Islandia mówi „nie” UE – katolicki kapłan o referendum
31 sierpnia 2026 | 20:18 | tom | Reykjavík Ⓒ Ⓟ
Fot. Christine SeussDla jedynego niemieckiego księdza sprawującego posługę na Islandii wynik „nie” nie jest zaskoczeniem i nie uważa go też za katastrofę. „Uważam jednak, że przy obecnym wyniku łatwiej będzie budować mosty niż w przypadku zwycięstwa zwolenników `tak`” – powiedział ks. Jürgen Elí Jamin w niedzielę w Akureyri w wywiadzie dla portalu Vatican News. Ks. Jamin pochodzi z Dolnego Renu, ale od dłuższego czasu pracuje na Islandii i przyjął tam obywatelstwo; dzięki temu mógł w sobotę wziąć udział w referendum. W miniony weekend 52,8 proc. Islandczyków opowiedziało się przeciwko wznowieniu rozmów akcesyjnych z Unią Europejską.
Vatican News: Referendum na Islandii pokazało, jak bardzo społeczeństwo jest podzielone w tej kwestii: nieco ponad 50 procent głosujących opowiedziało się przeciwko wznowieniu negocjacji akcesyjnych. W jakim stopniu wynik ten odzwierciedla podziały społeczne na Islandii, a może nawet je pogłębia? I co teraz należy zrobić, aby zachować jedność narodową na Islandii?
Ks. Jürgen Elí Jamin: Myślę, że aby to zrozumieć, trzeba trochę poznać islandzką duszę narodową; Islandia jest przecież samodzielnym, niepodległym państwem dopiero od 1944 roku, a wcześniej przez wieki była kolonią Danii. W 1918 roku powstało Królestwo Islandii, na czele którego stał król duński. Wówczas zawarto z Danią 25-letni traktat, który miał zostać zrewidowany lub renegocjowany w 1943 roku, nie było to jednak możliwe, ponieważ Dania była okupowana przez wojska niemieckie, a król nie mógł pełnić swoich konstytucyjnych funkcji. W związku z tym Islandczycy stwierdzili: No dobrze, w takim razie musimy teraz podjąć decyzję samodzielnie, można powiedzieć, że jednostronnie. I ponad 90 proc. głosujących opowiedziało się za republiką.
Cóż, bardzo późno uzyskali niepodległość i suwerenność, i sądzę, że właśnie to stanowi tło dla obecnego wyniku. Z jednej strony czują się częścią świata zachodniego, a także europejskiej wspólnoty wartości, z drugiej jednak strony chcą po prostu zachować swoją niezależność. Uważam jednak, że przy obecnym wyniku łatwiej będzie budować mosty niż w przypadku zwycięstwa zwolenników „tak”, ponieważ obóz przeciwników był bardziej „bojowy” niż zwolenników. Teraz to oni wygrali, ale mam wrażenie, że mimo to łatwiej będzie przezwyciężyć podziały niż gdyby obóz przeciwników poniósł porażkę. Oni bowiem nigdy by się nie poddali! A to referendum byłoby tylko pierwszym krokiem: potem nastąpiłyby negocjacje, a następnie musiałoby odbyć się drugie referendum i nowe wybory, ponieważ konieczna byłaby zmiana konstytucji. Byłby to bardzo długi proces i w końcu nie byłoby pewności, czy wynik drugiego referendum również byłby pozytywny.
Na razie sprawa została odłożona na bok – wszystko przebiega tak jak dotychczas. Islandia należy przecież już do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, wraz z Norwegią i Liechtensteinem; jesteśmy więc w dużej mierze powiązani ze Unią Europejską i strefą Schengen, więc nie zamierzamy się z nich wycofywać, a kwestia ta nie podlega dyskusji.
W debacie poruszono przede wszystkim kwestię suwerenności narodowej, o czym Ksiądz wspomniał, ale także zasoby rybne. Jak Kościół postrzega ten konflikt między niezależnością narodową a europejską solidarnością?
Kościół katolicki jest podmiotem o zasięgu globalnym i jest obecny we wszystkich krajach świata. Jednocześnie, gdy jest obecny w danym kraju, stanowi Kościół lokalny. W ten sposób Kościół sam znajduje się niejako w pewnym punkcie napięcia: z jednej strony jest Kościołem lokalnym tutaj, na Islandii, ale jednocześnie stanowi część powszechnej wspólnoty katolickiej. Staramy się tak właśnie żyć. Zachęcamy imigrantów, aby naprawdę zintegrowali się tutaj i nauczyli się języka, nie zaprzeczając jednak własnemu pochodzeniu. O ile mi wiadomo, Kościół zawsze kładł nacisk na obie te kwestie: szanowanie suwerenności danego kraju i jednoczesne postrzeganie siebie jako członka międzynarodowej wspólnoty.
Wróćmy jeszcze raz do referendum. Czy mógłby Ksiądz nam wyjaśnić, dlaczego akurat w Reykjaviku przeważyły głosy „za”, a na obszarach wiejskich raczej głosy „przeciw”?
Nie jest to koniecznie zjawisko typowo islandzkie, ale można je zaobserwować w wielu krajach: stolica myśli inaczej niż reszta kraju. Wiele stolic jest bardziej nowoczesnych, zorientowanych na świat, podczas gdy na prowincji tradycje są oczywiście znacznie głębiej zakorzenione lub rolnictwo odgrywa większą rolę. Zauważyłem to od razu tej nocy, kiedy rzuciłem okiem na telefon: prawie sześćdziesiąt procent poparcia w stolicy, ale w pozostałych częściach kraju już nie.
Czego Kościół może się nauczyć z decyzji Islandczyków w czasach, gdy mamy do czynienia z wojną, niepewnością społeczną i gospodarczą oraz kwestiami tożsamości?
Po pierwsze, co najważniejsze: demokracja działa! I właśnie to było celem rządu, gdy zainicjował to głosowanie i referendum: chcemy dać ludziom możliwość wypowiedzenia się. Nie chodzi o to, by rząd po prostu podjął decyzję, a potem rozpoczęły się negocjacje akcesyjne, jak to zazwyczaj ma miejsce w niemal wszystkich innych krajach, a dopiero później odbyło się referendum. Nie, oni chcieli przeprowadzić referendum na samym początku.
A więc demokracja działa. Wynik jest niewielką przewagą, ale jest to wynik i musimy się z tym pogodzić. Powtórzę: uważam, że Islandczycy nie opowiedzieli się przeciwko Europie. Każde dziecko wie o tym i uczy się tego w szkole, że jesteśmy częścią Europy, a z geograficznego punktu widzenia, również częścią Ameryki. Uważam, że pytanie, które wszyscy w Europie musimy sobie zadać, brzmi: czy Unia Europejska w obecnej postaci jest tą wspólnotą, której pragnęli jej założyciele, czyli luźnym związkiem państw? Przecież prawdziwym celem utworzenia EWG (Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej) było uniemożliwienie wybuchu wojny w Europie. Był to projekt pokojowy, a nie tylko system gospodarczy – projekt pokojowy oparty na polityce gospodarczej, czyli Wspólnota Węgla i Stali między Francją a Niemcami. Aby fabryki zbrojeniowe w Zagłębiu Ruhry nie pozostawały już wyłącznie w rękach niemieckich. Generał de Gaulle zawsze mówił o „Europie ojczyzn”, ale Europa wciąż nie wyjaśniła tej kwestii. Dokąd zmierzamy, państwo federalne czy konfederacja państw?”
Jaką rolę widzi Ksiądz dla Kościoła w tej złożonej sytuacji?
Nie ma jednej doktryny, która byłaby za lub przeciw; istnieją dobre argumenty za obiema opcjami. Uważam też, że Kościół, a raczej biskupi jako jego rzecznicy, powinni trzymać się z dala od tych bieżących kwestii politycznych i nie wykorzystywać autorytetu Kościoła do ogłaszania decyzji w tym czy innym kierunku jako, że tak powiem, wiążącej. Nie, zasadniczo istnieją dobre argumenty przemawiające za obiema opcjami. Uważam jednak, że Kościół powinien wspierać ten projekt pokoju, jakim jest Unia Europejska, zgodnie z zamysłem z czasów po II wojnie światowej. Nieprzypadkowo wielcy ojcowie założyciele, Schuman i Adenauer, byli praktykującymi katolikami. Wystarczy przypomnieć sobie tę wielką scenę między de Gaulle’em a Adenauerem w katedrze w Reims, gdzie świętowali pojednanie między Francją a Niemcami. To nie jest tylko polityka symboliczna – oni naprawdę tak uważali.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

