Drukuj Powrót do artykułu

Dziękuję Bogu, że jestem tenorem

20 października 2012 | 10:34 | pb / br Ⓒ Ⓟ

Dziękuję Bogu, że jestem tenorem i śpiewam repertuar, który kocham – mówi brazylijski śpiewak operowy Thiago Arancam. Od 23 października wcieli się w postać Kawalera Des Grieux w operze „Manon Lescaut” Giacomo Pucciniego na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie.

W rozmowie z KAI artysta przekonuje, że „opera jest dla wszystkich”. Opowiada także o swej współpracy ze słynnym Plácido Domingo, dzięki któremu rozpoczął swą światową karierę.

KAI: Czy śpiewanie w operze jest realizacją marzeń z Pańskiego dzieciństwa?

– Zacząłem śpiewać w szkolnym chórze w moim rodzinnym mieście São Paulo, gdy miałem sześć lat. Wszedłem wówczas do nowego dla mnie świata muzyki. Z czasem śpiew stał się moją fascynacją. Zacząłem dowiadywać się więcej o muzyce. W dziecięcym chórze śpiewaliśmy m.in. słynne „Va, pensiero” z opery „Nabucco” Verdiego. Dzięki temu utworowi zainteresowałem się operą, która rzeczywiście stała się moim marzeniem. Chciałem śpiewać jak Plácido Domingo, Luciano Pavarotti, Franco Corelli i inni wielcy artyści, poznawałem ich twórczość. Zacząłem iść w tym kierunku, by swe marzenie zrealizować.

KAI: Ale w Brazylii nie ma chyba zbyt wielkich tradycji operowych?

– Mieliśmy takie tradycje czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu. Przyjeżdżali do nas wielcy śpiewacy, tacy jak Maria Callas i Mario del Monaco, wielcy dyrygenci, wielkie orkiestry. Teraz te tradycje wygasły. Mamy trzy, cztery produkcje każdego roku. Są za to przepiękne teatry operowe w Rio de Janeiro, São Paulo, Manaus.

KAI: Po szkole i studiach muzycznych w swojej ojczyźnie, jako pierwszy Brazylijczyk został Pan przyjęty do Akademii Teatru La Scala w Mediolanie. Czego się Pan tam nauczył?

– To jest kurs mistrzowski. Jedzie się tam, by rozwinąć już posiadane umiejętności wokalne przed występami scenicznymi. La Scala to miejsce wielkich tradycji operowych. Śpiewali tam najwybitniejsi artyści w historii. Odbyły się tam prapremiery niemal wszystkich najważniejszych oper. Wciąż jest tą jedyną na świecie mediolańską La Scalą!

KAI: Gdy jednak śledzi się w mediach wiadomości ze świata opery, to najczęściej spotyka się tam informacje o przedstawieniach realizowanych w Stanach Zjednoczonych…

– …bo tam bardzo dobrze wystawia się opery, z wielkim szacunkiem dla artystów! Pracuję w USA niemal sześć miesięcy w roku. Tamtejsze produkcje są bardzo dobrze zorganizowane, precyzyjne, bardziej tradycyjne. Publiczność chętnie je ogląda, bo dzięki nim widzi, czym w istocie jest opera. Dlatego tyle się o nich mówi. Co więcej, tam się w operę inwestuje, przygotowując nową publiczność, tłumacząc dzieciom czym jest opera, zapraszając je na próby. Nauczyciele wcześniej wyjaśniają im treść opery, gdy więc przychodzą do teatru, rozumieją, co się dzieje na scenie. Przychodzą potem za kulisy, by zrobić sobie zdjęcie ze śpiewakami, po kilku miesiącach przysyłają listy i rysunki postaci scenicznych… Przeżywają te spektakle. Jedno z dzieci w San Francisco zapytane, który moment mu się najbardziej podobał, odpowiedziało: „Gdy Don José zabił Carmen. Zasłużyła na to!”.

KAI: Zapewne „zabił” Pan wtedy swą partnerkę w bardzo ekspresyjny sposób?

– Najwyraźniej!

KAI: W 2008 roku został Pan laureatem konkursu Operalia. Nagrody odbierał Pan z rąk samego Plácido Domingo. Jaki wpływ miał ten sukces na Pańską operową przyszłość?

– To była trampolina do kariery. Operalia są najważniejszym konkursem śpiewaczym na świecie. Jego poziom jest niezwykle wysoki. Co roku występują tam wspaniali śpiewacy, konkurencja jest więc ostra. Zdobyłem tam trzy nagrody, m.in. za wykonanie bardzo trudnej arii „Torna ai felici dì” z opery „Willidy” Pucciniego, dzięki którym otworzył się przede mną świat.

Nie wszyscy wiedzą, ale to właśnie Plácido Domingo jako pierwszy dał mi szansę. Zaufał mi już pół roku przed Operaliami!

KAI: Dlaczego?

– Na początku 2008 roku, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, udało mi się dostać do niego na przesłuchanie w Walencji. Zaśpiewałem arie z „Carmen” Bizeta i „Toski” Verdiego. Wówczas Plácido zauważył w moim dossier, że zaledwie kilka tygodni wcześniej debiutowałem jako Roberto w „Willidach” w Mantui i Novarze we Włoszech. Znał tę rolę bardzo dobrze i był ciekaw, jak zaśpiewam arię „Torna ai felici dì”, co z przyjemnością zrobiłem. Moje wykonanie musiało mu się spodobać, bo zaraz po przesłuchaniu zaangażował mnie do partii Don Josego w „Carmen” w operze w Waszyngtonie. Zachęcił mnie też do wzięcia udziału w Operaliach i zasugerował, że powinienem zaśpiewać właśnie arię z „Willid”.

Maestro Domingo wierzy w młodych śpiewaków. Inwestuje w nich i pomaga znaleźć swe miejsce w tym trudnym świecie, jakim jest opera. Zawsze będę mu wdzięczny za tę nieprawdopodobną szansę, jaką mi dał, gdy jeszcze nikt nie znał mojego nazwiska.

KAI: Nadal ze sobą współpracujecie?

– Tak. Śpiewamy w operze „Cyrano de Bergerac” Alfano. Doświadczony i młody tenor razem na jednej scenie – to wspaniałe uczucie. Z kolei w „Madame Butterfly” Pucciniego ja śpiewam, a Plácido dyryguje. Są też wspólne koncerty.

KAI: Pański głos czasem przypomina głos Plácido Domingo…

– Może tak być, zwłaszcza gdy chodzi o ciepłą barwę głosu, czasem o ekspresję śpiewu, akcentowanie słów, interpretację. Bardzo przyjemnie jest przypominać Plácido Domingo…

KAI: …ale jeszcze milej jest być oryginalnym!

– Oczywiście. Staram się o to za każdym razem. Lubię słuchać jak inni tenorzy wykonują dany utwór, a potem pójść własną drogą.

KAI: Kogo najczęściej Pan słucha? Którzy są Panu najbliżsi?

– Franco Corelli, Mario del Monaco, Plácido Domingo.

KAI: A spośród młodszych?

– Cenię Roberto Alagnę, Marcelo Álvareza…

KAI: Zna Pan jakichś polskich śpiewaków?

– Mam jedną polską przyjaciółkę: Małgorzatę Walewską. Śpiewaliśmy razem w „Aidzie” Verdiego.

KAI: W wieku trzydziestu lat ma Pan już znaczny repertuar: kilkanaście oper, głównie dziewiętnastowiecznych kompozytorów…

– Śpiewałem w piętnastu operach, dziesięć kolejnych przygotowuję.

KAI: Występuje Pan dosyć często. Czy nie nadweręża to Pańskiego głosu?

– Nie, bo umiem respektować moje uwarunkowania fizyczne i wokalne. Mam bardzo ścisły harmonogram, w którym jest czas śpiewania i czas relaksu, czas przygotowywania roli i jej wykonania. Czuwa nad tym mój trener wokalny Vincenzo Manno, który jest ze mną od czasu Akademii La Scali. Jeździ ze mną po świecie, kontroluje, przygotowuje, uczy.

Teraz w Warszawie przygotowuję całą operę – „Manon Lescaut” Pucciniego. Przez trzy, cztery tygodnie prób nie śpiewam, bo nie ma takiej potrzeby, tylko markuję śpiew. Oszczędzam w ten sposób głos.

KAI: Odnoszę wrażenie, że specjalizuje się Pan w dwóch rolach: Cavaradossiego w „Tosce” i Don Josego w „Carmen”.

– Nie tyle się specjalizuję, ile jestem o te dwie role najczęściej proszony.

KAI: Ale przynajmniej lubi je Pan?

– Lubię cały swój repertuar, bo są w nim utwory, których wykonywanie jest marzeniem każdego tenora. Śpiewam ten repertuar całym sercem. Staram się za każdym razem coś poprawić, czegoś nowego się nauczyć, a przede wszystkim daję z siebie to, co najlepsze. Dziękuję Bogu, że jestem tenorem i śpiewam repertuar, który kocham.

KAI: Które z ról dają Panu największą artystyczną satysfakcję?

– Każda daje coś szczególnego. Tym bardziej, że te sceniczne postacie są tak bardzo różne: romantyczne, szalone, niemądre, wybuchowe… Każda wymaga innej koncepcji postaci. Trudno powiedzieć powiedzieć, że któraś jest lepsza od innych.

KAI: Bardzo często Pańskie występy kończą się owacją na stojąco. Sam byłem tego świadkiem dwa lata temu w Warszawie, a w tym roku w Sztokholmie. Krytycy nie szczędzą pochwał, podkreślając zwłaszcza siłę głosu, dramatyzm aktorstwa i emocjonalne napięcie. Osiągnął to Pan w tak młodym wieku!

– To dla mnie zaszczyt. Śpiewam dla publiczności. Jeśli przyjmuje mnie owacją na stojąco, wtedy jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo to znaczy, że odebrała to, co chciałem jej przekazać. Jestem bardzo wdzięczny i oczywiście podekscytowany. Stymuluje mnie to do dalszej pracy.

Nie wszyscy krytycy mnie chwalą. Ale mnie bardziej zależy na tym, żeby moją sztukę zaakceptowała publiczność.

KAI: Nagrał Pan dotychczas zaledwie jedną płytę. Czy możemy spodziewać się kolejnych?

– Płytę nagrałem, gdy miałem dwadzieścia lat. Od tamtej pory mój głos się zmienił. Są już pewne plany, otrzymałem pewne propozycje i mam nadzieję, że wkrótce dojdzie do ich realizacji.

KAI: Zazwyczaj artyści śpiewają przez wiele sezonów w jednym teatrze operowym. A Pan niemal co miesiąc występuje w innej części świata. Czy jest to dobre dla wokalnego rozwoju?

– Mam to szczęście, że mogę podróżować razem z moim trenerem wokalnym, dzięki czemu mogę rozwijać swój śpiew, gdziekolwiek jestem. Dobrze jest jeździć po świecie, bo spotyka się nowych kolegów – śpiewaków, dyrygentów, dyrektorów, nową kulturę. Wszystko to pomaga w osobistym rozwoju. Oczywiście nie zawsze jest miło być z dala od domu, rodziny, przyjaciół. Są więc dobre i złe strony.

KAI: Panuje opinia, że w pewnym momencie opera skostniała, weszła w stan stagnacji, przez co przestała być popularna. Do życia przywróciły ją słynne koncerty trzech tenorów: Luciano Pavarottiego, Plácido Domingo i José Carrerasa. Dziś mamy nowe pokolenie śpiewaków i reżyserów, którzy starają się unowocześnić operę, zapewnić widzom nie tylko dobry śpiew, ale także dobre aktorstwo. Jak się Pan czuje w tego typu produkcjach?

– To delikatna kwestia. Osobiście wolę bardziej tradycyjne podejście do opery, bo w swoim wnętrzu jestem tradycjonalistą. Co nie znaczy, że sprzeciwiam się czy zwalczam nowe interpretacje oper. Moje wątpliwości budzą tylko te bardzo radykalne. Czasem w operach jest mowa o konkretnych wydarzeniach historycznych – np. „w Tosce” o bitwie pod Marengo i Napoleonie – i ciężko byłoby tu dokonać jakiejś reinterpretacji. Ale możliwe jest stworzenie nowoczesnego przedstawienia, które jednocześnie szanuje ducha danej opery. Dobrym przykładem jest niedawne wystawienie „Toski” w Tokio. Inscenizacja była bardzo esencjonalna, wszystko tonęło w bieli, ale respektowano libretto. Przedstawienie było inne, nowe, ale wciąż była to ta sama opera.

KAI: Wciąż mam w pamięci Pavarottiego, który był niezwykłym śpiewakiem, ale na scenie właściwie stał niemal nieruchomo. Sprawiał przez to wrażenie, jakby niezupełnie wszedł w rolę.

– Nie widziałem go nigdy na żywo na scenie. Pewnie przeszkadzała mu postura. Ale głos miał wspaniały! Dziś ważne jest, by w śpiewak operowy był także sprawny aktorsko. To dobrze, ale pod warunkiem, że nie przeszkadza mu to w śpiewaniu. Nie zapominajmy, że w operze chodzi przede wszystkim o muzykę! Aktorstwo i nowoczesna inscenizacja są dobre, o ile szanują samą operę i pozwalają śpiewakowi śpiewać. Opery takie jak „Manon Lescaut” czy „Aida” są żywymi dziełami sztuki, granymi od stu lat. Czy ktoś przemalowuje stuletni obraz Picassa, żeby go „unowocześnić”?

KAI: Ale jako widz cieszę się, że nie ma już takich sytuacji, gdy młody tenor wyznaje miłość pięćdziesięcioparoletniej sopranistce o przeobfitych kształtach…

– Czasem się to jeszcze zdarza, bo zazwyczaj soprany później zaczynają karierę. Ale przeważnie mam szczęście i partneruje mi nie tylko młoda, ale i piękna sopranistka. Tak też jest teraz w Teatrze Wielkim w Warszawie, gdzie moją partnerką w „Manon Lescaut” będzie Amanda Echalaz z Republiki Południowej Afryki.

KAI: Gdyby miał Pan podać listę współczesnych trzech tenorów, kto by się na niej znalazł?

– To niemożliwe! Tak samo jak w piłce nożnej nie da się wskazać nowego Pelé czy nowego Maradony, a w wyścigach Formuły 1 nowego Michaela Schumachera czy nowego Ayrtona Senny. Każdy jest inny.

KAI: W ostatnich latach pojawiło się wielu bardzo dobrych tenorów z Ameryki Łacińskiej, choćby Rolando Villazón z Meksyku czy Juan Diego Flórez z Peru. Czemu można przypisać to nowe zjawisko w świecie opery?

– To wynik wpływów europejskiej kultury w Ameryce Południowej. Cieszę się z tego, bo jest to nowy sposób ponownego wprowadzenia opery do tej części świata. Dzięki wzrostowi poziomu życia, podróżom do Europy i internetowi coraz więcej ludzi ma łatwiejszy niż kiedyś dostęp do opery i w ogóle do kultury muzycznej. Gdy jadę do Brazylii, występuję w telewizji, żeby pokazać, że opera jest dla wszystkich, nie tylko dla bogatych elit. Jest łatwa do zrozumienia. Nie musisz nawet znać języka, w którym jest śpiewana, wystarczy, że czujesz muzykę. U Pucciniego wszystko jest oczywiste, nie trzeba rozumieć konkretnych słów. Zresztą niemal wszędzie są teraz napisy nad sceną z tłumaczeniem libretta.

KAI: Po raz drugi będzie Pan występował na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie. Za pierwszym razem śpiewał Pan w „Carmen” z dużym sukcesem, czego wyrazem były owacje na stojąco.

– Mam nadzieję, że teraz podobnie zostanie przyjęta „Manon Lescaut”. Będzie to bardzo kontrowersyjna, choć interesująca wersja tej opery. Jestem tu, by jak najlepiej zaśpiewać, będąc wiernym muzyce i sensowi słów. Wykorzystuję też to, czego nauczyłem się o postaci Kawalera des Grieux w innych inscenizacjach „Manon Lescaut”, w których brałem udział. Przyjmuję wskazówki reżysera, bardzo dobrego, którym jest Mariusz Treliński. Inne rzeczy nie zależą ode mnie. Dyrygenta orkiestry, Patricka Fournilliera z Francji, dobrze znam, bo pracowałem razem z nim i z Plácido Domingo. Chór Teatru Wielkiego jest zdumiewający. Publiczność nas oceni. Na razie próbujemy przez siedem, osiem godzin dziennie od poniedziałku do soboty.

KAI: „Manon Lescaut” nie jest zbyt często wystawiana w Polsce, więc ciąży na Panu wielka odpowiedzialność, by nas zachwycić tą operą. W dodatku partia Kawalera des Grieux uchodzi za jedną z najtrudniejszych ról operowych dla tenora.

– Rzeczywiście, nie jest łatwa, trzeba naprawdę wiedzieć jak ją śpiewać: być odprężonym, pozwolić nieść się muzyce, a jednocześnie cały czas zachować koncentrację. Ale jest to wspaniała opera ze znakomitą muzyką. Mógł ją skomponować tylko taki fantastyczny geniusz jak Puccini. Tworząc ją dokładnie wiedział, co chce osiągnąć.

KAI: Czy wróci Pan jeszcze kiedyś do Warszawy, by zaśpiewać w kolejnych operach?

– Mam nadzieję, że niedługo tu wrócę. Lubię tu występować. Mam miłe wspomnienia sprzed dwóch lat, gdy śpiewałem w „Carmen” i publiczność bardzo dobrze mnie przyjęła. Dlatego chętnie przyjechałem, by zaśpiewać w „Manon Lescaut”. Sam Teatr Wielki jest wspaniały, a jego scena ogromna, największa w Europie!

KAI: A może zaśpiewałby Pan w polskiej operze „Halka” Moniuszki? Partia Jontka jest wprost stworzona dla Pańskiego głosu!

– Dlaczego nie? Znam już kilka słów po polsku: „Dzień dobry”, „Dziękuję”, „Tak”, „Niegazowana”…

Rozmawiał Paweł Bieliński

Thiago Arancam (urodzony w 1982 r. w São Paulo) ukończył w 2007 r. Akademię Teatru La Scala. Rok później zdobył trzy nagrody na najważniejszym konkursie śpiewaczym Operalia. Zadebiutował na koncercie w La Scali w 2005 r. Jego debiutem operowym była rola Roberta w operze „Willidy” Giacomo Pucciniego w Nowarze i Mantui. Od 2008 r. śpiewa w USA, współpracując z Plácido Domingo. Często występuje w europejskich teatrach operowych, m.in. w 2010 r. w partii Don Josego w „Carmen” Georgesa Bizeta w Teatrze Wielkim w Warszawie. W 2004 r. wydał płytę „Arias”. Więcej na jego temat: www.thiagoarancam.com, www.youtube.com/user/arancam.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.