Drukuj Powrót do artykułu

Ojciec Romana Protasewicza dla KAI: świat wszystko widzi

05 czerwca 2021 | 03:00 | Waldemar Piasecki | Wrocław Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. Zbyszek Kaczmarek/REPORTER

Światowa opinia publiczna i przywódcy światowi powinni „zwiększyć presję gospodarczą i polityczną na reżim Łukaszenki, uniemożliwiając jego dalsze istnienie”, a także „przekonać Łukaszenkę do uwolnienia Romana i jego dziewczyny, a także wszystkich więźniów politycznych w kraju”. Mówi o tym w rozmowie z KAI Dymitr Protasewicz, ojciec więzionego opozycjonisty białoruskiego Romana Protasewicza.

Waldemar Piasecki (KAI): Panie Dymitrze, nim porozmawiamy o synu Romanie, najpierw o Panu. Do niedawana był Pan wysokim oficerem armii białoruskiej i wykładowcą Białoruskiej Akademii Wojskowej w Mińsku. Otwierała się przed Panem kariera. Jak się stało, że jest Pan teraz w Polsce? Od kiedy?

– Mając czterdzieści sześć lat zrezygnowałem w stopniu podpułkownika ze służby w Siłach Zbrojnych Republiki Białoruskiej w październiku 2019 roku. Znalazłem pracę w banku. W sierpniu 2020 roku w obawie przed prześladowaniami ze strony władz, z powodu działań Romana, wraz z żoną Natalią, opuściliśmy kraj.

KAI: Gdzie pracowała? Kim jest z zawodu?

– Natalia ukończyła radiofizykę na Białoruskim Uniwersytecie Państwowym, wykładała wyższą matematykę w Akademii Wojskowej, a następnie pracowała jako bibliotekarka w tajnej bibliotece.

KAI: Można wiedzieć, jak udało wam się wyjechać?

– Wyjeżdżając na Ukrainę. 13 września 2020 roku. w Kijowie otrzymaliśmy wizę humanitarną i przyjechaliśmy do Polski. Jesteśmy tu do dziś.

KAI: Czy wyjazd Pana i żony Natalii uratował Was przed represjami? Jakie mogły one być?

– To oczywiste, że nas to uratowało. Dziś nie rozmawialibyśmy, tak jak rozmawiamy, gdybyśmy pozostali na Białorusi. Przyjazd do Polski uchronił nas przed represjami reżimu Łukaszenki. Mogli wziąć nas jako zakładników i wykorzystać przeciwko naszemu synowi w celu powstrzymania jego działalności czy wręcz ściągnięcia go na Białoruś.

KAI: Jaki związek miała decyzja o wyjeździe z zaangażowaniem syna w działalność opozycyjną? Podobno początkowo nie akceptował Pan tego, co Roman robi. Dlaczego? Co okazało się punktem zwrotnym?

– Wspieraliśmy naszego syna w jego działaniach, choć nie zawsze aprobowaliśmy. Ale to jest nasz syn i szanowaliśmy to, co robi. Szanowaliśmy jego wybory. On był pochłonięty tym, co robił. Żył swoją pracą. Przyznaję, że dopiero w sierpniu 2020 roku mogliśmy w pełni zrozumieć, co robi nasz syn. Nasz syn okazał się bardziej wymagający od nas. Dzieci powinny być zawsze lepsze od nas.

KAI: Uważa Pan dziś, że Roman miał rację?

– Tak, Roman miał rację, czego dowodzą działania władz białoruskich, na które świat patrzy z osłupieniem.

KAI: Powróćmy do kwestii osobistych. Co może Pan powiedzieć o waszej rodzinie? Z jakich okolic Białorusi pochodzicie? Ile macie dzieci?

– Urodziłem się w zachodniej części Białorusi. Mój pradziadek Adam, dziadek Franciszek i ojciec Iwan (Jan) to etniczni Polacy. Katolicy. Dziadek przez kilka lat służył w Wojsku Polskim w latach trzydziestych. Żona Natalia pochodzi z Mohylewa. Po ślubie w 1994 roku zamieszkaliśmy w Mińsku. Tam rok później urodził się Roman. Mamy też pięć lat od niego młodszą córkę Tatianę. Kończy niebawem studia. Jest mężatką, mieszka w Mińsku i to budzi nasz niepokój.

KAI: Jak wychowywany był Roman? Gdzie się uczył? Kim chciał zostać?

– Od dzieciństwa wykazywał zdolności do przyswajania wiedzy. W wieku pięciu lat czytał już na poziomie trzeciej klasy. Interesował się wieloma rzeczami, przede wszystkim komputerami. Czytał wiele książek, uczył się języków. Szybko, bardzo dobrze opanował polski i dobrze angielski. Po ukończeniu szkoły średniej wstąpił na Białoruski Państwowy Uniwersytet Informatyki i Radioelektroniki. Jednak po sześciu miesiącach studiów zdecydował się zostać dziennikarzem i przeniósł na Wydział Dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytet Państwowego.

KAI: Czy miał jakichś bohaterów swojej młodości? Wzory osobowe?

– Teraz trudno to sobie przypomnieć, ale zawsze chciał być w centrum wszystkiego. Przyciągali jego uwagę znani i doświadczeni dziennikarze. Dużo czytał i pracował.

KAI: Podobno był bardzo utalentowany od dziecka. Wygrywał różne konkursy i olimpiady wiedzy…

– Tak, Roman wielokrotnie brał udział w olimpiadach fizyki, matematyki, języków obcych. Roman to inteligentny, utalentowany młody człowiek. Jest laureatem wielu olimpiad, w tym międzynarodowych, uczestnik konferencji naukowych. Na przykład w 2011 roku kosmonauta Gieorgij Greczko osobiście wręczał Romanowi dyplom laureata Międzynarodowego Konkursu Kosmonautyki w Petersburgu. W 2017 roku wygrał konkurs dla młodych dziennikarzy z Białorusi i odbył staż w ramach programu Vaclav Havel Journalism Fellowships w Pradze. Miał stypendia także w USA. 30 maja Roman, przebywając już w lochach KGB, został laureatem prestiżowej Międzynarodowej Nagrody Ion Ratiu Democracy.

KAI: Już w liceum Roman wyraźnie zwrócił się w kierunku ruchów demokratycznych. W 2011 roku, jako 16-latek został po raz pierwszy zatrzymany za udziała w tzw. milczących protestach przeciwko sfałszowaniu białoruskich wyborów prezydenckich. Był to akt wielkiej odwagi, bo reżim wtedy trzymał się jeszcze mocno. Nie baliście się wtedy z żoną o Romana? Jakie było Wasze podejście do jego zaangażowania? Przestrzegaliście czy raczej dawaliście wolną rękę?

– Bardzo martwiliśmy się o naszego syna. Natalia często płakała, czasami próbowała go przekonać, żeby uważał, żeby nie wpadł w gąszcz rzeczy, bo to bardzo niebezpieczne. Ale można nas zrozumieć, jesteśmy rodzicami, mieliśmy nadzieję, jak ogromna liczba Białorusinów, że wszystko w naszym kraju zmieni się na lepsze, trzeba tylko poczekać. Ale czas pokazał inną sytuację

KAI: Na studiach dziennikarskich, Roman aktywnie zaangażował się w media społecznościowe i redagowanie portalu Vkontaktie, pokazującego prawdziwe oblicze reżimu Łukaszenki. Zakończyło się to wyrzuceniem syna z Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego. To ostatecznie przesądziło o jego dalszej drodze opozycyjnej jako niezależnego dziennikarza. Wspieraliście go jako rodzice na tej drodze?

– Rozmawiając od serca w rodzinnym gronie, wielokrotnie dyskutowaliśmy, że mało co jest w naszym kraju tak dobre, jak pokazują w kanałach telewizyjnych. Że rzeczywistość oficjalna narzucana przez reżim a ta prawdziwa, codzienna, doświadczana przez ludzi, to są różne światy. Pod wieloma względami zgadzaliśmy się z Romanem, ale jako rodzice rozumieliśmy, że ta droga jest pełna niebezpieczeństw z powodu reakcji władz białoruskich na takie działania.

KAI: W 2017 roku Roman po raz pierwszy stanął przed sądem za udział w zgromadzeniu przeciwko planom zbezczeszczenia masowych grobów ofiar NKWD na terenie lasu w Kuropatach poprzez wybudowanie tam kompleksu biurowego. Jak to przeżywaliście?

– Wiedzieliśmy, że nasz syn nie jest winny. Sam byłem wtedy na sali sądowej. Zarzuty były nieprawdziwe, wręcz absurdalne.

KAI: Czy był Pan sam represjonowany przez białoruskie KGB? Czy wywierano na Pana i Żonę jakąś presję? Na przykład, żeby właściwie syna „wychować”?

– Tak, była presja. Spotkania z funkcjonariuszami KGB, podsłuchy, groźby. Kiedy Roman działał na Białorusi i już po jego wyjeździe.

KAI: Kolejnym zaangażowaniem Romana było stworzenie portalu internetowego Nexta, który odegrał wielką rolę w wyborach prezydenckich wygranych przez Swietłanę Cichanouską, a sfałszowanych przez reżim Łukaszenki. Potem Nexta mobilizowała do protestów przeciwko dławieniu demokracji i praw człowieka. Syn musiał z Białorusi uchodzić. Jak przyjęliście tę decyzję?

– Chciałbym wyjaśnić, że syn wyjechał do Polski zanim wziął udział w projekcie Nexta. Jego wyjazd z Białorusi przyjęliśmy z Natalią bardzo boleśnie, bardzo się o niego martwiliśmy.

KAI: Ostatecznie Romanowi nie udało się osiąść w Polsce. Staramy się uwierzyć, że była to tylko wina biurokracji urzędu do spraw cudzoziemców. Kiedy jednak w listopadzie 2020 roku został zaocznie oskarżony na Białorusi o organizację masowych protestów (art. 293 białoruskiego kodeksu karnego), działania naruszające porządek publiczny (art. 342) oraz podżeganie do wrogości społecznej (art. 130), a Mińsk wystąpił do Warszawy o wydanie syna, ten znalazł swoje bezpieczne schronienie na Litwie. Nie na długo. Po białoruskiej akcji terrorystycznej, samolot, którym leciał do Wilna, został zmuszony do lądowania w Mińsku. Roman ze swoją dziewczyna Sofią został porwany przez służby Łukaszenki. Co się działo, kiedy ta wiadomość do Was dotarła?

– To był dla nas szok, nie mogliśmy uwierzyć, że coś takiego jest możliwe w centrum Europy w XXI wieku.

KAI: Czy wiecie, co się teraz dzieje z Romanem?

– Niestety nie wiemy, co się naprawdę dzieje z Romanem. Adwokatce 31 maja, 1 i 2 czerwca nie pozwolono zobaczyć się z Romanem. Ale w tym czasie, pod presją, został zmuszony do zagrania w filmie propagandowym na jednym z państwowych kanałów. Dopiero potem prawniczce pozwolono na krotko zobaczyć się z synem. Lekarz nie może się z nim zobaczyć, mamy poważne obawy o stan jego zdrowia.

KAI: Jaka jest opinia adwokatki Romana w kwestii dalszego rozwoju sytuacji?

– Póki co nie możemy powiedzieć nic konkretnego. Nie możemy nawet przewidzieć, kiedy prawnik zostanie do Roman ponownie wpuszczony.

KAI: Jaki będzie ciąg dalszy tego jego uwięzienia?

– W państwie białoruskim nikt nie może odpowiedzieć na to pytanie. Tym bardziej w którymkolwiek z państw demokratycznych.

KAI: Co powinna robić w tej chwili światowa opinia publiczna i przywódcy światowi, aby syna i jego dziewczynę uwolnić?

– Zwiększyć presję gospodarczą i polityczną na reżim Łukaszenki, uniemożliwiając jego dalsze istnienie. Przekonać Łukaszenkę do uwolnienia Romana i jego dziewczyny, a także wszystkich więźniów politycznych w kraju.

KAI: Czy prezydent Biden powinien temat poruszyć podczas spotkania z Putinem w Genewie?

– Zdecydowanie tak. Wierzymy, że to pomoże wyciągnąć z więzienia setki młodych ludzi, których jedyną „winą” był brak zgody na życie w takim państwie.

KAI: Mieszka Pan z żoną w Polsce. Jaki jest Wasz status pobytowy? Czym się zajmujecie? Czy czujecie tu bezpiecznie?

– Jesteśmy w Polsce na wizie humanitarnej. Pracujemy w jednej z ekologicznych firm we Wrocławiu. Czujemy się całkiem bezpiecznie, bo Polska jest krajem Unii Europejskiej, w którym działa prawo.

KAA: Czy nie myślicie wystąpić o obywatelstwo Polski w związku z Pańskim polskim pochodzeniem?

– Jeszcze nie zastanawialiśmy się nad tym…

KAI: Nie obawia się Pan, że Łukaszenko może kazać Pana, oficera białoruskiego, zastrzelić jako zdrajcę?

– Nie, nie boję się. Życie i bezpieczeństwo naszych dzieci jest dla nas ważniejsze.

KAI: Co chcielibyście z żoną powiedzieć Polakom?

– Wyrażamy naszą głęboką wdzięczność całemu narodowi polskiemu, rządowi i Prezydentowi za wsparcie w tym trudnym dla nas czasie.

KAI: Co chcielibyście powiedzie swoim rodakom na Białorusi?

– Drodzy rodacy! Zwycięstwo będzie nasze!

KAI: Już po przygotowaniu tej rozmowy do publikacji, reżimowe telewizja białoruska pokazała „wywiad” z Romanem. „Wszystko, co powie Protasewicz, zostało powiedziane pod przymusem – przynajmniej pod przymusem psychologicznym. To, co teraz mówi, jest czystą propagandą, pod którą nie ma podstaw do prawdy” – powiedział lider Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiosna” Aleś Bialacki w czwartek jeszcze przed emisją wywiadu. Jaki jest Pana komentarz do tego „wywiadu” syna?

– Dla każdego normalnego człowieka jest jasne, że syn został do tego zmuszony. Tak to komentują media światowe i postacie życia publicznego oraz opozycja białoruska. Wszystko mówi kadr z tego „wywiadu”. Ślady po kajdankach na rękach Romana dowiezionego na nagranie z więzienia. To ilustracja do czego zdolny jest Łukaszenko. Świat jednak wszystko to widzi.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

Fot. Twitter

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.