O duchowości ks. Jana Kaczkowskiego opowiada Elżbieta Wiater
27 marca 2026 | 14:14 | Dawid Gospodarek | Kraków Ⓒ Ⓟ
Fot. Beata Zawrzel/REPORTER„Fundamentem postawy miłosierdzia jest znajomość własnej słabości, umiejętność przebaczania i zdolność do empatii. Mam wrażenie, że w ks. Janie te cechy z czasem coraz bardziej krzepły” – mówi w rozmowie z KAI dr Elżbieta Wiater, autorka książki „Linoskoczek. Biografia duchowa ks. Jana Kaczkowskiego”. 28 marca minie 10 lat od śmierci charyzmatycznego duchownego.
Dawid Gospodarek (KAI): Zdecydowałaś się na napisanie „biografii duchowej”, a nie klasycznego życiorysu. Co było największym wyzwaniem w poznawaniu i porządkowaniu wewnętrznego, duchowego świata ks. Jana Kaczkowskiego? Jak to robiłaś?
Elżbieta Wiater: Wybrałam tę formę literacką, ponieważ chciałam spojrzeć na życie mojego bohatera i niego samego jako całość. Po dekadzie od śmierci możliwe jest spojrzenie z dystansu, bardziej okiem historyka niż reportażysty i przeprowadzającego wywiad, i to pierwsze podejście jest mi bliższe.
Opracowanie tego typu biografii wymagało spojrzenia w szerszy kontekst, zarówno społeczno-towarzyski, że tak to ujmę, jak i świata idei, które były ks. Janowi bliskie. Sięgnęłam po wszystko, co było dostępne, z publikacji i wywiadów, wiele zaczerpnęłam także z biografii autorstwa Przemysława Wilczyńskiego. Ważne było też to, tak myślę, że jestem z tego samego pokolenia, co ks. Kaczkowski, więc dzieliliśmy wiele doświadczeń czasu dorastania, nawet jeśli wywodzimy się z odmiennych środowisk i regionów. To pozwoliło mi czasem „czytać między wierszami” opowieści o tym, jak wyglądało jego życie.
Tytuł „Linoskoczek” nawiązuje do słów matki księdza i jego skłonności do ryzyka i balansowania na granicy prowokacji. Dlaczego nigdy nie spadł?
To nie była nawet granica, uwielbiał się wychylać prawie do całkowitej utraty równowagi! Sam mówił, że kocha prowokować – traktował takie zachowania jako metodę na wybicie słuchaczy, w tym wiernych, z wygodnego status quo, z pielęgnowanych, często pokoleniami, przyzwyczajeń i schematów myślenia. Było w tym coś z gestów prorockich ze Starego Testamentu i podobnie jak prorocy obrywał za te zachowania od tych, których one drażniły. Inną rzeczą jest to, że były momenty, kiedy przesadzał. Na szczęście potrafił przeprosić i to szczerze. Myślę, że właśnie to (plus fakt, że Bóg czuwa nad swoimi szaleńcami) sprawiło, że nigdy nie spadł.
Wskazujesz na duży wpływ kultury francuskiej i modelu bon curé (dobrego proboszcza) na posługę ks. Jana. Jak ten romantyczny duszpasterski ideał zderzał się z twardą rzeczywistością Kościoła w Polsce?
Nie nazwałabym go romantycznym, zwłaszcza w tym rozumieniu, jakie mu nadawali myśliciele oświecenia – dla nich to określenie było pogardliwe. Taki był także punkt wyjścia do rozumienia kapłaństwa dla młodego Jana. Do końca życia podkreślał, że miał obraz kleru ukształtowany przez „Gazetę Wyborczą”, przez co należy rozumieć postrzeganie wszystkich księży m.in. jako niedouczonych i pazernych karierowiczów. Na szczęście seminarium pokazało mu, ale też jego bliskim, inną twarz hierarchii i Kościoła, tę zdecydowanie bliższą Ewangelii. Potem było różnie, w zależności od tego, z kim ks. Janowi przyszło współpracować, ale ratowało go to, że potrafił upomnieć się o siebie i nie zgadzał się na odbieranie sobie godności.
Ksiądz Jan zderzył się z powściągliwą mentalnością Kaszubów. Jak to spotkanie dwóch temperamentów ewoluowało w czasie i czego uczyło duszpasterza?
Kaszubi są nieufni, lubią to, co znają, najlepiej, żeby było takie jak zawsze. Ksiądz Jan ze swoimi inteligenckimi kazaniami i mówieniem o emocjach na początku ich trochę do siebie zraził. Był jednak księdzem, a to dawało mu dodatkową kartę w tej rozgrywce, bo księdzu, właśnie zgodnie z tymi odwiecznymi zasadami, daje się tam większy kredyt zaufania. Wierni cierpliwie znosili jego odmienność i go obserwowali. Kiedy okazało się, że kazania co prawda mówi jakieś nie takie jak inni, ale jest człowiekiem godnym zaufania w działaniu, został zaakceptowany. Zresztą im dłużej był kapłanem i pracował z tymi ludźmi, tym bardziej zaczął doceniać wartość tradycyjnych modlitw, praktyk, tego, że nie trzeba wynajdywać w sytuacjach kryzysowych (jak chociażby umieranie kogoś w rodzinie) na nowo koła. Można sięgnąć po wypracowane schematy duszpasterskie i w większości wypadków się sprawdzają. Do tego Kaszubi cenią rytuały, a to dobrze współgrało z tym, że ks. Jan od zawsze widział wartość piękna i stabilności rytuału.
Naukowo i z pasji ks. Jan zajmował się bioetyką. Przeciwstawiał się eutanazji, głosząc, że najskuteczniejszym lekarstwem w obliczu cierpienia jest ludzka bliskość. Jakimi metodami uczył tej sztuki „obecności” swój personel i wolontariuszy, którzy na co dzień mierzyli się z bezsilnością?
Na pewno własnym zachowaniem, bo był człowiekiem bardzo ciepłym w kontakcie, choć z zachowaniem kultury i szacunku. Kładł duży nacisk na dobrą komunikację, z tego podejścia zresztą narodziły się Areopagi Etyczne, w tym właściwe formy i słownictwo w kontakcie z chorymi. A czasem najzwyczajniej „gasił” poniżające zachowania ostrym słowem. A w tym był mistrzem. Podpowiadał też, jakie tematy można poruszać w rozmowach z chorymi i ich rodzinami, oraz podkreślał, że chory nie jest swoją chorobą. On sam, jak to określiła współpracująca z nim psycholog, nie żył glejakiem, ale z glejakiem. I o takie podejście właśnie chodziło mu w duszpasterstwie i pracy hospicyjnej.
W Puckim Hospicjum bezwzględnie egzekwowano prawo pacjenta do rzetelnej informacji o stanie zdrowia. Dlaczego mówienie prawdy o umieraniu – podanej oczywiście z empatią – było dla ks. Kaczkowskiego aż tak fundamentalnym postulatem bioetycznym?
Znajomość prawdy o własnym stanie zdrowia pozwala przede wszystkim na zdrowe przejście procesu żałoby, czyli pogodzenia się ze zbliżającą się śmiercią. Pozwala też uporządkować wiele rzeczy, które dotąd odkładało się na później, chociaż tego uporządkowania wymagają. W tej kategorii na pewno są relacje, zwłaszcza te trudne czy zaniedbane. Przekazanie tej prawdy jest też wyrazem szacunku wobec chorego: traktuje się go jak dojrzałego człowieka, który ma prawo do wiedzy na swój temat.
Kard. Ryś w 40. rocznicę spotkania JP II z muzułmanami: mamy czas, by przekazać jego naukę nowemu pokoleniu
Ważną przestrzenią działania ks. Kaczkowskiego była praca z trudną młodzieżą. Co dostrzegał w chłopakach po konfliktach z prawem, czego społeczeństwo zazwyczaj nie potrafiło w nich zobaczyć? I gdzie się nauczył tej wrażliwości i działania, które leczy zranienia, właśnie resocjalizuje? Jaką miał metodę?
Miał za sobą burzliwą młodość, więc mniej więcej poznał na własnej skórze mechanizmy, które stoją za tego typu ucieczką od rzeczywistości, bo w przypadku wielu z tych chłopaków droga w dół zaczynała się od miękkich narkotyków. Umiał słuchać i wiedział, także z własnego doświadczenia, jak wielką siłę do zmiany i rozwoju daje młodemu chłopakowi dobry ojciec lub mężczyzna będący mentorem, godny zaufania. Z którym można pogadać, wypłakać się mu, poszukać rady i odczytać w jego oczach dumę, kiedy przyjdzie się podzielić radością z osiągnięcia jakiegoś celu. Sam miał takiego tatę i tu zadziałała siła dobrego wzorca.
Potrafił też stawiać wymagania i konsekwentnie je egzekwować. Paradoksalnie właśnie dzięki temu jego „synkowie” czuli się traktowani poważnie.
Sam miałem możliwość mocno doświadczyć i obserwować, jak centralną rzeczywistością dla niego była Eucharystia, jak kochał liturgię. Także tę w starszej formie rytu rzymskiego, której mimo ograniczeń fizycznych się nauczył i naprawdę heroicznie – o czym zaświadczam jako ministrant – celebrował. Jak widzisz u niego tę eucharystyczną duchowość i jak ona wpływała na jego działanie?
Przytoczę po prostu anegdotę, którą sam opowiadał. Pewnego dnia szedł do ołtarza z poczuciem wewnętrznego buntu, „mieląc” jakieś trudności. Kiedy ucałował stół ołtarzowy, przez jego głowę przemknęła myśl: „Chrystus za ciebie umarł, a ty masz czelność się nie spalać?”. Ksiądz Jan głęboko żył prawdą, że Eucharystia jest ofiarą. Ucztą także, ale do uczestniczenia w tej ostatniej konieczne jest złożenie ofiary i ks. Kaczkowski świetnie to rozumiał. Ponadto kochał piękno, a liturgia, zwłaszcza starannie odprawiana, jest po prostu piękna. Przynosi wewnętrzny pokój i pozwala odzyskać równowagę.
Warto też wspomnieć, jak ważne dla ks. Jana było spowiadanie. Jeździł już na wózku inwalidzkim, a nadal wyruszał na korytarze hospicjum, żeby rozgrzeszać. Poruszył mnie ten obraz.
Ostatnie słowo, które wypowiedział przed śmiercią, brzmiało: „Miłosierdzie”. W jaki sposób stanowi ono klamrę dla całej jego duchowej biografii i łączy w sobie to, na czym zależało mu najbardziej?
Fundamentem postawy miłosierdzia jest znajomość własnej słabości, umiejętność przebaczania i zdolność do empatii. Mam wrażenie, że w ks. Janie te cechy z czasem coraz bardziej krzepły. Dochodziło do tego pragnienie działania, do ostatniej chwili, dla dobra tych, którym służył, i niesłychanie silne wyczulenie na godność każdego człowieka. Godność i wartość w oczach Boga, którego dobroci zawierzył wręcz heroicznie.
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

