Drukuj Powrót do artykułu

Nasz Papież

27 kwietnia 2011 | 00:03 | st, tom (KAI) / ms Ⓒ Ⓟ

Ludmiła i Stanisław Grygielowie, przyjaciele Jana Pawła II opowiadają o licznych z nim spotkaniach i rozmowach, mówią o papieżu modlitwy i myślicielu, jego ulubionych świętych, a także o dżentelmeńskim stosunku do kobiet.

Stanisław Grygiel, filozof jest współzałożycielem Papieskiego Instytutu Jana Pawła II do Studiów nad Małżeństwem i Rodziną przy Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie.

KAI: Kiedy państwo poznaliście księdza Karola Wojtyłę?

Stanisław Grygiel: – Poznałem go kilka tygodni po jego konsekracji na biskupa pomocniczego; miał wówczas 38 lat, mieszkał u ks. prof. Ignacego Różyckiego przy ulicy Kanoniczej w Krakowie. Przyszedłem do niego z prośbą o przyjęcie mnie na seminarium doktoranckie, które prowadził na KUL-u. Studiowałem wtedy polonistykę na Wydziale Filologicznym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pasjonował mnie Albert Camus i chciałem pisać pracę doktorską o jego filozofii, ale ksiądz biskup zaproponował mi zajęcie się filozofią Jean Paul Sartre’a, na co przystałem. Wcześniej słuchałem jego kazań, uczestniczyłem w jego rekolekcjach w kościele św. Floriana. Spotkałem go także na zjeździe młodzieży w Bardzie, na Dolnym Śląsku, dokąd wysłał mnie duszpasterz akademicki, ks. Jan Pietraszko, dzisiaj także Sługa Boży. Uderzyła mnie wówczas łatwość, z jaką młody biskup nawiązywał kontakt ze studentami. Później, kiedy pracowałem w redakcji miesięcznika „Znak” i wykładałem filozofię na Wydziale Teologicznym w Krakowie, spotkania z bp. Wojtyłą stały się częścią mojej pracy. Byłem jednym z pierwszych czytelników jego tekstów, które publikowaliśmy w „Znaku”. Przychodził niekiedy do naszego mieszkania i zapraszał nas do siebie. A w roku 1980 zostaliśmy wezwani do Rzymu.

Czy macie Państwo z tych czasów jakieś szczególne wspomnienia związane z osobą biskupa Wojtyły?

Ludmiła Grygiel: – Był zawsze bardzo bezpośredni i serdeczny. Szczególny charakter miały jego odwiedziny w naszym domu, kiedy nie było większej grupy osób. Mieliśmy małe mieszkanie na krakowskich Azorach, przez niego poświęcone. Często psuła się winda, co kwitował żartobliwym stwierdzeniem, że wejść na 9 piętro to prawie jak na Kasprowy. Zazwyczaj przychodził bardzo późno, bo wcześniej miał wiele spraw do załatwienia i spotkań. Zawsze jednak prosił, że chce się spotkać także z dziećmi i żeby nie kłaść ich spać przed jego przyjściem. Kiedyś przyszedł tak późno, że dzieci, zmęczone długim czekaniem, zasnęły. Ksiądz kardynał od razu w drzwiach zapytał o dzieci, a gdy się dowiedział, że już śpią, wszedł do ich pokoju, obudził i zaczął rozmawiać. W końcu zapytał, jaką zabawę lubią najbardziej. Gdy odpowiedziały, że uwielbiają bić się poduszkami, odbył z nimi krótką „poduszkową” bitwę i dopiero potem mogliśmy zasiąść do kolacji.

Zupełnie inny charakter miało inne spotkanie, które utkwiło mi w pamięci. Ksiądz kardynał przyszedł jak zwykle bardzo późno. Stół był już przygotowany, kanapki wysychały, ale nasz gość sprawiał wrażenie, jakby wcale nie miał zamiaru do niego zasiadać. Zaczął chodzić po mieszkaniu i opowiadać, że właśnie wraca od ks. Józefa Kurzei, proboszcza z Mistrzejowic. Odwiedził go w szpitalu, gdzie trafił po ciężkim zawale. „Nie wiadomo, czy przeżyje. – mówił kardynał – Kiedy go posyłałem na tę parafię, powiedział mi 'Księże kardynale: nie mam pozwolenia od władz na budowę kościoła, ale nie mam też kamienia węgielnego. Czy Ksiądz kardynał mógłby mi przywieźć z Rzymu taki kamień?'. A ja mu wtedy powiedziałem: 'to ty będziesz tym kamieniem węgielnym'. Teraz ciągle o tym myślę. Dlaczego ja mu to powiedziałem? Rzeczywiście, teraz jego grób będzie kamieniem węgielnym”. Widać było, jak był głęboko wstrząśnięty. Trzeba dodać, że kard. Wojtyła bardzo przeżywał śmierć czy chorobę księży swojej diecezji, często odwiedzał chorych kapłanów i gdy tylko był w Polsce – prowadził ich pogrzeby.

Wspomnę jeszcze dwa spotkania z drugiej połowy lat 70., które szczególnie utkwiły mi w pamięci. Oba – z udziałem ks. Francesco Ricci, jednego ze współzałożycieli Communione e Liberazione. Przyjeżdżał do Polski oficjalnie jako osoba świecka, w paszporcie jako zawód miał wpisane: nauczyciel. Mimo ciasnoty, gościliśmy go u nas, aby nie był narażony na „hotelową rejestrację”. Odwiedzał kard. Wojtyłę w kurii i publikował (chyba jako pierwszy) jego teksty po włosku. W czasie jednego z tych pobytów wrócił tuż przed północą i zastał nas siedzących z księdzem kardynałem przy stole, na którym stała herbata, chleb i pasta rybna. Kiedy kardynał wyszedł, powiedział: „Ten człowiek powinien zostać papieżem!”. Byliśmy nieco zszokowani tymi słowami, ale nigdy później do nich nie wracaliśmy. Przypomnieliśmy je sobie dopiero 16 października 1978 roku.

Drugie spotkanie miało miejsce w naszej parafii, św. Królowej Jadwigi na Krowodrzy. Wówczas nie było tam jeszcze kościoła ani pozwolenia na jego budowę. Msze św. odprawiane były pod małym zadaszeniem przy wiejskim domku, który pełnił rolę plebanii i kancelarii parafialnej. Mieszkał w nim proboszcz, ks. Jan Dziasek, a wikarych przyjęli parafianie do swoich mieszkań. Kard. Wojtyła bardzo często odwiedzał tę parafię, aby odprawiając Mszę św., czy spowiadając pod gołym niebem zademonstrować władzom, że popiera starania wiernych o pozwolenie na budowę świątyni. W uroczystość Bożego Ciała, bodajże 1977 roku, uczestniczyliśmy we Mszy św., którą ksiądz Ricci koncelebrował z kapłanami naszej parafii oraz kard. Wojtyłą, a głównym celebransem był specjalny wysłannik Stolicy Apostolskiej ds. kontaktów z władzami PRL, abp Luigi Poggi. Po Mszy św. ks. Ricci powiedział: „Dobrze, że jest kardynał w Krakowie, muszę się kiedyś z nim umówić na spotkanie”. Zaproponowaliśmy, aby sprawę załatwić od razu, na co on z pewnym ociąganiem się przystał. Weszliśmy do salki-biura, gdzie wokół stołu siedzieli księża, zajadając chleb z wiejską kiełbasą. W rogu składanego tapczanu (czyli w „sypialni” proboszcza) siedział nieco speszony abp Poggi. Gdy weszliśmy, kard. Wojtyła wstał, przywitał się z nami, z dziećmi, z ks. Riccim, z którym ustalił spotkanie. Po chwili abp Poggi też wstał i przywitał się z nami. Dla nas było to jedno z wielu tego typu spotkań, natomiast ks. Ricci wyraźnie poruszony, powiedział: „Uczestniczyliście w rewolucyjnym wydarzeniu, bo oto po raz pierwszy w historii Kościoła włoskiego arcybiskup wstał przed zwykłym księdzem”. Uświadomił nam jak wyjątkowym biskupem był nasz kardynał; to co dla nas było tak bardzo naturalne – było niezwykłe.

SG: – Dorzucę jeszcze opowieść o jednym nieco zabawnym, ale i symbolicznym wydarzeniu. Otóż w 1974 r. kard. Wojtyła dał mi do przeczytania teksty dwóch poematów: „Medytacja o śmierci” oraz „Myśląc Ojczyzna”. Po przeczytaniu poszedłem do niego, żeby je z nim przedyskutować. Był grudzień. Spacerując ulicami Krakowa zasypanego śniegiem medytowaliśmy nad śmiercią, nad tajemnicą przejścia w chwili odchodzenia „stąd”. W chwili tej widzieliśmy wręcz unicestwienie naszego bycia i równocześnie stworzenie go do nowego życia. Mówiliśmy o łasce takiej odwagi, żeby w chwili śmierci móc skoczyć w przepaść, w nicość, w nadziei, że jakieś ręce wyciągną nas z tej nicości do innego życia. Nasza rozmowa była długa. Weszliśmy do Parku Jordana, gdzie kontynuując naszą dyskusję, zapomnieliśmy o czasie. Ocknęliśmy się na pół godziny przed północą. Brama parku była już zamknięta. Zaniepokoiłem się. Żona wprawdzie wiedziała z kim jestem, ale w tamtych czasach mogły się różne rzeczy przydarzyć, a przecież o telefonach komórkowych wtedy jeszcze nic nie wiedziano. Kardynał zauważył mój niepokój, chwycił mnie za rękę i powiedział: „Nie martw się. Wyjdziemy. Znam dziurę w ogrodzeniu tego parku!” Rzeczywiście znalazł ją. Wyszliśmy z zamknięcia. Odprowadziłem go jeszcze do jakiegoś domu, dosyć daleko od śródmieścia, gdzie czekała na niego grupa młodych profesorów i ich asystentów. Nieraz sobie myślę, że może podobnie wyjdziemy z tego życia.

Czy ks. kard. Karol Wojtyła bardzo się zmienił, kiedy został papieżem?

LG: – Bardzo znamienna była historia, która miała miejsce pierwszego lata po wyborze kardynała Wojtyły na Stolicę Piotrową. Byłam wtedy z córką, Moniką, u naszych włoskich przyjaciół. Pewnego dnia zostałyśmy zaproszone do Castel Gandolfo na Mszę św. Po wyjściu z kaplicy Ojciec Święty powiedział: „Teraz idziemy na śniadanie” i kazał nam iść za sobą. Zaczął swoim szybkim krokiem przechodzić przez piękne sale, potem wszedł po schodach na wyższe piętro, ale po chwili – zawrócił i zaczęliśmy schodzić na parter. Trochę ubawiony powiedział: „Nie dziwcie się, że nie znam dobrze tego domu, bo ja tutaj jestem pierwszy raz!”. Gdy już dotarliśmy do jadalni i usiedliśmy przy stole, Papież zapytał córkę: „Monika, jak mnie tu znajdujesz?” na co ona odpowiedziała: „Żyjesz tu jak król na Wawelu, ale w ogóle się nie zmieniłeś!” Zrobiły na niej duże wrażenie bogato zdobione sale Pałacu Apostolskiego, ale także ta sama co w Krakowie naturalność, prostota i serdeczność Gospodarza.

Jakie tematy poruszaliście Państwo w rozmowach z Ojcem Świętym?

SG: – Kiedy pracowałem w „Znaku”, bardzo często rozmawialiśmy na temat jego tekstów i problemów z nimi związanych. Ale rozmawialiśmy także na temat sytuacji w Polsce. Temat ten jednak poruszaliśmy już poza kurią, podczas długich spacerów w Lasku Wolskim albo w Ojcowie. Przypuszczaliśmy, że w pokojach kurii jest podsłuch. W kurii ksiądz kardynał mówił nieraz to, co chciał, żeby „oni” wiedzieli. Pamiętam taką jedną rozmowę, podczas której pytałem go, co mogę powiedzieć oficerowi SB, który wezwał mnie na rozmowę w związku z wyjazdem za granicę na zebranie wszystkich redakcji międzynarodowego czasopisma „Communio”. Kardynał mocnym głosem powiedział mi: „Powiedz im, że kardynał krakowski chce tego pisma i że to on cię wysyła na to zebranie”. Oni wiedzieli o tej inicjatywie, ponieważ już wcześniej złożyliśmy pierwszy numer tego dwumiesięcznika do Urzędu ds. Wyznań w Warszawie. Przy wyjściu, w drzwiach chwycił mnie za rękę i rzekł: „Bądź spokojny! Dabitur tibi in illa hora!”

Dobrze pamiętam rozmowę w Lasku Wolskim po moim powrocie z Belgii, kiedy opowiadałem mu o reakcjach w krajach zachodnich na wypędzenie Aleksandra Sołżenicyna z Rosji i o sytuacji, w jakiej znaleźli się wtedy lewicowi intelektualiści zafascynowani rosyjskim komunizmem, a może tylko tym, co on im „dawał”. Kardynał Wojtyła powiedział mi wtedy: „To jest najgorsza rzecz, największa krzywda jaką można wyrządzić człowiekowi – pozbawić go ziemi, na której się urodził. Lepiej na niej cierpieć prześladowanie, aniżeli zostać z niej wyrwanym”. Przypominały mi się te słowa później, kiedy on był już w Rzymie jako papież. On także został wyrwany z ziemi ojczystej, na której się począł i w którą wrósł. Wybór na papieża był dla niego przyjęciem krzyża od Chrystusa.

Drugą rozmowę, która dała mi wiele do myślenia, odbyliśmy po odebraniu w 1971 r. kard. Józsefowi Mindszenty’emu tytułu prymasa Węgier i po pobycie w Warszawie ówczesnego specjalnego wysłannika Stolicy Apostolskiej abp. Casarolego [władze komunistyczne Węgier zgodziły się na wyjście kardynała z ambasady USA, gdzie przebywał po rewolucji węgierskiej 1956 roku, przez prawie 15 lat, pod warunkiem, że opuści on kraj i zrzeknie się tytułu prymasa Węgier, na co papież Paweł VI przystał – red.].

Kardynał Wojtyła boleśnie przeżył takie potraktowanie kard. Mindszenty’ego. Polacy obawiali się podobnego scenariusza u nas – radio i prasa dawały przecież niedwuznacznie do zrozumienia, że ten sam los może spotkać prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego. Kardynał Wojtyła mówił mi wtedy: „Powinni byli poczekać! To człowiek stary, zasłużony, czegoś takiego takim ludziom nie należało robić!”.

W jakiej mierze – jako kardynał, metropolita krakowski i jeden z dwóch najważniejszych liderów Kościoła w Polsce – Karol Wojtyła był dyplomatą?

SG: – Dyplomacja kardynała Wojtyły opierała się na jednej zasadzie: zawsze mówić prawdę, ale mówić ją tak, żeby wróg nie mógł jej wykorzystać przeciwko innym i żeby nie czuł się obrażony. Kardynał był zawsze ponad polityką, dlatego mógł na nią wpływać. Oceniał ją z pozycji wiary i nadziei, które wiązały go z Tym, który jeden jest Prawdą. Na tym poziomie dialogu strona przeciwna traciła grunt pod nogami. Znamienne, że w latach siedemdziesiątych komuniści bardziej bali się metropolity krakowskiego aniżeli prymasa Polski.

Czy można było odczuć, że jego działania „polityczne” były poprzedzone modlitwą?

SG: – Oczywiście, uprawianie takiej polityki jest niemożliwe bez modlitwy. Kardynał Wojtyła wszystko czynił w obecności Boga. Kiedy przyszedłem do niego zaniepokojony chorobą córki, jego pierwszą reakcją były słowa: „Jutro rano odprawię za nią o siódmej Mszę św. – przyjdźcie wszyscy”. Modlitwa była pierwszym krokiem w pomaganiu innym. Gdy w Rzymie szedłem rano na Mszę św. do jego prywatnej kaplicy, zawsze zastawałem „białą bryłę modlitwy na klęczniku” – jak to ująłem w jakimś wywiadzie telewizyjnym i w amerykańskim filmie o Janie Pawle II. Spokój, z jakim podchodził do wszystkich problemów, świadczył o jego zadomowieniu w kontemplacji. Przychodząc do niego, wchodziło się w inny świat. Opowiadał mi ktoś, że przewodniczący Rady Wojewódzkiej w Krakowie po rozmowie z kardynałem Wojtyłą powiedział do jednego ze swoich współpracowników: „Cóż to za człowiek! Spociłem się, rozmawiając z nim”.

Duszpasterstwo akademickie w ówczesnym Krakowie było w rękach ludzi kontemplacyjnej modlitwy. W trwałej kontemplacji żył sługa Boży bp Jan Pietraszko, mistrz metropolity Wojtyły, bodaj najlepszy kaznodzieja, jakiego miał Kościół polski w XX wieku. Moja żona i ja byliśmy świadkami znamiennego wydarzenia w czasie kolacji u Papieża. Biskup Pietraszko wręczył mu swoją książkę. Papież, dziękując za nią, powiedział: „Biskupie Janie, ja się od Ciebie uczę teologii!”. Na co biskup Jan: „Ależ Ojcze Święty, to jest książka dla wikarych!” Po wyjściu od Papieża pytał nas w windzie: „Czy Ojciec Święty zażartował ze mnie?” Zapewniliśmy go, że nic podobnego nie miało miejsca. Często bowiem mówił nam, jak wiele zawdzięczał biskupowi Janowi. Szkoda, że postać bp. Pietraszki jest w Polsce mało znana. Nie zdajemy sobie sprawy, że teologiczne myślenie biskupa Jana i jego język były myśleniem i językiem Ojców Kościoła.

Świętość ukazuje się w wolności człowieka przede wszystkim od siebie samego. Wolność od rzeczy to konsekwencja wolności od siebie. Kardynał Wojtyła i biskup Pietraszko przywiązywali się do osób, a nie do rzeczy. Zawierzali się ludziom, czasem wręcz naiwnie. W pomaganiu innym byli hojni. Ale im więcej dawali, tym więcej otrzymywali, żeby móc dawać. Wolność Jana Pawła II od siebie samego i od swoich dokonań odsłaniała się w jego stosunku do bp. Jana. Kiedyś, jeszcze w Krakowie, powiedział nam: „Ile razy przemawiam do księży w obecności biskupa Jana, zawsze spoglądam na jego twarz. Jeżeli dostrzegam jakąś zmianę w jej wyrazie, wiem, że powiedziałem coś, co powinno być powiedziane inaczej”.

Kiedy Państwo po raz pierwszy pomyśleliście, że Karol Wojtyła to człowiek święty?

LG: – Trudno wskazać konkretny moment, gdyż Karol Wojtyła, jak każdy człowiek, całe życie dążył do świętości. Trzeba też pamiętać, że to Papież swoim autorytetem potwierdza świętość danego człowieka. Potwierdza na podstawie świadectwa jego życia oraz kultu, jakim jest otoczony po śmierci. Gdybym powiedziała, że już podczas pierwszego spotkania postrzegałam w biskupie Wojtyle świętego, byłaby to nieprawda. Jego dążenie do świętości było najbardziej widoczne w modlitwie – w Rzymie bardziej niż w Krakowie. Z pewnością znacznie trudniej jest skupić się w modlitwie, kiedy jest się papieżem i pełniąc tę posługę tak, jak czynił to Jan Paweł II – to znaczy na oczach całego świata. To nie był papież zamknięty w kaplicy, o którego modlitwie i czynach mogli zaświadczyć jedynie nieliczni świadkowie. Przeciwnie każde jego słowo, gest obserwował cały świat, a on na oczach całego świata, oślepiony reflektorami telewizji potrafił pogrążyć się w modlitwie, tak jakby był sam na sam z Panem Bogiem. Chociaż nie mówił o swoim pragnieniu osiągnięcia świętości, to jednak odczuwali to wszyscy, którzy się z nim osobiście spotkali lub oglądali w telewizji. Myślę, że najbardziej przejmującym i pewnym potwierdzeniem tego były ostatnie miesiące życia Jana Pawła II. Wówczas, kiedy zmagając się z chorobą doświadczył całkowitego ogołocenia z pięknego głosu, energicznego kroku i rozbrajającego uśmiechu, objawiło się jego milczące zjednoczenie z Chrystusem cierpiącym na Krzyżu.

Jaki był stosunek Ojca Świętego do kobiet?

LG: – Jan Paweł II był tak samo naturalny wobec kobiet, jak wobec wszystkich ludzi. Na pewno, bardziej niż jego poprzednicy, interesował się kondycją kobiety we współczesnym świecie. Jako pierwszy papież poświęcił kobiecie osobny dokument („Mulieris Dignitatem”) i często w swoim nauczaniu przypominał biblijną prawdę o tożsamości kobiety, równej mężczyźnie w swojej osobowej godności. Piętnował wszelakie formy dyskryminacji kobiet, co wprawiło w niemałe zakłopotanie wojujące feministki. Miałam okazję przekonać się o tym dzięki krótkiej i dość burzliwej znajomości z Marią Antoniettą Macciocchi (1922-2007). Ta dawna działaczka partii komunistycznej była ogromnie zafascynowana Janem Pawłem II i jego stosunkiem do kobiet. Mówiła i pisała o tym, że to właśnie Papież, a nie jej dawni towarzysze partyjni, zrozumiał kobietę i docenił jej rolę. Sama czuła się dzięki niemu dowartościowana jako kobieta. Nie rozumiała do końca papieskiego nauczania i w wielu punktach (aborcja, antykoncepcja) nie zgadzała się z nim, ale przyznawała, że dzięki jego słowom i postawie, zrozumiała, co to znaczy być kobietą w dzisiejszym świecie. Nieprzypadkowo mówię o postawie, zachowaniu się Jana Pawła II, bowiem i w tej dziedzinie (jak w wieku innych) był „rewolucjonistą”. Swoje nauczanie „ilustrował” gestem, słowem, uśmiechem. Był pierwszym papieżem, który nie wstydził się publicznie objąć lub pocałować stojącą przed nim kobietę, bez względu na to czy była to profesorka uniwersytetu, czarnoskóra z buszu czy biedna Meksykanka. Tak jak całował i błogosławił dzieci, tak samo, z taką samą czułością i szacunkiem całował i obejmował kobietę jako osobę. Nie słyszałam, aby nawet najbardziej złośliwi dziennikarze zarzucali Janowi Pawłowi II niewłaściwe zachowanie wobec kobiet.

SG: – Brałem udział w II Zgromadzeniu Specjalnym Synodu Biskupów dla Europy w 1999 r, na który zaproszono pięć osób świeckich, w tym jedną kobietę. Każdy z nas przemawiał podczas zgromadzenia plenarnego kardynałów i biskupów. Po skończonym wystąpieniu podchodziliśmy do siedzącego obok Jana Pawła II. Z każdym zamienił kilka słów. Kiedy podeszła do niego Irina Iłowajskaja Alberti, Papież wstał i rozmawiał z nią stojąc. Z nami, mężczyznami, rozmawiał siedząc. W Auli zapanowało co najmniej zdziwienie. Potem usłyszałem od niego: „Nie potrafię rozmawiać z kobietą siedząc”.

Mieliście Państwo wielokrotnie okazję spotykać się z Ojcem Świętym prywatnie, zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia…

SG: – Spotykaliśmy się zawsze w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Przychodziliśmy do niego na tzw. wieczór kolęd. Poza tym byliśmy też zapraszani przy różnych okazjach na kolację, bądź obiad. Początkowo dość często, ale później, w miarę postępowania choroby Ojca Świętego – spotkania takie stały się rzadsze.

Cofnijmy się jeszcze w czasie. 16 października 1978 – gdzie i jak przeżywaliście wybór Jana Pawła II na Stolicę Piotrową?

LG: – Gdy kard. Wojtyła wrócił po pierwszym konklawe 1978 roku, krążyły w Krakowie pogłoski, że był on jednym z kandydatów na Stolicę Piotrową. Wywarło to na nas duże wrażenie. Kiedy więc po śmierci Jana Pawła I miał wyjeżdżać do Rzymu, pomyśleliśmy, że trzeba się z nim pożegnać. Mieliśmy też do załatwienia dwie sprawy: mąż chciał prosić o autoryzację wywiadu o nauce społecznej Kościoła, który skończył redagować a ja chciałam, żeby przeczytał mój tekst o królowej Jadwidze, przygotowany do „Znaku”. Kiedy zapytaliśmy w kurii, kiedy można się spotkać z kardynałem, dowiedzieliśmy się, że pojechał do Bielska-Białej, na osiedle Złote Łany na bierzmowanie. Ponieważ moi rodzice mieszkali koło Bielska, postanowiliśmy ich odwiedzić, a potem – spotkać się z kardynałem. W niedzielę po południu przyjechaliśmy na parafię – okazało się, że właśnie kończono obiad. Ksiądz kardynał od razu do nas wyszedł. Był bardzo zamyślony, poważny. O cokolwiek go pytaliśmy, odpowiadał: „To potem, po moim powrocie”. Na końcu poprosiliśmy o Mszę św. z okazji zbliżającej się dziesiątej rocznicy naszego małżeństwa, a ksiądz kardynał niezmiennie odpowiedział: „Potem, po powrocie”. Gdy zapytaliśmy: „A co będzie, jeżeli ksiądz kardynał nie wróci?” odpowiedział: „Dlaczego macie takie eschatologiczne myśli?”. Następnie zaczął się z nami żegnać. Każdego ucałował, chwilę trzymał w objęciu i odszedł bez słowa. Kiedy wyszliśmy dzieci powiedziały, że „jakiś dziwny, inny był dzisiaj nasz ksiądz kardynał”. Spotkanie to wywarło na nas tak duże wrażenie, że z większą niż dotąd uwagą słuchaliśmy dziennika Radia Watykańskiego. Gdy podano wiadomość o wizycie kardynała w sanktuarium w Mentorelli, to zdaliśmy sobie sprawę, że musi być trochę prawdy w krążących pogłoskach.

W poniedziałek wieczorem, 16 października, poszłam na Mszę św. do parafii, a mąż tkwił przy radioodbiorniku i z Radia Watykańskiego dowiedział się o wyborze Karola Wojtyły na papieża.

SG: – Byłem wtedy w domu z ośmioletnią córką i pięcioletnim synem, który, jak tylko dotarło do niego, co się stało, zapytał mnie, czy może napisać list do nowego Papieża. „Jak najbardziej” – odpowiedziałem. Syn wyrwał kartkę z zeszytu i napisał na niej: „Kochany Ojcze Święty: oni Cię wybrali papieżem, a przecież ja Ciebie tak bardzo kochałem!” Potem chodziliśmy z przyjaciółmi po kościołach, po ulicach, na których odbywały się spontaniczne manifestacje, a w końcu dotarliśmy do mieszkania ś.p. Stasia Balewicza. Była już tam Danuta Michałowska, do białego rana próbowaliśmy wspólnie zrozumieć to, co się stało.

LG: – Radości z wyboru naszego kardynała towarzyszyło smętne przekonanie, że już nigdy nie będziemy się mogli z nim spotkać, tak jak dotychczas. Nie było jednak czasu na rozpamiętywanie smutnych przypuszczeń, bo zaczęły się gorączkowe przygotowania do wyjazdu na inaugurację pontyfikatu. Ojciec Święty wieczorem 16 października zadzwonił do kurii, mówiąc m.in: „Przyjedźcie, przyjedźcie jak najliczniej!”. Ks. kanclerz Bronisław Fidelus z właściwą sobie energiczną skutecznością sporządził listę pielgrzymów i zaczął starania o paszporty. Każdy z biskupów miał zarezerwowane dwa miejsca w samolocie. Biskup Jan Pietraszko, który błogosławił nasze małżeństwo, odstąpił nam swoje mówiąc: „Niech to będzie prezent ode mnie na waszą rocznicę ślubu”. Po kilku dniach wezwano nas wszystkich do kurii i tam w zatłoczonym salonie ks. Fidelus odczytywał nazwiska i rozdawał paszporty. Ten, kto pamięta, jak w tamtych czasach załatwiało się paszport, może zrozumieć nasze zadziwienie, wręcz niedowierzanie temu, co się działo owego wieczoru. Parafrazując słynne zdanie Jana Pawła II na wadowickim rynku, można by powiedzieć, że kiedy odbieraliśmy z rąk księdza paszporty, zaczęło się to wszystko, co miało odmienić oblicze naszej, polskiej ziemi.

SG: – Miałem z kardynałem bardzo znamienną dla mnie rozmowę, po jego powrocie z konklawe, na którym papieżem został wybrany kardynał Luciani, Jan Paweł I. Mówiłem kardynałowi o moich „obawach”, że pozostanie w Rzymie wybrany na Stolicę Piotrową. „Skąd te obawy?” – zapytał. „Bo zabrakłoby – odpowiedziałem mu – oparcia”. Zamilkł na chwilę i rzekł: „Nie byłoby tak źle. Pan Bóg na pewno dałby oparcie”. Nie miałem już wątpliwości, że kardynałowie musieli brać jego osobę pod uwagę. W kilka lat potem późniejszy biskup John Magee, sekretarz Pawła VI, Jana Pawła I, a następnie przez jakiś czas Jana Pawła II, powiedział mi, że Jan Paweł I w ostatni wieczór swego życia prosił: „Chodźcie ze mną, odmówimy modlitwy za konających”. Kilka dni przedtem wyznał swojemu sekretarzowi: „Kardynałowie wyrządzili mi krzywdę. Inny biskup powinien być wybrany, ale, niestety, on nie jest Włochem”. Monsignore Magee zapytał go, gdzie ów kardynał siedział podczas konklawe? – „Na wprost mnie” – odpowiedział Jan Paweł I. „Kiedy zostałem Mistrzem Ceremonii Papieskich, zajrzałem do dokumentu, w którym były wyznaczone miejsca dla kardynałów biorących udział w konklawe: naprzeciw kard. Lucianiego siedział kard. Wojtyła” – oświadczył bp Magee.

Kiedy Państwo przybyliście do Rzymu?

SG: – W 1980 r., chociaż zaproszenie mieliśmy już wcześniej. Nie było jednak proste przenieść się z całą rodziną do Włoch. Jan Paweł II powiedział mi: „Potraktujecie to jako powołanie!”. „Papieżowi się nie odmawia! Taka jest zasada w Kościele!” – stwierdzili biskup Pietraszko i ks. prałat Czartoryski.

Jak można scharakteryzować Karola Wojtyłę jako kapłana, filozofa, myśliciela?

SG: – Jako kapłan służył słowem oraz swoją obecnością, która także była słowem skierowanym do ludzi powierzonym jego duszpasterskiej trosce. Ratował dzieci, którym groziła aborcja. Wspierał finansowo tych, którzy znaleźli się w potrzebie. Wypełniał nakaz Chrystusa dany apostołom wtedy, kiedy ci użalali się nad ludźmi nie mającymi co jeść: „Wy dajcie im jeść!” Sam pośredniczyłem między nim a kimś, kto wyrzucany z pracy za swoje przekonania znalazł się z rodziną w bardzo trudnej sytuacji.

Nie był filozofem akademickim. Był myślicielem, którego zapładniała mistyka i poezja. Myślał tym, czym żył, a żył tym, co myślał. Uprawiał filozofię w najgłębszym tego słowa znaczeniu egzystencjalną. Nie egzystencjalistyczną, lecz egzystencjalną. Jeżeli chcemy nazwać go egzystencjalistą to tylko w takim znaczeniu, w jakim tym mianem określamy Gabriela Marcela.

Jaki jest obraz świętości w twórczości, w poezji Karola Wojtyły?

LG: – Myślę, że w utworach poetyckich Karol Wojtyła wyrażał swoje najbardziej intymne przeżycia. Ułatwiał to również fakt, że gdy je potem publikował używał pseudonimów. Najbardziej wyrazisty i pełny obraz świętości znajdujemy w dramacie „Brat naszego Boga”, gdzie autor wyraził swoje osobiste przemyślenia na temat świętości.

Jego poezja jest bardziej mistyczna niż literacka. Zatem nie można jej oceniać jedynie według literackich kryteriów. Trzeba ją odczytywać, podobnie jak poezję św. Jana od Krzyża, czyli jako wyraz życia wewnętrznego Wojtyły, jako wyraz doświadczenia Boga i prawd wiary.

„Tryptyk Rzymski” to rodzaj testamentu poetyckiego. Ojciec Święty wyraża w nim swoje przeżycia u kresu życia ziemskiego. Odwołuje się wprost do tego, co nastąpi po jego śmierci. Wydaje mi się, że nie jest najważniejsza literacka wartość „Tryptyku”, ale jego treść i moment, w którym Jan Paweł II zdecydował się go opublikować.

SG: – Według mnie, „Tryptyk” opiewa to, w czym życie Wojtyły było zakorzenione. Swoje Piotrowe nauczanie Jan Paweł II zaczyna od medytacji nad aktem stworzenia człowieka, mężczyzny i kobiety, oraz nad ustanowieniem rodziny w tym akcie. Zawsze potem wychodził od aktu stworzenia i wracał do niego. Wracał do korzeni człowieka. Pod koniec życia wrócił do nich właśnie „Tryptykiem rzymskim”. Szukał źródła i przejmująco o nie pytał: „Gdzie jesteś, źródło?” Gdzie jesteś Ty, który ciągle mnie stwarzasz? Pytając o Początek, pytał o Koniec. Pytał o nie inspirowany dziełem, jakie Michał Anioł zostawił w Kaplicy Sykstyńskiej. Siła „Tryptyku rzymskiego” jest siłą tego, co głoszą freski tej kaplicy. W „Tryptyku” Jan Paweł II zawarł syntezę tego, co mówił ludziom przez całe życie. Poemat ten jest też niemal proroczą zapowiedzią, że będzie dalszy ciąg jego Piotrowej pracy: „On wskaże!” Myślę, że Karol Wojtyła lepiej i głębiej wyraził swoje widzenie człowieka w poezji aniżeli w tekstach filozoficznych, co jest naturalne, ponieważ mówił o rzeczach, których nie da się wyrazić językiem jednoznacznym, jakim posługują się nauki oraz filozofowie, którzy chcą być naukowcami. Filozofia jest bliższa poezji aniżeli naukom ścisłym. Filozofia i poezja zapowiadają Mądrość, która nieustannie nadchodzi.

Czy docierały do Państwa sygnały, że Ojciec Święty przyjmował jakieś wyrzeczenia, umartwienia w konkretnych intencjach Kościoła, poszczególnych osób?

LG: – Z całą pewnością można powiedzieć, że Kościół był dla niego najważniejszy. Oczywiście modlił się za każdego człowieka, ale Kościół był na pierwszym miejscu. Natomiast nie możemy zbyt wiele powiedzieć o jakiś szczególnych umartwieniach, bo sam Ojciec Święty nigdy o nich nie mówił, „zamykał się” z nimi „w swojej izdebce”, gdzie przebywał sam na sam z Panem Bogiem.

SG: – Papież nie ustawał w modlitwie. Wszystko w swoim życiu przyjmował w sposób naturalny, bo w zawierzeniu się Bogu. Wszystko, nawet cierpienie, było dla niego darem Bożym. Nie pytał, dlaczego Bóg chce tak, a nie inaczej. Wystarczyła mu świadomość, że Bóg wie wszystko. Tak przyjmował śmierć osób bliskich: ojca, brata i przyjaciół. Może i umartwiał się w sposób szczególny, ale o tym nigdy nie mówił. Niech o tym mówi milczenie, a nie słowa, które wywołują sensacje.

Jak Jan Paweł II radził sobie z cierpieniem, które go dotykało?

LG: – Na początku potrafił nawet żartować na temat swoich chorób, chociaż było to dla niego trudne doświadczenie. Wszystko akceptował i zawierzał Bogu. Natomiast uderzał mnie fakt, że kiedy nawiązywał do zamachu z 13 maja 1981, to powtarzał, że w momencie, kiedy tracił przytomność miał absolutną pewność, że nie umrze. Nie wynikała ona z rokowań medycznych, ale jak sądzę jakiegoś wewnętrznego olśnienia. Przecież kiedy Papież został przywieziony do kliniki Gemelli, lekarze nie mieli żadnej nadziei, że przeżyje.

SG: – Po zamachu powiedziałem mu, że Pan Bóg w sposób okrutny posłużył się nim jako narzędziem dla sobie jedynie wiadomych celów. Popatrzył na mnie i mówił trochę do mnie, trochę do siebie: „Nie ma nic piękniejszego, zwłaszcza w życiu kapłana, jak być narzędziem w rękach Boga!”

Czy Ojciec Święty dzielił się wiedzą na temat sprawców tego zamachu?

SG: – Tylko raz podjął ten temat z nami w czasie obiadu. Sądzę, że wiedział, kto stał za zamachem.

Czy dostrzegaliście Państwo w życiu Jana Pawła II jakieś szczególne sytuacje, które były rezultatem dialogu i osobistej relacji z Panem Bogiem?

SG: – Myślę, że osobista relacja Jana Pawła II do Boga przejawiała się przede wszystkim w jego stosunku do ludzi. Szukał w nich Boga obecnego w ich pragnieniu wyjścia z opłotków życia ograniczonego do codziennej krzątaniny, a nierzadko z bardzo bolesnych doświadczeń. Zapewnieniem, że modli się za nich, wnosił pokój i nadzieję w ludzi, którzy go o to prosili.

LG: – Wszystkich uderzała głęboka modlitwa Ojca Świętego. Ilekroć wchodziło się do papieskiej kaplicy i widziało Jana Pawła II pogrążonego w modlitwie, można było dostrzec, że jest całkowicie skoncentrowany na dialogu z Bogiem.

Czy Jan Paweł II miał szczególnie ukochanych świętych?

LG: – Wymieniłabym przede wszystkim czterech świętych: Jana od Krzyża, Ludwika Marię Grignon de Montfort, Alberta Chmielowskiego i biskupa Stanisława ze Szczepanowa. Wiemy, że jako młody Karol Wojtyła miał zamiar wstąpić do karmelitów, a swój doktorat pisał o św. Janie od Krzyża. Grignon de Montfort pomógł mu zrozumieć istotę pobożności maryjnej. Z polskich świętych szczególnie bliski był mu brat Albert, który wpłynął na porzucenie sztuki dla kapłaństwa oraz święty Stanisław, który był niejako patronem i wzorem jego biskupiej posługi. Później bez wątpienia czerpał wiele inspiracji z orędzia przekazanego przez siostrę Faustynę Kowalską, ale „Dzienniczek” zaczął czytać dopiero po zamachu.

A jakie znaczenie miała dla ks. Karola Wojtyły jego znajomość ze św. Pio z Pietrelciny?

SG: – Nigdy nie rozmawialiśmy z nim o ojcu Pio. Narosło sporo legend wokół ich wzajemnych relacji. Wzorem dla jego posługi biskupiej był św. Stanisław, który sprzeciwił się władzy w imię prawa moralnego broniącego ludzi słabych. Na kształt jego posługi biskupiej niewątpliwie wpłynęli książę Adam Stefan kardynał Sapieha oraz kapelan księcia metropolity, ks. Jan Pietraszko, późniejszy biskup, a dzisiaj Sługa Boży.

LG: – Starania Jana Pawła II o wyniesienie na ołtarze tak wielu świętych wypływały z pragnienia, aby każdy wierny znalazł odpowiedni dla siebie wzór do naśladowania, model świętości. Pragnął pokazać, jak wiele dróg prowadzi do Boga.

SG: – Jestem przekonany, że dar wiary w tkwiące w człowieku możliwości heroicznego myślenia i równie heroicznego życia kardynał Wojtyła otrzymywał od Boga poprzez duszpasterskie kontakty z ludźmi młodymi. Kiedy przygotowywał ich do małżeństwa, widział ich czystość moralną i to umacniało go w przekonaniu, że droga panowania nad sobą jest jedyną drogą prowadzącą do rozwoju człowieczeństwa i do świętości. O świętość, a więc o wolność, zabiegał w każdym człowieku.

To także Jan Paweł II po raz pierwszy w dziejach beatyfikował małżonków…

LG: – Fakt wyniesienia do chwały ołtarzy 25 września 2001 małżeństwa Marii i Luigiego Quatroocchich, a następnie – już przez Benedykta XVI – rodziców św. Teresy od Dzieciątka Jezus, wskazuje, że w małżeństwie można osiągnąć świętość, że małżonkowie po śmierci mogą się razem cieszyć chwałą Królestwa Bożego, choć pewnie inaczej niż na ziemi. Moim zdaniem ukazywanie świętych małżonków jest szczególnie potrzebne dzisiaj w okresie kryzysu małżeństwa.

Jak będziecie Państwo przeżywali wyniesienie Jana Pawła II do chwały ołtarzy 1 maja? Co ten dzień będzie oznaczał dla Waszego życia?

SG: – Na pewno bardziej niż w inne dni będziemy się łączyć z nim w modlitewnym skupieniu domowym. Może zapragniemy być lepszymi. Mamy nadzieję, że pogłębi się w nas świadomość jego codziennej obecności w naszym życiu. Przeżywamy jego obecność oraz obecność Sługi Bożego bp. Jana Pietraszki pomiędzy nami, ilekroć uczestniczymy w Eucharystii. Takim przeżyciem będzie także Msza św. beatyfikacyjna, która przypomni nam, że jesteśmy powołani do świętości, tak jak on był do niej powołany.

Kim powinien być błogosławiony Jan Paweł II dla tego świata, który często dziś nie rozumie świętości?

SG: – Przypomnieniem, że celem ludzkiego życia jest pielgrzymowanie do Boga i ciągłe z Nim obcowanie. Świętość człowieka polega na kontemplowaniu Tego, który jeden jest święty i na byciu z Nim zawsze i wszędzie. Bóg jest obecny w ludziach pięknych. Jednym z nich był i jest Jan Paweł II. Z kim przystajesz, takim się stajesz.

LG: – Wielką rolę w tym, jak ludzie na całym świecie przeżyją beatyfikację Jana Pawła II, mogą odegrać media. Pamiętajmy, że nowy błogosławiony był znany i podziwiany głównie dzięki przekazowi mediów.

Chodzi o to, aby przekaz medialny z uroczystości beatyfikacyjnych, nie ograniczył się do komentowania emocji i pokazywania zewnętrznych objawów religijnych przeżyć. Ważne jest, aby ukazać, przekazać słowem i obrazem, że Jan Paweł II nie jest nowym bohaterem narodowym (co grozi szczególnie Polakom), czy idolem wesołej młodzieży, ale człowiekiem ściśle zjednoczonym z Bogiem, który winien być wzorem dla każdego chrześcijanina na każdy dzień. Beatyfikacja to wielkie święto, ale też wielkie zobowiązanie.

SG: – Z okazji beatyfikacji przypomnimy sobie cel ziemskiej pielgrzymki, co w jakiejś mierze może zmieni życie wielu małżeństw, rodzin, społeczeństwa. Może zmieni także życie polityków, jeśli uświadomią sobie, że Bóg widzi także ich działanie i z niego będzie ich sądził.

Rozmawiali: o. Stanisław Tasiemski i Krzysztof Tomasik

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.