś w polskiej przestrzeni internetowej. Działa równolegle na kilku głównych platformach społecznościowych i gromadzi społeczność liczoną w setkach tysięcy odbiorców. Na Facebooku oficjalną stronę projektu obserwuje około 615 tysięcy kont użytkowników. Na YouTubie kanał subskrybuje około 644 tysiące internautów, a na Instagramie profil śledzi ponad 103 tysiące osób. Już sama suma tych trzech kanałów daje ponad 1,36 miliona kont pozostających w stałym kontakcie z publikowanymi treściami.
Projekt ma też „planetę” osobnych, prywatnych i pomocniczych profili: ks. Teodor prowadzi własne konto na Instagramie (@ksteodor) oraz osobny profil na Facebooku. To ważne, bo pokazuje, że mamy do czynienia nie tylko z „projektem”, ale z całym tak zwanym ekosystemem komunikacyjnym, w którym osoba lidera i marka inicjatywy wzajemnie się wzmacniają.
Za Teobańkologią stoi wspomniany ks. Teodor Sawielewicz, kapłan archidiecezji wrocławskiej, jak określa siebie „pasterz Teobańkologii”. W swoich publicznych wypowiedziach podkreśla, że obecność w Internecie traktuje jako formę nowej ewangelizacji i odpowiedź na potrzeby ludzi, którzy są daleko od Kościoła instytucjonalnego, zranieni, samotni lub nieuczestniczący w życiu parafialnym. Internet – według tej narracji – ma być dla nich „pierwszym krokiem”, przestrzenią modlitwy i duchowego towarzyszenia.
Problem w tym, że w praktyce Teobańkologia nie funkcjonuje wyłącznie jako „pierwszy krok” prowadzący do Kościoła lokalnego, a tego bym oczekiwała od tego typu inicjatyw, lecz bywa odbierana jako zamknięta struktura duchowa, skoncentrowana niemal wyłącznie wokół jednego projektu i jednej osoby. Czy jest nią Jezus Chrystus? Nie. Jest nią ks. Teodor. Centralnym elementem przedsięwzięcia są regularne transmisje modlitewne online, podczas których odbiorcy są zachęcani do masowego reagowania i komentowania. Charakterystyczne wezwania – „napisz Amen”, „napisz TAK, jeśli chcesz błogosławieństwa” lub „przyjmuję błogosławieństwo”, „napisz Zdrowaś Maryjo”, „błogosławieństwo” – powtarzają się niemal rytualnie, generując mnóstwo powtórzeń pod jednym materiałem.
W sensie religijnym może to wyglądać jak wspólna modlitwa. I tak to pewnie mnóstwo osób odbiera te treści, ponieważ wiele z nich, wydaje się na podstawie komentarzy, są to internauci o nieskomplikowanych procesach myślowych i duchowo ufni wobec kapłana. Natomiast w sensie społecznym i medialnym są to mechanizmy intensywnego wzmacniania zaangażowania, które karmią algorytmy platform: im więcej reakcji i komentarzy, tym większa widoczność transmisji, tym większy zasięg, tym silniejsze utrwalenie pozycji lidera jako centralnej figury duchowej dla bardzo licznej grupy ludzi. W praktyce „Amen”, czy inna pobożna treść staje się więc nie tylko słowem modlitwy, lecz również obiektywnie, powiedzmy to otwarcie – narzędziem dystrybucji, czemu sprzeciwiłam się w moim liście wysłanym do ks. Teodora. Używanie instrumentalnie modlitwy czy udzielanego błogosławieństwa do ewidentnego robienia zasięgów, odmawiany różaniec przerywany reklamami jest dla mnie czymś wyjątkowo nagannym, paskudnym, niegodnym i przeciw temu zdecydowanie zaprotestowałam.
Na czym konkretnie polega ta instrumentalizacja przekazu treści duchowych? Do czego służą ci ludzie ze społeczności, ich komentarze, lajki, reakcje? Otóż nie bez znaczenia, i bardzo mnie to też boli, jest właśnie wymiar ekonomiczny całego projektu. Społeczność liczona w setkach tysięcy na poszczególnych platformach to realny kapitał medialny. Nawet jeśli przekaz jest religijny, a intencja ewangelizacyjna deklarowana, to sama skala obecności w mediach społecznościowych rodzi pytania o monetyzację i o to, jakie mechanizmy finansowe mogą wspierać projekt (YouTube, darowizny, zbiórki, patronaty, sprzedaż treści i produktów). Łączenie i nadużywanie treści religijnych, bazujące równocześnie na naiwności członków, z nachalnym i nagannym marketingiem Teobańkologii jest dla mnie nie do zaakceptowania. I właśnie dlatego Kościół, który ma naturalny obowiązek troski o dobro wiernych, o czystość przekazu ewangelicznego i modlitwy aktualnie pyta o przejrzystość działań kanału – bo tam, gdzie na styku jest duchowość, emocje, zasięg i pieniądze, niestety rośnie ryzyko nadużyć, nawet nieintencjonalnych.
Poza tym zauważyłam, że wokół ks. Sawielewicza bardzo wyraźnie wytworzył się także krąg emocjonalnej idealizacji, szczególnie widoczny w komentarzach. Powtarzają się w nich niemal identyczne określenia: „cudowny”, „wspaniały”, „jedyny”, „najlepszy”, „dobry”, „nasz ksiądz”, „najwspanialszy i najskromniejszy ksiądz na świecie”. Te wypowiedzi w absolutnej większości kobiet, to nie są pojedyncze gesty czy wyrazy sympatii, lecz masowy język adoracyjno-uwielbieniowy, który stopniowo przesuwa punkt odniesienia z Kościoła i sakramentów na osobę konkretnego kapłana. Notabene, nie dziwi mnie ten damski zachwyt, ponieważ ksiądz ma urodę hollywoodzkiego amanta, która może w paniach wzmacniać chęć do bycia w tej społeczności. Tylko że w tym momencie relacja duchowa może przyjmować cechy zależności emocjonalnej. Takie jest zagrożenie!
Chcę w tym miejscu podkreślić, to nie są moje zarzuty wobec każdej modlitwy online, kazania czy treści religijnych. Bardzo doceniam na przykład obecność w Internecie choćby o. Krzysztofa Pałysa OP, tylko opis ryzyka, które rośnie, im bardziej wspólnota staje się osobocentryczna.
Archidiecezja wrocławska, reagując na skalę projektu i debatę publiczną, powołała Komisję ds. zbadania funkcjonowania Fundacji Teobańkologia – z zadaniem sprawdzenia jej działania, transaprentności i zasad współpracy z Kościołem, przyjrzenia się także organizacyjnemu i finansowo-instytucjonalnemu wymiarowi przedsięwzięcia. Co więcej, w oficjalnych komunikatach wskazano wprost, że „wszelkie merytoryczne uwagi i zgłoszenia dotyczące działania fundacji” można kierować do komisji na dedykowany adres mailowy – czyli archidiecezja zachęca osoby, które mają wątpliwości lub informacje, do zgłaszania ich.
I teraz pojawia się to, co w związku z tą sytuacją jest najciekawsze – reakcja części społeczności. W wielu komentarzach (zwłaszcza ostatrnio w gorących momentach medialnych) pojawiła się żarliwa obrona lidera Teobańkologii i zalążek projektowania konfliktu „my – oni”: „Kościół instytucjonalny” kontra „prawdziwa duchowość”, biskup i Kuria kontra „cudowny ksiądz”. Są głosy kwestionujące sens dociekań Kurii, oskarżenia o „atak” czy „nagonkę”. To właśnie ten odruch – odruch obrony osoby przed instytucją – zwracam na to uwagę, bywa sygnałem, że więź z liderem stała się silniejsza niż więź z Kościołem jako wspólnotą. I to jest dla Kościoła problem duszpasterski, nawet nie medialny, ponieważ dotyka zaufania, lojalności, rozeznania i rozumienia autorytetu, jakim powinien być Kościół.
Sprawa Teobańkologii nie jest więc wyłącznie „sporem o Internet”. Jest otwartym pytaniem, zwłaszcza po serii tego typu spraw związanych z nadużyciami, dla całego Kościoła w Polsce – jak prowadzić umiejętnie ewangelizację w mediach społecznościowych, nie tworząc „kościołów równoległych”, jak budować wspólnotę bez kultu osoby, jak odróżnić modlitwę od mechaniki algorytmów, jak chronić ludzi w relacjach duchowych, zwłaszcza gdy odbywają się one poza normalnym kontekstem parafialnym i bez naturalnych zabezpieczeń. I wreszcie, jak zadawać trudne pytania, nie niszcząc dobra, ale też nie uciekając w milczenie.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

