Miłosierdzie, sprawiedliwość, prawda – procesy o nieważność małżeństwa
05 stycznia 2026 | 11:24 | Rozmawiał Tomasz Królak (KAI), tk | Warszawa Ⓒ Ⓟ
Fot. Alicja Kościesza / KAIProces o nieważność małżeństwa przypomina pracę archeologa, w której niezbędne są miłosierdzie i sprawiedliwość, zaś nadrzędnym celem jest zawsze dociekanie prawdy – stwierdza w rozmowie z KAI ks. dr hab. Leszek Adamowicz. Oficjał Sądu Metropolitalnego Lubelskiego zauważa, że spada dziś wartość nie tylko małżeństwa ale jakiegokolwiek „sformalizowanego” związku mężczyzny i kobiety.
Kanonista z KUL ubolewa, że osoby, które przychodzą do sądu kościelnego są już „skażone” procedurami cywilnymi, w których nie chodzi o prawdę o danym związku lecz opis późniejszego stanu, czasami zmanipulowanego przez różnych doradców. Ks. Adamowicz wyraża opinię, że najlepszym i niezastąpionym kursem przedmałżeńskim, jest przykład rodziny i wyjaśnia dlaczego, jego zdaniem, współczesne przygotowania do sakramentu małżeństwa powinny mieć charakter bardziej indywidualny.
Ekspert odnosi się także to tezy, że Kościół powinien odmawiać udzielenia sakramentu małżeństwa osobom, które duszpasterze uznaliby za nieprzygotowane od strony duchowej. Wskazuje też na całe spektrum współczesnych uzależnień – od Internetu, hazardu, od gier, pornografii – które mogą mieć wpływu na zdolność do stworzenia wspólnoty małżeńskiej.
Tomasz Królak (KAI): Ludzkie orzekanie o nieważności małżeństwa nie może być zmanipulowane fałszywym miłosierdziem – powiedział niedawno Leon XIV. Pomyślałem, że to brzmi jak przestroga; że skoro tak powiedział, to znaczy, że zagrożenie owym fałszywym miłosierdziem jest realne.
Ks. dr hab. Leszek Adamowicz: W słowach papieża nie ma nic zaskakującego. To przypomnienie pewnej podstawowej zasady, która została wyjaśniona w następnym zdaniu, w którym Leon XIV uznaje za niesprawiedliwe „wszelkie działania sprzeczne z posługą procesu wobec prawdy”.
Tylko więc dojście do prawdy jest, można powiedzieć, drogą prawdziwego miłosierdzia, bo kłamstwo, litość czy uleganie emocjom nie służy miłosierdziu.
Posłużę się przykładem z innego obszaru posługi Kościoła. Wyobraźmy sobie, że jakaś osoba przychodzi do spowiedzi, wyznaje grzechy, ale nie jest w dyspozycji, by uzyskać rozgrzeszenie, bo za grzechy nie żałuje, albo nie chce zerwać z grzechem. Gdyby, kierując się fałszywym miłosierdziem, spowiednik wykonał gest rozgrzeszenia (unikam celowo słowa „udzielił”), to tak jakby powiedział: nie musisz się nawrócić, jesteś OK, bo to, że nie żałujesz i nie chcesz poprawy, nie ma znaczenia – ważne, że wyznałeś grzechy, ja okażę ci bliskość, itd. Nie byłaby to jednak posługa na rzecz zbawienia tej osoby, lecz utwierdzenie jej w postawie negatywnej, w postawie, w której nie ma nawrócenia. Takie działanie byłoby więc zaprzeczeniem istoty sprawy.
Tak samo w procesie o nieważność małżeństwa. Orzeczenie, które nie byłoby oparte na prawdzie, byłoby działaniem na szkodę danej osoby, a więc takiego działania nie można byłoby nazwać nie tylko sprawiedliwym, ale i miłosiernym. Miłosierdzie nie polega bowiem na przychyleniu się sędziów do oczekiwań, ale – zarówno w tym przypadku i w każdym innym – na stanięciu w prawdzie. I tego właśnie dotyczy wyrok czyli decyzja sądu.
KAI: A więc miłosierdzie nie oznacza przychylności wobec oczekiwań za stwierdzeniem nieważności, ale przede jest ono „na usługach” prawdy, bo to ona jest wartością nadrzędną.
Tak jest. Dlatego, co wielokrotnie staram się podkreślać zarówno w swojej praktyce sądowej, jak też w tym co mówię czy piszę, że praca w sądzie to jest praca podobna do pracy archeologa, który odkrywa fakty, które zaistniały w przeszłości, dochodząc do źródła, do prawdy. Na tyle oczywiście, na ile po ludzku jest to możliwe. Nie może więc pominąć żadnego z narzędzi, którymi dysponuje, w tym także przepisów prawa. Papież mówi, że proces dotyczący nieważności małżeństwa jest zawsze dochodzeniem do prawdy o małżeństwie. Przedmiotem tego procesu jest misterium dwojga osób, misterium małżeństwa.
KAI: Czy, z punktu widzenia osób zaangażowanych w sądowe dociekanie prawdy o danym związku, pogodzenie sprawiedliwości i miłosierdzia jest przede wszystkim trudne, żmudne czy fascynujące? A może jest wszystkim po trosze?
Wszystkie te wątki czy aspekty są w tej pracy obecne. Tak, na pewno jest ona trudna i to pod wieloma względami. Nie tylko od strony technicznej, ale i emocjonalnej, bo przecież sędzia ma do czynienia z konkretnymi osobami i ich osobistymi przeżyciami. Trzeba się z tym zmierzyć i zachować odpowiedni dystans do emocji, które się czasami rodzą, gdy słucha się o różnych dramatach rodzinnych.
We wspomnianym przemówieniu Papież zwraca uwagę, że prawda odkrywana w procesie jest przejawem sprawiedliwości i miłosierdzia. A więc jednego i drugiego. Wyważenie tych proporcji, czy zauważenie relacji między nimi jest niezwykle istotne. Dlatego właśnie Leon XIV bardzo mocno zwraca uwagę na trzy wymiary pracy sądowej: eklezjalny, prawny i duszpasterski. Wskazuje na konieczność harmonii pomiędzy nimi i podkreśla, że sędzia kościelny i inni pracownicy kościelnego wymiaru sprawiedliwości, a także wszyscy inni członkowie Kościoła, nie mogą ich sobie przeciwstawiać. W podobnym tonie wypowiedział się św. Jan Paweł II w przemówieniu do Roty Rzymskiej w 1990 roku: „Nie ma pasterskiej miłości bez pasterskiej sprawiedliwości”. Innymi słowy: prawo kanoniczne jest zawsze duszpasterskie, bo zbawienie dusz musi być zawsze prawem najwyższym.
KAI: Taki proces z jego aspektem „archeologicznym” nie jest łatwy i z tego powodu, że przecież zarówno ci, którzy zawarli związek (ważnie czy nieważnie) – jak i świadkowie są odpowiednio instruowani przez wyspecjalizowanych prawników, którzy starają się jak najskuteczniej wykonać swoje zadanie. Wydaje mi się, że poważnie zagraża to odkryciu prawdy, co, jak Ksiądz przypomniał, jest głównym celem procesu.
Tak, zgadzam się. Mało tego, dodam i to, że osoby, które przychodzą do sądu kościelnego są już „skażone” procedurami cywilnymi, gdzie często nie ma miejsca na dochodzenie do prawdy o początkach małżeństwa, jest zaś opis późniejszego stanu faktycznego, czasami zmanipulowanego przez jedną czy drugą stronę, poinstruowaną jeszcze przez różnego rodzaju doradców prywatnych i „zawodowych”. Nie używam słowa adwokat, żeby nie stygmatyzować adwokatów.
W sądzie kościelnym nie chodzi o to, żeby udowodnić takie czy inne zachowania, które miały miejsce po ślubie, takie czy inne winy w potocznym czy cywilno-prawnym rozumieniu, lecz o to, żeby dojść do prawdy. Można powiedzieć, że tutaj przed sądem staje małżeństwo, nawet nie osoby, które tę sprawę wnoszą, prowadzą czyli są stronami procesu.
KAI: No właśnie, mówi Ksiądz o dociekaniu prawdy na temat związku, ale dla prawników spoza sądów kościelnych celem zasadniczym jest wygrana klienta, po prostu. I temu celowi podporządkowują całą swoją wiedzę zawodową, wraz z arsenałem sztuczek i wybiegów…
Jednym z zadań osób zaangażowanych urzędowo w wymiar sprawiedliwości Kościoła jest ciągłe formowanie sumienia zawodowego. No i tutaj mamy pewne filtry czy instrumenty służące weryfikacji, dlatego też nie każdy, kto ma kwalifikacje wynikające z dyplomu, z aplikacji, itd. może stawać przed sądem kościelnym w charakterze pełnomocnika, a zwłaszcza adwokata kościelnego. Ten „filtr” etyczny i religijny (adwokat kościelny co do zasady winien być katolikiem) jest bardzo istotny, dlatego też dla adwokatów, których chcieliby uczestniczyć w procesach kościelnych wymagana jest aprobata biskupa. A takie zatwierdzenie nie opiera się wyłącznie na uzyskaniu takiego czy innego dyplomu, ale także na kwalifikacjach etycznych, które mają gwarantować, albo przynajmniej przybliżać do tej gwarancji, że głównym celem będzie dochodzenie do prawdy, a nie manipulacja.
Oczywiście dotyczy to także pozostałych pracowników sądu, których mianuje biskup będący gwarantem prawidłowego wymiaru sprawiedliwości – nie tylko w sensie instytucjonalnym, ale także etycznym. Dlatego rola biskupa diecezjalnego, poza funkcją pierwszego sędziego w diecezji (bo przecież posiada on władzę sądowniczą), ale także moderatora sądu jest tutaj niezastąpiona i nieodzowna. Chodzi m.in. o czuwanie zarówno nad stroną organizacyjną i fachowym przygotowaniem pracowników sądu, jak również nad stroną etyczną ich pracy.
Osoby stosujące prawo to nie tylko pracownicy wymiaru sprawiedliwości, nie tylko adwokaci. Prawo stosujemy wszyscy. Oczywiście w różnej formie, w innym zakresie niż ci, którzy czynią to zawodowo. Niemniej właściwe stosowanie prawa dotyczy także tych, którzy korzystają ze swoich uprawnień i mają zobowiązania, wynikające z przynależności do określonej społeczności, w tym w społeczności Kościoła. I w tym przejawia się aspekt eklezjalny, o którym wspomniał Leon XIV wraz z aspektami prawnym i pastoralnym.
KAI: Mam taką intuicję – i chciałbym poprosić o jej zweryfikowanie – że dociekanie o prawdzie danego związku jest dziś trudniejsze niż, powiedzmy, 30 lat temu. Widziałbym tu dwa główne czynniki: wspomniane już, wyspecjalizowane rzesze prawników, którzy doradzają, co zeznać, żeby uzyskać właściwy efekt oraz wzrastającą popularność tematu orzeczeń nieważności małżeństwa a wraz z nim przekonania, że właściwie coś takiego jest niemal na wyciągnięcie ręki… Coś jest na rzeczy?
Tak. Przypominam sobie taką sytuację, kiedy to osoba, która nie uzyskała wyroku satysfakcjonującego napisała nam w e-mailu na adres sądu: proszę o zwrot opłaty procesowej, bo nie została wykonana zamówiona usługa. Dosłownie.
KAI: Śmiech przez łzy…
Niektórzy mają takie właśnie podejście, zwłaszcza jeżeli zostaną „pouczeni” przez jakiegoś „doradcę”. Druga rzecz to rzeczywiście ta kwestia popkultury, gdzie są bardzo nagłaśniane różne przypadki, co później rzutuje na inne osoby, które mówią: no tak, ten jest celebrytą czy politykiem, to „dostał”, a ja zwykły człowiek – „nie dostałem”. Powstają rozczarowania i pretensje. Oczekiwania dotyczące orzeczenia nieważności rzeczywiście się rodzą, choć w sposób oczywiście nieuprawniony, niemniej jakaś zewnętrzna presja i atmosfera wokół tego tematu są obecne w dyskursie społecznym. Zwłaszcza po tym, kiedy jakaś osoba w przestrzeni publicznej, pochwaliła się, że ma taki punkt w życiorysie.
Twierdzę jednak, że jeżeli katolicy chcą poddać kwestię swojego małżeństwa pod obiektywny osąd sądu kościelnego, zwłaszcza w dzisiejszym świecie relatywizmu, to świadczy o ich odpowiedzialności. Poza tym, tym osobom zależy na prawdzie obiektywnej i mając zaufanie do sądu kościelnego wierzą, że zostanie ona obiektywnie i oficjalnie odkryta i ogłoszona.
KAI: Chociaż bardzo trudno tę prawdę odkryć, jeśli od ceremonii zaślubin upłynęło 15 czy 20 lat. Zgodzi się Ksiądz?
Tak, to nie jest proste, niemniej sama odległość czasowa nie jest tutaj najistotniejsza.
KAI: I wcale nie musi być tak, że im dłużej trwa relacja, tym trudniej orzec, czy małżeństwo zostało zawarte nieważnie?
To są dwa różne aspekty: długość pozostawania w relacji a odstęp czasowy od ceremonii do wszczęcia procesu. Bo relacja małżeńska mogła się rozpaść wiele temu, małżeństwo mogło trwać tydzień, tylko że dopiero po wielu latach jedna ze stron wnosi sprawę do sądu, bo choć związek się rozpadł, a cywilny rozwód został dawno uzyskany, to taka osoba nie wchodziła w nowe relacje, zatem nie planowała przedstawienia sprawy w sądzie kościelnym. Ale po latach sytuacja się zmieniła, bo na horyzoncie pojawił się nowy związek, a w związku z tym pragnienie, żeby po tych kilku czy kilkunastu nawet latach, poddać tę kwestię pod osąd sądu kościelnego.
Oczywiście, im dalej od ceremonii tym trudniej, bo pamięć jest zawodna i osoby, które mogą się wypowiedzieć (chodzi tu zwłaszcza o osoby z kręgu rodziny) nie zawsze jeszcze żyją. Trzeba też obiektywizować, to znaczy zadbać o to, żeby dowody nie były przekładane tylko przez jedną stronę, ale by sąd dysponował całym spektrum dowodów.
Długi odstęp czasowy jaki upłynął od dnia ceremonii utrudnia oczywiście całą procedurę, ale tu nie ma automatycznej zależności między jednym a drugim. I nie jest prawdą to, co można było usłyszeć kilka dni temu w mediach, że „ostatnio kurie metropolitalne (sic!) są zalewane wnioskami kobiet około 50-tki o unieważnienie (sic!) małżeństwa”. Twarde statystyki są zupełnie inne. (Nie komentuję merytorycznych błędów, że to sądy kościelne, a nie „kurie” zajmują się tego rodzaju sprawami i że nie chodzi o „unieważnienie”, a orzeczenie nieważności.)
KAI: Czy zgodzi się Ksiądz z tezą, że od jakiegoś czasu – nie wiem, 10-20 lat – narasta proces dezawuowania czy deprecjonowania pojęcia sakramentalnego małżeństwa; że ludzie podchodzą do sprawy coraz mniej poważnie, w tym sensie, że nie traktują tego jako czegoś ostatecznego i wiążącego na całe życie?
Ująłbym to nieco inaczej. Według mnie następuje w ogóle spadek wartości małżeństwa jako trwałego związku, niekoniecznie sakramentalnego, lecz w ogóle „sformalizowanego” związku mężczyzny i kobiety. Widać to po danych dotyczących liczby związków nieformalnych czy też wzrastającego wskaźnika dzieci rodzących się ze związków nawet cywilnie niesformalizowanych. Narasta dystans, by nie powiedzieć niechęć, do formalizowania, nawet cywilnego, związku mężczyzny i kobiety. Coraz częściej słychać argument typu: nie formalizujemy związku, po co nam ślub, my i tak się kochamy. Albo: przecież między nami może coś się zmienić, no to się rozstaniemy bez żadnych komplikacji, postępowań rozwodowych, itp. (nie myśląc o tym, że w takich związkach są przecież wspólne dzieci). Widać więc niechęć do instytucjonalnego małżeństwa, jakiegokolwiek.
Trzeba natomiast powiedzieć, że świadomość nierozerwalności małżeństwa kościelnego, katolickiego ma paradoksalnie znaczenie także w tym kontekście. W związku z tym, że małżeństwo sakramentalne jest słusznie postrzegane jako nierozwiązywalne, niektórzy mówią: no to ja nie chcę, bo a nuż coś się nam przydarzy i co wtedy? Jak się trochę sprawdzimy w kilkuletnim konkubinacie czy związku cywilnym, no to może później będzie definitywna decyzja zawarcia małżeństwa sakramentalnego. Tak więc dziś definitywność decyzji sprawia kandydatom do małżeństwa zbyt wielką trudność. Niektórzy boją się podejmować decyzji definitywnych, całożyciowych, a inni, ze względów osobowościowych, nie są w stanie takich decyzji podjąć.
KAI: Przy czym chęć tego „sprawdzenia” się w nieformalnym układzie nie zawsze przynosi dobre skutki, bo zdarza się – wspomniał Ksiądz o tym, gdy rozmawialiśmy parę lat temu – że po zawarciu przez taką parę małżeństwa sakramentalnego, wkrótce się ono rozpada.
W tym tygodniu trafiła do mnie taka właśnie sprawa. Po pięciu latach znajomości, trzech latach zamieszkiwania i tygodniowym wyjeździe w podróż poślubną, wszystko się rozpadło.
KAI: No więc mamy tu kolejny przyczynek do tej mitologii „sprawdzenia się”, które miałoby służyć podjęciu właściwej decyzji. Co jednak powinien robić Kościół instytucjonalny w obliczu tej nieufności do sakramentu małżeństwa czy niewiary w trwałość związku? Czy, na przykład, nie należałoby zmodyfikować programu kursów przedmałżeńskich?
Najlepszym kursem przedmałżeńskim, którego nic nie zastąpi, jest przykład rodziny generacyjnej. Jeżeli w rodzinie pochodzenia nie ma wzorców życia małżeńskiego, relacji małżeńskiej i życia rodzinnego, to bardzo trudno jest to naprawić w dalszym życiu.
Mówimy czasem o tym, że w rodzinach nie ma transmisji wiary, procesu jej przekazywania, ale dotyczy to także innych obszarów życia. Nastąpiło przekazanie różnych kompetencji i obowiązków poza rodzinę. W wielu rodzinach jest tak, że od wychowania jest szkoła, od edukacji religijnej Kościół, i tak dalej. Wszyscy, tylko nie dom.
Wracam do tego, że pierwszy i najważniejszy etap „kursu” przedmałżeńskiego stanowi rodzina: to przykład rodziców i ich wzajemnych relacji, to jest rodzeństwo i to jak wyglądają więzi między nimi. Dzisiaj w rodzinie jest często tylko jedno dziecko, więc budowanie relacji rodzinnych jest o wiele trudniejsze.
Śmieszy mnie przekonanie wyrażane czasem przez młodego chłopaka czy dziewczynę, że ksiądz nie powinien wypowiadać się na temat małżeństwa, bo przecież nie ma żony (nawiasem mówiąc księża grekokatoliccy i diakoni stali to nie tylko celibatariusze). Ksiądz, który przeżył ileś tam lat w duszpasterstwie rodzin, słuchając bardzo wielu głosów – nie wie nic; oni, choć w małżeństwie też nigdy nie byli – wiedzą wszystko.
Tak więc podczas kursów przedmałżeńskich punkt wyjścia bywa trudny, bo nie ma otwarcia się ze strony niektórych młodych. Jednak jakaś ich część jest bardzo otwarta i korzysta z różnych form przygotowania do małżeństwa, zarówno w obszarze czysto religijnym, jak i w innych dziedzinach. Okazuje się bowiem, że młodzi ludzie wiadomości dotyczące biologii, czy fizjologii często czerpią z dyskusji rówieśniczych lub, niestety, filmów pornograficznych. A przypomnę, że 57 lat temu święty papież Paweł VI w encyklice „Humanae vitae” (1968) stwierdził, że jedną z podstaw odpowiedzialnego rodzicielstwa jest nie tylko poznanie biologii i fizjologii, ale podjęcie odpowiedzialności. Kościół się tego nie boi i mówi o tym co najmniej od dziesięcioleci, więc nie jest przeciwny odpowiedzialnej edukacji w tym zakresie, ale traktuje ją wręcz jako obowiązek.
KAI: Przy czym słowem kluczowym wydaje się być odpowiedzialność.
Dokładnie tak. Zdarza się, że jakiś znajomy ksiądz prosi mnie o wygłoszenie prelekcji dla narzeczonych. Kiedy na takim spotkaniu cytuję „Humanae vitae”, słuchaczom otwierają się oczy. W tej encyklice jest wszystko i to w sposób jasny wyłożone, z akcentem właśnie na odpowiedzialność. I my, w Kościele tego chcemy. Jest tam także mowa o odpowiedzialności w sensie ekonomicznym, uznania stanu zdrowia, i tak dalej. Zostało to napisane dziesiątki lat temu! Tymczasem ze strony narzeczonych i młodych ludzi w ogóle brakuje otwarcia się na to, co proponuje Kościół, często wybrzmiewa postawa: ja wszystko wiem, nie macie mi nic do powiedzenia. Tu jest bariera, tu jest problem.
Stawiałbym wobec tego na bardziej zindywidualizowane przygotowanie do małżeństwa. Wynika to nie tylko z różnej sytuacji narzeczonych, jeśli chodzi o rodzinę i formację. Będziemy mieć coraz więcej kandydatów z rzeczywistymi brakami katechetycznymi na skutek tego, że, niestety, zrezygnowali z lekcji religii. Albo wypisali ich rodzice, bo zabrakło czasu na, powiedzmy, taniec czy inne dodatkowe zajęcia. Dlatego wspomniana indywidualizacja jest bardzo potrzebna, także z powodu indywidualnych predyspozycji osobowościowych oraz różną wrażliwość tych osób. Wreszcie także z powodów organizacyjnych – dzisiejszy rytm życia, w tym dojazdy do pracy czy na uczelnię, nie pozwala na wyznaczenie jednego i jednakowego dla wszystkich terminu katechezy czy kursu.
Jednym z podstawowych obowiązków duszpasterza jest przygotowanie do sakramentów. Obowiązek ten nie ogranicza się do kwestii formalnych, czyli sporządzenia odpowiedniej dokumentacji przedślubnej i do celebracji. Zaczynamy od przygotowania, stąd w opublikowanych kilka lat temu przez Polski Episkopat nowych przepisach dotyczące przygotowania do małżeństwa wyraźnie mówi się o protokole z rozmów duszpasterskich [podkr. LA]. Narzeczeni nie przychodzą do księdza po to, żeby spisać protokół przedślubny, ale na rozmowę duszpasterską, która jest później zaprotokołowana w formie przewidzianej przepisami. Akcent położony jest na rozmowę duszpasterską, na którą trzeba mieć czas i do której trzeba podejść indywidualnie, biorąc pod uwagę indywidualne predyspozycje i faktyczną sytuację przyszłych małżonków. Bo, na przykład, przychodzą osoby, które mają zobowiązania z poprzednich relacji, np. kobieta, która wychowuje samotnie dziecko z poprzedniego związku, mężczyzna, który ma poważne zobowiązania finansowe, w tym alimentacyjne.
KAI: Trudno rozmawiać z nimi o przygotowaniach do małżeństwa w liczniejszej grupie.
Dokładnie, takie przygotowanie musi mieć charakter indywidualny.
KAI: A duszpasterz musi znaleźć na to czas i elastycznie dostosować się do sytuacji i rytmu dnia tych ludzi.
Nie, nie znaleźć czas. Duszpasterz ma znaleźć czas na inne rzeczy, a duszpasterskie przygotowanie do małżeństwa (także innych sakramentów) to jest priorytet. Dla duszpasterza to jest pierwszym obowiązkiem, a nie ostatnim, wtedy, kiedy znajdzie czas.
KAI: Nieżyjący już abp Henryk Hoser twierdził, że Kościół nie powinien dopuszczać do sakramentu małżeństwa osób duchowo do tego nieprzygotowanych.
Oczywiście trzeba dołożyć wszelkich starań, aby do sakramentów, a zwłaszcza do małżeństwa, dopuszczać osoby przygotowane jak najlepiej. Ale, z drugiej strony, nie można pozbawiać dostępu do łaski sakramentalnej osób, które są może, mówiąc trochę po Franciszkowemu – na peryferiach wiary.
Przypomniałbym tu także Benedykta XVI, który w 2009 roku zmodyfikował przepisy kodeksu prawa kanonicznego dotyczące kanonicznej formy zawarcia małżeństwa. Papież przywrócił tam zasadę „semel catholicus, semper catholicus” czyli jak ktoś stał się katolikiem, jest nim na zawsze. Nawet jeżeli dokonał apostazji czy schizmy, to łaska chrztu pozostaje i ma ona swoją kontynuację także w łasce sakramentu małżeństwa. Sakrament ten i wypływająca zeń łaska nie jest nagrodą za idealne przygotowanie, lecz fundamentem, na którym ma być budowane życie małżeńskie, a w dalszym ciągu – rodzinne.
Dlatego też, moim zdaniem, stawianie zbyt wysokich wymagań mogłoby nawet naruszać, z jednej strony, podstawowe, naturalne prawo do zawarcia małżeństwa, bo każdy człowiek z tej racji, że jest człowiekiem, ma taką możliwość. A z drugiej strony, kiedy mówimy o osobach ochrzczonych, to mamy też drugi wątek, mianowicie sakramentalny. Sama zaś prośba o ten sakrament stanowi już jakieś minimum, choć, owszem, czasami motywacja może być zupełnie niereligijna.
Musimy też zdawać sobie sprawę z tego, że jeżeli jest małżeństwo dwojga osób wierzących i praktykujących, czy też jednej osoby wierzącej, praktykującej z osobą praktykującą średnio albo wcale, to, można powiedzieć, problemu wielkiego nie mamy. Ale, co jeżeli przychodzi para, która mówi: jesteśmy ochrzczeni, oboje nie praktykujemy, ale ślub chcemy w kościele? Pojawia się pytanie, czy chodzi im o łaskę sakramentalną, którą chcą uzyskać i mają intencję przyjęcia tego sakramentu, czy też chodzi tylko o ceremonię w ładnym, kościelnym wnętrzu? Nad tym problemem: relacja wiary narzeczonych a sakrament małżeństwa wciąż trwa dyskusja teologów. Zajmowała się nim m.in. Międzynarodowa Komisja Teologiczna (dokumenty z 1997 i 2020 roku), która działa w łączności z Dykasterią ds. Nauki Wiary.
Duszpasterze zawsze winni dołożyć starań, aby rozwinąć i umocnić wiarę narzeczonych, gdyż sakrament małżeństwa zakłada wiarę i jej wymaga, a brak osobistej wiary wystawia na ryzyko ważność sakramentu.
Jestem zdania, że trzeba oczywiście zachować pewne minimum. Jest ono wyrażane między innymi przez zasady doktrynalne i przepisy prawne. W sytuacji, gdy ktoś wyklucza nierozerwalność, wierność czy posiadanie dzieci, to Kościół nie może dopuścić do małżeństwa, bo godzi to w jego istotę. Natomiast, jeżeli oboje narzeczeni nie deklarują w sposób jednoznaczny i wyraźny wykluczenia nierozerwalności swojego przyszłego małżeństwa, ani dochowania w nim wierności oraz nie wykluczają posiadania potomstwa (nawet przy wątpliwości, czy uda się to zrealizować), to już jest zachowane niezbędne minimum. Nie można też odmówić mocy łaski, której sakramentalne małżeństwo jest źródłem. Tu chodzi o łaskę, a nie o formalne „załatwienie” sprawy, czy „zalegalizowanie” związku.
KAI: Abp Hoser ubolewał, że Kościół w Polsce wciąż nie ma odwagi, by odmawiać udzielenia sakramentu małżeństwa osobom, które duszpasterze uznaliby za nieprzygotowane od strony duchowej. Wracam do tych mocnych słów także dlatego, że w ślad za tym stwierdzenie niektórzy duszpasterze rodzin są przekonani, że nie wykazując tej odwagi Kościół w Polsce jest współodpowiedzialny za przynajmniej część orzeczeń nieważności małżeństwa. No i co Ksiądz na to?
Absolutnie się z tym nie zgadzam. Nie możemy idealizować. Nawet papieże, w tym św. Jan Paweł II i Franciszek, wskazywali wyraźnie, że kandydat do małżeństwa nie musi spełniać jakichś wyśrubowanych wymogów. Musi spełniać pewne minimum, a resztę dajmy do działania łasce Bożej.
Owszem, jako duszpasterze możemy mieć takie czy inne wątpliwości dotyczące narzeczonych. No ale jak, na przykład, zmierzyć pobożność? Powiedziałbym więc, że w przypadku wątpliwości, należy je rozstrzygać na korzyść narzeczonych, ewentualnie zaproponować odłożenie zawarcia małżeństwa, by je wyjaśnić. Jednak trzeba dołożyć wszelkich starań w procesie przygotowania i wymagać spełnienia minimum, które wyznacza m.in. prawo kanoniczne.
Pamiętajmy, że przecież jak ktoś zawiera małżeństwo, to też nie jest gotowy do wszystkiego na to co go spotka. Mogę też odnieść się do swojego, kapłańskiego doświadczenia. Kiedy ponad 41 lat temu przyjmowałem święcenia, to także nie byłem ani w pełni gotowy, ani nawet świadomy wszystkiego, co mnie w życiu i posłudze spotka.
KAI: Ja zawierając małżeństwo 37 lat temu – także.
No właśnie, w dniu święceń czy ceremonii ślubnej nikogo się od razu nie kanonizuje. Kapłaństwo czy małżeństwo to jest pewien proces, to historia, w której pojawiają się także upadki i niedoskonałości. Małżeństwo nie jest tylko „spijaniem sobie z dziubków samej słodyczy”, ale też, a może nawet przede wszystkim, przezwyciężaniem trudności i zmaganiem z różnymi sytuacjami wewnętrznymi i zewnętrznymi.
KAI: Na koniec chciałbym przejść od kościelnych procedur do konkretnych przyczyn orzekania nieważności małżeństwa w części przypadków, chodzi mi konkretnie o kwestię uzależnień. Kiedyś chodziło głównie o alkohol, ale dziś ich spektrum bardzo się, niestety, rozbudowało…
Na przestrzeni mojej trzydziestoparoletniej pracy w sądzie mogę powiedzieć, że pojawiły się zupełnie nowe zjawiska. Mamy do czynienia i z uzależnieniem od Internetu, hazardu, od gier, pornografii. Innym zagadnieniem są relacje nawiązywane przez media społecznościowe. Ale centralnym problemem nie jest samo uzależnienie, ale to, że spowodowało ono niezdolność do stworzenia wspólnoty małżeńskiej lub np. niezdolność do dochowania wierności.
A propos alkoholizmu: nie można powiedzieć, że był on bezpośrednią przyczyną nieważności, ale że stanowił przyczynę niezdolności do podjęcia obowiązków małżeńskich.
W procedurze sądowej, przy pomocy biegłych z różnych dziedzin, najczęściej psychologów, badamy zaburzenie czy też uzależnienie, a później to, jaki jest jego wpływ na zdolność do wypełnienia obowiązków małżeńskich, w szczególności zbudowania wspólnoty małżeńskiej. Pojawiają się tu bardzo różne problemy. Na przykład kwestia jakiegoś defektu czy uzależnienia od finansów, niekoniecznie związanego z hazardem, bo może chodzić o nałogowe pożyczanie pieniędzy.
Oczywiście swoją negatywna rolę wciąż odgrywa alkohol, także oczywiście narkotyki, ale gdyby ująć zbiorczo różnego rodzaju pozostałe uzależnienia, zwłaszcza te związane ze światem cyfrowym, to nie wiem czy nie przeważyły by już „klasycznych” uzależnień, z którymi mieliśmy do czynienia w przeszłości. Nie oznacza to jednak konieczności zmiany przepisów prawa kanonicznego, bo wciąż chodzi o kwestię wpływu na zdolność do wypełnienia jakiegoś określonego obowiązku małżeńskiego.
KAI: I wróćmy do przesłania papieża Leona XIV, od którego zaczęliśmy naszą rozmowę.
Papież Leon jest z wykształcenia kanonistą, pracował jako sędzia i kierował pracą sądu kościelnego w Peru (w archidiecezji Trujillo), więc zna realia tej pracy i problemów, z jakimi przychodzą do sądu wierni.
Papież przypomniał, że „małżeństwo nie jest ideałem, lecz kanonem prawdziwej miłości między mężczyzną i kobietą: miłości całkowitej, wiernej, płodnej”. Przywołał też słowa św. Jana Pawła II z 1990 roku: „Działalność prawno‑kanoniczna jest ze swej natury pastoralna. Stanowi ona szczególny udział w misji Chrystusa Pasterza i polega na aktualizowaniu porządku sprawiedliwości wewnątrzkościelnej, ustanowionego przez samego Chrystusa. Z kolei działalność pastoralna, choć daleko przekracza jedynie aspekty prawne, zawsze zawiera w sobie wymiar sprawiedliwości. Nie byłoby bowiem możliwe prowadzenie dusz do Królestwa Niebieskiego, gdyby pomijało się ten minimalny wymiar miłości i roztropności, który polega na trosce o wierne przestrzeganie prawa i praw wszystkich w Kościele”.
Papież Leon konkluduje, że ostatecznie trzy wymiary: prawny, eklezjalny i pastoralny prowadzą do ponownego potwierdzenia zbawienia dusz (salus animarum) jako najwyższego prawa i celu procesów małżeńskich w Kościele.
***
Ks. dr hab. Leszek Adamowicz jest profesorem KUL – adiunktem w Katedrze Kościelnego Prawa Procesowego, Małżeńskiego i Karnego oraz Katolickich Kościołów Wschodnich, a także oficjałem Sądu Metropolitalnego Lubelskiego.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

