Ks. Kryża: Ukraińcy najczęściej mówią Polakom – Dziękuję!
15 lutego 2026 | 04:12 | Krzysztof Tomasik | Warszawa Ⓒ Ⓟ
Fot. Leszek Kryża„Naszym głównym zadaniem obok pomocy materialnej, za którą Ukraińcy są naprawdę bardzo wdzięczni, jest to, żebyśmy nie zapomnieli, o codziennej empatii. Staram się zrozumieć wszystkie historyczne zaszłości pomiędzy naszymi narodami. W rozmowach tam na miejscu te kwestie nie są poruszane, ale słowa które najczęściej słyszę skierowane w stronę Polski i Polaków to: Dziękuję, dziękuję, dziękuję!” – mówi ks. Leszek Kryża TChr. Dyrektor Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie Konferencji Episkopatu Polski w rozmowie z KAI wraża m.in. podziw dla wielu kapłanów, zakonników i zakonnic z Polski, którzy pozostali w Ukrainie i pod alarmami, wybuchającymi dronami, rakietami robią wszystko, żeby towarzyszyć, wspierać i pomagać ludziom.
Krzysztof Tomasik (KAI): Księże Leszku to była kolejna misja z pomocą dla Ukrainy. W ciągu czterech lat wojny, chyba jedna z najtrudniejszych. Ukraina pogrążona w katastrofie humanitarnej, szczególnie w Kijowie i innych miastach.
Ks. Leszek Kryża TChr: Ukraina przeżywa jeden z najtrudniejszych momentów wojny. Wróciłem kilka dni temu z Ukrainy i naprawdę było to rzeczywiście wyjątkowe doświadczenie, właśnie dlatego, że jest to czas najtrudniejszy w trwającej cztery lata wojnie. Wszyscy wiemy, że jest to czas, kiedy rzeczywiście warunki atmosferyczne są niezwykle trudne, temperatury spadają do nawet minus 25 stopni Celcjusza.
Byłem w Kijowie, gdzie prawie 90 proc. miasta, przede wszystkim największe osiedla, są pozbawiane przynajmniej czasowo elektryczności. Wyobraźmy sobie życie w 19-piętrowym wieżowcu, gdzie nie ma prądu, gdzie nie ma ogrzewania, gdzie nie działa winda. Ci, którzy są sprawni jakoś sobie radzą, ale dzieci, osoby starsze i niepełnosprawne – nie. I takie tam spotykałem. Są oni absolutnie uwięzieni w domu, gdzie temperatura wynosi 5 stopni Celcjusza. Spotkałem panią, która ma malutkie, dwuletnie dzieciątko i mieszka w wieżowcu-molochu. Z braku prądu elektrycznego wszystko w mieszkaniu nie działa i nie ma ogrzewania. Jedyne, co ją ratuje to gazowa butla turystyczna, którą umieściła w malutkiej kuchni, gdzie toczy się jej całe życie rodzinne. Tam śpi dziecko, tam je posiłki i odpoczywa. Jest to jedyne miejsce, gdzie można odrobinę pożyć w cieple. W takich realiach żyje tysiące ludzi. Przypomnijmy, że Kijów liczy prawie 4 mln mieszkańców.
Mimo tego ludzie starają się jakoś układać codzienne życie.

Oczywiście. Przede wszystkim zbudowała mnie ich solidarność i to, że mimo wszystko ludzie nie popadają w jakieś skrajne zwątpienie. Jest im trudno, oczywiście w takich warunkach pojawiają się konflikty, niesnaski i narzekania itp., ale nie odczuwało się jakiegoś załamania, marazmu, że to wszystko nie ma sensu. Widać na każdym kroku, że jednak ludziom zależy na przyszłości. Mało tego, nawet mówili, że dadzą radę to wszystko wytrzymać, mimo olbrzymich przeciwności, co naprawdę nie jest łatwe. Tutaj znowu muszę wspomnieć o zaangażowaniu Kościoła rzymsko i greko katolickiego. W wielu miejscach ustawiono punkty grzewcze, najczęściej są to namioty do których ciepło dostarczają nagrzewnice zasilane przez generatory. W środku jest ciepło, można napić się ciepłej herbaty czy zjeść posiłek. Miałem okazje odwiedzić taki punkt w Borodziance pod Kijowem, założony przez dominikańską Fundację św. Marcina De Porres, gdzie nie tylko można się ogrzać ale tez zjeść ciepły posiłek, porozmawiać z psychologiem, jest nawet kącik dla dzieci! Natomiast w centrum Kijowa w odzyskanym niedawno na 50 lat Kościele św. Mikołaja, ogrzewalnie Ojcowie Oblaci zorganizowali w podziemiach Kościoła. My jako Zespół też te inicjatywy wspieramy. Oczywiście inne Kościoły i organizacje, też podobne punkty utworzyły. Nam w Polsce trudno sobie to wyobrazić. Mamy na bieżąco ciepło, prąd elektryczny, wszystko funkcjonuje, więc jesteśmy oddaleni od takiej rzeczywistości. Jednak kiedy jest się tam na miejscu, to wszystko wygląda zupełnie inaczej.
Do tego dochodzą codzienne ataki rakiet i dronów.

Tak. Do tego jeszcze dochodzą nieustanne alarmy i zagrożenie. Na przykład dzisiaj idę do sklepu, to nie znaczy, że jutro do tego sklepu pójdę, bo może go nie być, albo może nie być mojego domu, z którego wyszedłem, albo mnie już nie będzie, gdy mój dom i ja w nim zniknie z powierzchni ziemi. Alarmy wyją w ciągu dnia i w ciągu nocy. Cały czas ostrzegają o tym, że naprawdę coś groźnego nadlatuje. Sam byłem świadkiem takich sytuacji, kiedy rozlegały się alarmy. Byliśmy akurat w sklepie, trzeba było go szybko opuścić i poczekać na odwołanie alarmu. Widać było na niebie jak nadlatuje dron. Na szczęście obrona przeciwlotnicza, która nieopodal miała swoje stanowisko go zestrzeliła i zagrożenie na chwilę minęło.
W takim klimacie ludzie muszą funkcjonować. Dla kogoś kto przyjeżdża z zewnątrz może to się wydawać trochę dziwne, kiedy jest się choćby w Kijowie, sklepy funkcjonują normalnie, są dobrze zaopatrzone, wszystko jest w pełnej iluminacji, oczywiście wtedy kiedy jest prąd, albo pracują generatory. Może się wydawać, że trochę to jedno jakby do drugiego nie pasuje.
Próbowałem na ten temat rozmawiać z ludźmi. Absolutna większość mówiła, jest to namiastka normalnego życia. Nie mogą wszyscy chować się tylko w schronach, nie mogą wszyscy siedzieć uzbrojeni w mundurach wojskowych. Z głębokim przekonaniem mówią, że muszą próbować normalnie funkcjonować. Dlatego same władze do tego zachęcają i starają się stwarzać do tego warunki. Dla mnie takim przykładem jest Charków, który jest miastem naprawdę czystym i zadbanym.
To kolejne miasto, które Ksiądz odwiedził…
Tak. Charków jest bez przerwy atakowany i jest czymś uderzającym jak sprawnie po każdym ataku natychmiast działają służby, wszystko jest posprzątane. Kiedy byłem tam w lecie, wychodząc na miasto nie mogłem się nadziwić pięknie zadbanym trawnikom, kwiatom i zieleni. I mógłby ktoś powiedzieć, jaka tutaj wojna, przecież tu nic o wojnie nie świadczy. Ale właśnie ludzie mówią, że dzięki temu mają chociaż namiastkę normalnego życia z całą świadomością tego, że to co dzisiaj pięknie wygląda, już jutro może tego zupełnie nie być. Taka jest ukraińska rzeczywistość czasu wojny. Myślę, że jest to ważne abyśmy to dostrzegali. Charków jest kolejnym miejscem, gdzie w trudnych warunkach i blisko linii frontu, owocnie działa tamtejszy Caritas Spes. Prowadzi ogrzewalnię świetlice dla dzieci i wiele innych tak bardzo potrzebnych ośrodków.
Potrzeba zwyczajnej ludzkiej empatii czego nam współczesnym, żyjącym w dobrobycie często brakuje…
Myślę, że moje wizyty w Ukrainie są taką lekcją empatii szczególnie dla mnie. Empatii, której Ukraińcy bardzo dzisiaj potrzebują. Zdaję sobie sprawę, że nasze wzajemne relacje są obciążone tragicznymi i nie do końca wyjaśnionymi zaszłościami a i dzisiejsze doświadczenia są różne i bardzo wielu ludzi różnie na to patrzy. Staram się to rozumieć, ale kiedy jest się tam, na miejscu, kiedy widzi się zwyczajnych ludzi, którzy są dotknięci naprawdę bardzo trudną sytuacją to taka optyka zupełnie inaczej wygląda.
Nawiążę do kolejnego miasta, które miałem okazję odwiedzić, do Zaporoża, znajdującego się zaledwie 15 km od linii frontu, stale doświadczanego przez działania wojenne. Nieustannie wyjął syreny, słychać wybuchy, a szczególnie w nocy można je nie tylko usłyszeć, ale nawet wyraźnie zobaczyć. Miałem okazję to widzieć z mojego okna, gdzie nocowałem przez dwie noce, widać było co chwilę błyski wybuchających dronów.
Tam też ludzie normalnie funkcjonują. Dla mnie znowu taką szkołą empatii była postawa miejscowego kościoła i parafii, będącej też Sanktuarium Boga Ojca, jedynego w całej Ukrainie. Piękne architektonicznie sanktuarium, prężnie działające od strony religijno-duchowej i duszpasterskiej. Przy sanktuarium cztery razy w tygodniu odbywa się dystrybucja żywności.

Bracia Albertyni z Polski prowadzą w Zaporożu ośrodek dla bezdomnych. Mają teraz około trzydziestu mężczyzn, którzy tam znaleźli schronienie. Przy schronisku zakonnicy otworzyli profesjonalną piekarnię i przy pomocy wolontariuszy pieką ponad 1200 wspaniale pachnących i smakujących cudownie bochenków chleba. Cztery razy w tygodniu, w pobliżu Sanktuarium Boga Ojca jest on rozdawany potrzebującym. Po raz kolejny miałem okazję być razem z braćmi przy dystrybucji chleba. Dla mnie było to wręcz szokujące. Było wtedy minus 15 stopni Celcjusza i w kolejce stanęło ok. 2 tys. Nie dziwiłbym się gdyby rozdawano jakieś obfite paczki, a był to tylko bochenek chleba, konserwa mięsna, ewentualnie lizak czy czekoladka dla dzieci. Dzieci ze swoimi mamami czy babciami w tej kolejce również stały. Rozmawiałem z ludźmi, pytając m. in. dlaczego tak licznie przybyli, przecież tu nic wielkiego nie ma, tym bardziej, że nieopodal jest sklep, w którym wszystko można kupić. Większość z nich odpowiadała pytaniem: ale za co? My mamy wybór, albo kupić lekarstwa, albo opłacić media, albo coś zjeść. Jeżeli jest okazja gdziekolwiek, cokolwiek dostać, to tam idziemy. Dlatego stoją po dwie, trzy godziny na mrozie w kolejce, żeby otrzymać bochenek chleba.
Kolejka była podzielona na trzy sektory. Pierwszy sektor to inwalidzi i ludzie najstarsi. Był to najprzykrzejszy widok, kiedy widziało się sporo ludzi o kulach, z laskami. Drugi sektor to kobiety z dziećmi, kobiety starsze i wreszcie trzeci sektor to osoby zdrowe, które nie mają możliwości kupienia sobie jedzenia. I tak za każdym razem dwa tysiące ludzi się przewija przez ten punkt pomocy.
Bracia albertyni, biskup Jan i wolontariusze naprawdę z wielką empatią pomagają ludziom. Oczywiście rozmawiałem z ludźmi w kolejce. Wszyscy naprawdę wyrażali ogromną wdzięczność dla Polaków i Kościoła w Polsce. Tym bardziej jest to ważne, ponieważ w kolejce stali ludzie wierzący, niewierzący, prawosławni, katolicy, grekokatolicy oraz innych wyznań i religii. Tam nikt nie patrzy na to, kim ty jesteś, czy masz korzenie takie czy inne, czy chodzisz do takiego a nie innego kościoła, czy w ogóle nie chodzisz. Po prostu bracia dzielą się chlebem z człowiekiem potrzebującym.
Wszyscy są świadomi, że bracia reprezentują Kościół katolicki i przyjechali z Polski. Mają też świadomość, że mogliby sobie siedzieć w ciepłym klasztorku w Polsce i spokojnie pełnić swoją misję, a nie na zimnym mrozie dzielić się chlebem. Zaporożanie zdają sobie z tego sprawę, wiedzą o tym i dlatego otrzymałem tyle podziękowań dla Polaków. Oczywiście mamy świadomość, że nie tylko Polska i Kościół katolicki pomaga, ale musimy przyznać, że spora część tej pomocy pochodzi z Polski. Dla mnie jest to zawsze doświadczenie realnej pomocy i my również, jako Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie, staramy się w tym uczestniczyć.
Czy pomoc z Polski dla Ukrainy jest wystarczająca? Nie jest już taka jak po wybuchu wojny. Czego Ukraińcy potrzebują najbardziej?
Pomoc dla Ukrainy nie ma już takiej dynamiki jak w 2022 r. Ewidentnie osłabła i jest to pewien naturalny proces, ale ciągle jeszcze pomoc płynie. To po pierwsze. A po drugie, pomoc jest stale zauważalna, a szczególnie cieszy mnie ostatni zryw. Teraz, kiedy Kijów i inne miasta znalazły się w sytuacji wręcz katastrofy humanitarnej mamy apel o zbiórki w każdej diecezji, akcje pomocy są organizowane przez różne organizacje, wspólnoty, a często też poprzez indywidualne osoby. Polacy przekazują pomoc i Ukraińcy to widzą. Sam byłem świadkiem, kiedy cieszyli się tym, że generatory z Polski docierają, ludzie sobie z tego zdają sprawę i naprawdę bardzo sobie to cenią.
Czy pomoc z Polski dla Ukrainy jest wystarczająca? Nie jest już taka jak po wybuchu wojny. Czego Ukraińcy potrzebują najbardziej?
Pomoc dla Ukrainy nie ma już takiej dynamiki jak w 2022 r. Ewidentnie osłabła i jest to pewien naturalny proces, ale ciągle jeszcze pomoc płynie. To po pierwsze. A po drugie, pomoc jest stale zauważalna, a szczególnie cieszy mnie ostatni zryw. Teraz, kiedy Kijów i inne miasta znalazły się w sytuacji wręcz katastrofy humanitarnej mamy apel o zbiórki w każdej diecezji, akcje pomocy są organizowane przez różne organizacje, wspólnoty, a często też poprzez indywidualne osoby. Polacy przekazują pomoc i Ukraińcy to widzą. Sam byłem świadkiem, kiedy cieszyli się tym, że generatory z Polski docierają, ludzie sobie z tego zdają sprawę i naprawdę bardzo sobie to cenią.
Księże Leszku mówiliśmy o generatorach ciepła i innych formach pomocy. Nasuwa się pytanie, czy pomoc jest logistycznie odpowiednio dopracowana, trafia tam gdzie powinna trafić?
Według mnie pomoc jest bardzo dobrze zorganizowana. Większość środków pomocy przechodzi kanałami Caritasu. Caritas Polska swoimi kanałami przekazuje ją Caritas Spes w Ukrainie. Jestem pewny, że trafia tam, gdzie trafić powinna. W każdym razie jedno jest pewne, że zbiórka i jej efekty są tam zauważalne i odczuwalne. Bardzo ważne, żebyśmy nie utknęli w różnych biurokratycznych procedurach, bo czasami różnym instytucjom to grozi. Może się okazać, że przyjdzie wiosna a ktoś pojedzie z partią np. aparatów grzewczych, które nie będą już tak potrzebne, zamiast zawieść inne potrzebne rzeczy odpowiednie do pory roku. Jak mówił mi ostatnio jeden z biskupów w Ukrainie: „łyżka jest potrzebna do obiadu, a nie dwie godziny po obiedzie”.
Jak dyrektor Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie podsumuje miniony 2025 r. odnośnie Ukrainy?
W 2025 r. wydaliśmy grubo ponad milion sześćset tysięcy na pomoc samej Ukrainie, więc jest to spora suma jak na nasze możliwości. Oczywiście nie jesteśmy organizacją stricte charytatywną, od tego są inne organizacje. Jako Zespół Pomocy Kościołowi na Wschodzie wspieramy wszystkie działania, które podejmują Kościoły na tamtych terenach. Jeśli Kościół w Ukrainie mocno zaangażował w konkretną pomoc ludziom, to jesteśmy razem z nim i pomagamy. Jak tylko to możliwe, staramy się pomagać wprost, czyli żeby nasza pomoc trafiła do takiego miejsca, które tej pomocy najbardziej potrzebuje i staramy się pomagać na zasadzie, żeby dać wędkę, a nie rybę. Oczywiście tam, gdzie jest to potrzebne to oferujemy bardzo konkretną pomoc w postaci finansów czy zakupu takich czy innych rzeczy, jak ostatnio np. zakup generatorów w Zaporożu, ale bardziej staramy się zachęcać ludzi, dać możliwości, żeby sami udzielali sobie pomocy.
Na przykład „Akcja kurczak”.
To klasyczny przykład, o którym już niejednokrotnie mówiłem, który jest rzeczywiście sztandarowy. „Akcja kurczak”, którą zorganizowaliśmy w Ukrainie polega na tym, żeby nie tracić pieniędzy na przewóz, co zresztą byłoby prawie niemożliwe, kupujemy jednodniowe kurczaki. Niedaleko Charkowa są wioski kompletnie zrujnowane poprzez działania wojenne, ale ludzie tam wrócili, a wracając nie mieli żadnego zajęcia i sami prosili, żeby mieli tutaj co robić, żeby ich życie miało sens. Siostry orionistki z Polski, które tam od lat posługują, wpadły na genialny pomysł – damy ludziom coś, żeby mieli zajęcie, więc kupujemy jednodniowe kurczaczki. Miałem okazję być tam wtedy, kiedy akcja się rozpoczęła i kończyła. Zgłosiło się ok. 50 rodzin i każda otrzymała po 30 kurczaków. Przez 3, 4 miesiące hodowano je dostając paszę i odpowiednie środki ochronne. Widziałem radość tych ludzi, którzy chwalili się mówiąc: „księże proszę zobaczyć jak 30 kurczaków nam pięknie wyrosło, mamy świetne kurki, mamy jajka i mamy mięso”.
Mało tego, obowiązuje zasada, że co najmniej 10 proc. z tego co wyhodują muszą oddać tym, którzy nie mają nic albo mają jeszcze mniej od nich. Jaka radość i satysfakcja, kiedy rodziny mówią: „księże, teraz my jesteśmy tymi, którzy nie wołają dajcie, ale my możemy dawać innym”.
Jest jeszcze jedna inicjatywa – szwalnia. Panie, które przed wojną uciekły z miejsca zamieszkania, wróciły na wioskę, znalazły jeden z opuszczonych domów, kupiły go i tam zrobiły szwalnię. Udało nam się z Polski sprowadzić maszyny. Ofiarodawcy z entuzjazmem wsparli inicjatywę, dali maszyny, które przewieźliśmy na wioskę i obecnie sześć kobiet szyje kurtki, pościele, śpiwory i wiele innych pożytecznych rzeczy. Szyją i mówią z dumą jaką mają z tego satysfakcję. Przyjeżdżają do nich ludzie, kupują to, co one zrobią i wszyscy są zadowoleni. Jest to kolejna inicjatywa, która nadaje sens ich życiu. Myślę, że kiedy mrozy się skończą, nie będzie trzeba działać aż tak doraźnie i właśnie takie formy pomocy, są i będą bardzo ważne. Trzeba ludziom zaproponować takie inicjatywy, które nadadzą sens życiu, nie tylko, że będą mogli pracować fizycznie, ale też coś co porusza ich duchowość. Wtedy ich rozum też zupełnie inaczej funkcjonuje, wszystko nabiera jakiegoś sensu i buduje perspektywy, w przeciwnym wypadku pochłonie ich beznadzieja.
Jestem też ciągle pod wrażeniem tego, że tak wielu kapłanów, zakonników i zakonnic z Polski pozostało na miejscu, a przecież mogli zupełnie swobodnie po wybuchu wojny powrócić do Polski i nikt by nie miał o to ani żalu, ani pretensji. Żyją tam pod alarmami, wybuchającymi dronami, rakietami i robią wszystko, żeby towarzyszyć, wspierać i pomagać ludziom.
Jako Zespół pomagamy też w odnowie i porządkowaniu świątyń. Mieliśmy już kilka zgłoszeń o uszkodzonych kościołach wskutek ataków dronów i rakiet. Wiele świątyń potraciło okna i wyleciały szyby. Kilka dni temu mieliśmy wiadomość z Chersonia, gdzie niedaleko tamtejszego kościoła i plebanii doszło do wybuchu i fala uderzeniowa spowodowała, że większość szyb i okien wyleciała, więc natychmiast trzeba reagować, tym bardziej przy zimowej pogodzie. To jest nasze zadanie. Tam gdzie toczy się normalne życie robimy wszystko, aby świątynie jak najlepiej funkcjonowały, żeby były wyremontowane, miały naczynia liturgiczne itp. Staramy się jak najlepiej dbać o to, choć priorytetem dla nas w tej chwili jest pomoc i wspieranie ludzi, którzy tej pomocy potrzebują.
Mijają cztery lata wojny. Czy są jakieś perspektywy jej zakończenia. Jak postrzegają to Ukraińcy?

Powiedziałbym, że wszyscy tęsknią, żeby takie perspektywy się pojawiły. W opinii większości Ukraińców, których spotykam, pokój jest absolutnie i jak najszybciej potrzebny, ale za jaką cenę! Zginęło tyle tysięcy młodych ludzi, tyle rodzinnych tragedii i co – tak po prostu zapomnieć ? Coś by było nie tak w imię fundamentalnych zasad sprawiedliwości. Z drugiej strony nie wiadomo jak długo jeszcze potrwa wojna.
Dlatego moim zdaniem i zdaniem Ukraińców jeżeli ma dojść do sprawiedliwego pokoju musi być ktoś trzeci, w pełni odpowiedzialny, kto stanie pomiędzy i spróbuje doprowadzić do jakiegoś porozumienia. Takie próby są już podejmowane, szkoda tylko że póki co bez konkretów a czas robi swoje. Nie dziwię się stronie ukraińskiej, że właśnie tak na to wszystko spogląda. Widziałem wielokrotnie cmentarze, nawet na malutkich wioskach, z flagami, które pokazują, że tutaj leży młody człowiek, który zginął na wojnie. To już nie są tysiące, to są dziesiątki tysięcy młodych ludzi.
Bywałem nie raz w szpitalach dla żołnierzy. Widziałem młodych chłopaków bez nóg, bez rąk i to nie pięciu, nie dziesięciu, ale setki, a takich są tysiące. Spotkałem się niedawno z młodą kobietą, która miała ślub kilka miesięcy temu. Jej mąż został wzięty na front i niedawno dostała wiadomość, że zaginął. Nawet nie wie, czy on zginął, co się z nim stało. Od kilku miesięcy nie ma żadnego kontaktu. Są to sytuacje, którymi żyje cała Ukraina. Zadajmy sami sobie pytanie, jakbyśmy postąpili w takiej sytuacji, mielibyśmy się poddać. Oczywiście, że pewnie są i tacy ludzie, którzy mówią, niech stanie się cokolwiek, byleby był święty spokój. I też im się nie dziwię, bo kiedy się żyje nieustannie w sytuacji zagrożenia życia, no to można dojść do takiego wniosku, byleby był święty spokój. Ukraińcy, kiedy się ze sobą witają, czy żegnają to zawsze życzą sobie „pokojowego nieba”. Jest to ich pragnienie i życzenie, żeby rzeczywiście to pokojowe niebo nastało.
Kiedy zapanuje pokój, trudno powiedzieć. Niezwykle istotna jest modlitwa o pokój, tej modlitwy jest bardzo dużo! Byłem u sióstr klauzurowych w Charkowie, które na tym przyczółku, niedaleko od linii frontu, trwają na nieustannej modlitwie za Charków, za pokój w Ukrainie i na świecie. W każdym kościele ludzie modlą się przede wszystkim o pokój, cieszą się że pamięta o nich Papież Leon XIV, który jak papież Franciszek również realnie pomaga poprzez posługę kard. Krajewskiego. Pamięta o nich i modli się Kościół w wielu krajach świata w tym oczywiście w Polsce. Mam nadzieję, daj Boże, że te wszystkie modlitwy przyczynią się w najbliższym czasie do pokoju w Ukrainie.
Księże Leszku, na koniec, w czym i jak Polacy powinni pomagać Ukrainie tu i teraz?
Myślę, że naszym głównym zadaniem obok pomocy materialnej, za którą naprawdę Ukraińcy są bardzo wdzięczni, jest to, żebyśmy nie zapomnieli, o wspomnianej już, codziennej empatii. To jest bardzo ważne. W tym kontekście, po raz kolejny mówię, że staram się zrozumieć wszystkie historyczne zaszłości pomiędzy naszymi narodami. W rozmowach tam na miejscu te kwestie nie są poruszane, ale słowa które najczęściej słyszę skierowane w stronę Polski i Polaków to: Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
Musimy starać się zrozumieć różne opcje, ale musimy absolutnie i przede wszystkim spojrzeć na człowieka, który bezwzględnie potrzebuje pomocy tu i teraz a potem w budowaniu przyszłości. Kiedy wojna się skończy, będziemy mogli z satysfakcją powiedzieć, że nie zawiedliśmy. Tak jak kiedyś „Solidarność” objęła nasz kraj, solidarność innych krajów, kiedy byli z nami, wspomagali, to teraz będziemy po raz kolejny mogli powiedzieć, że stanęliśmy na wysokości zadania. Nie dlatego, żeby się wywyższać, ale dlatego, że jako ludzie a tym bardziej wierzący, jako chrześcijanie po prostu robimy to co powinniśmy!
Rozmawiał Krzysztof Tomasik
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

