Polskie okno na Amerykę – rozmowa z Wojciechem Kaniewskim
15 marca 2026 | 21:41 | Waldemar Piasecki | Bristol Ⓒ Ⓟ
Wojciech Kaniewski w salonie swego domu; fot. archiwum prywatne„Na miarę możliwości wspieram polskie organizacje kombatanckie i ich zaangażowanie patriotyczne w Amerykańskiej Częstochowie. W środowiskach amerykańskich staram się eksponować postaci polskich bohaterów drugiej wojny, których heroizm może być dla wszystkich przykładem. Chodzi przede wszystkim o Jana Karskiego i Witolda Pileckiego” – mówi Wojciech Kaniewski. Właściciel firmy „Okna Windows” produkujący jedne najlepszych okien w Stanach zjednoczonych w rozmowie z Waldemarem Piaseckim dla KAI nawiązując do obchodzonego w tym roku 250-lecia niepodległości USA podkreśla, że jest to święto wszystkich polskich Amerykanów: „Mamy w historii Stanów Zjednoczonych swój znaczący udział, którego nikt nam nie odbierze. Nie muszę dodawać, że nasza grupa etniczna miała także ogromne znaczenie dla formowania się katolicyzmu na ziemi amerykańskiej. W dzisiejszej rzeczywistości Polska to najbardziej wyrazisty sojusznik Ameryki i zapewne najbardziej proamerykańskie państwo na świecie”.
Waldemar Piasecki (KAI): Mieszka Pan wyjątkowo prestiżowej w okolicy Washington Crossing, miejscu ściśle związanym z historią amerykańskiej niepodległości, której 250-lecie przypada w tym roku. Co się wtedy zdarzyło w Pana dzisiejszym sąsiedztwie?
Wojciech Kaniewski: W środku Nocy Wigilijnej 1776 roku Jerzy Waszyngton ze swym wojskiem przeprawił się przez rzekę Delaware ze stanu Pensylwania do stanu Ne Jersey by z zaskoczenia uderzyć na niemieckie wojska heskich najemników będących na żołdzie armii brytyjskiej dowodzonej przez markiza Charlesa Cornwalisa, która miała zmiażdżyć młode państwo amerykańskie powołane Deklaracją Niepodległości z 4 lipca tegoż roku. Wróg zajęty świętowaniem Bożego Narodzenia zupełnie nie spodziewał się pojawienia się wojska amerykańskiego. Jego zwycięstwo miało wielkie znaczenie dla przyszłego losu Stanów Zjednoczonych. Uwiecznił je na swoim obrazie niemiecki – nomen omen – malarz Emanuel Leutze i w 1851 roku podarował Stanom Zjednoczonym. To kultowe dzieło, które zna każdy Amerykanin od dziecka. Fakt, że mieszkam w pobliżu tego historycznego dla Ameryki miejsca uważam za symboliczny.

Waszyngton przekracza rzekę Delaware by uderzyć na wroga w Trenton. Fot. Wikipedia
Ale nie z tego przede wszystkim powodu rozmawiamy. Jest Pan uważany za przedstawiciela polskiej emigracji lat dziewięćdziesiątych, który odniósł największy sukces w Stanach w dziedzinie przemysłu. Podziela Pan ten pogląd?
Coś się udało zrobić… Oczywiście nie znam wszystkich Polaków, którzy zajmują się w Ameryce produkcją przemysłową konkretnych dóbr. Pośród tych, których znam, nasza firma lokuje się rzeczywiście w ścisłej czołówce. Lokuje się też w ścisłej czołówce amerykańskich producentów naszej branży.
Skąd nazwa Okna Windows?
Bo okna po angielsku to windows. Prosto jest najlepiej. Simply the best…
Czy przez Wasze okna lepiej widać Amerykę?
Na pewno wyraźniej. Bez zbędnych zniekształceń światła, przymgleń i zaparowań czy przemarzania. Świat widziany z wnętrza domu taki, jak na zewnątrz. Może czasem nawet lepiej.
W opinii rynkowej produkcja firmy Okna Windows porównywana jest do luksusowych samochodów? Jakich?
Od Mercedesa wzwyż…
Z rocznym przychodem szacowanym na kilkadziesiąt milionów dolarów, jak można się dowiedzieć z ogólnodostępnych danych…
No comments. Proszę o następne pytanie.
Kim są wasi klienci?
Nie produkujemy masówki. Całość produkcji robiona jest pod wymiar i zamawiana u nas przez sieć dealerów, których mamy ponad 190 w całych Stanach,. Od Północnej Dakoty po Teksas i od Nowego Jorku po rzekę Missisipi. Najczęściej nasza produkcja trafia do indywidualnych odbiorców. Ich posiadłości i domów.
Wasze okna można znaleźć w rezydencji wielu bardzo znanych Amerykanów z obszaru polityki i biznesu, świata kultury i sztuki. Znanych filmowców i aktorów nie wyłączając…
Nie będę zaprzeczał.
Jakieś nazwiska?
Idziemy o krok za daleko. Takich informacji nigdy się nie ujawnia bez zgody zainteresowanych. Żelazną zasadą jest absolutne zachowanie prywatności. Jeżeli jakiś celebryta chce pochwalić nasz produkt, bo go ceni, nie ma sprawy. Sami z siebie tego nie robimy.
Ale produkcja i zatrudnienie waszej fabryki w pensylwańskim Bristolu tajemnicą nie jest…
Zatrudniamy około trzystu pięćdziesięciu pracowników. Produkujemy około dziewięciuset okien dziennie, a ponad 200 tysięcy rocznie. Nasza fabryka zajmuje powierzchnię dwudziestu dwóch tysięcy metrów kwadratowych. Jest w pełni nowoczesna, skomputeryzowana, stale modernizowana oraz odpowiadająca najnowszym osiągnięciom produkcyjnym i organizacyjnym naszej branży. Dostrzegają to najlepsi eksperci naszej branży w Ameryce.

Wojciech Kaniewski w hali produkcyjnej; fot. autor
Z czego, jak rozumiem, jest Pan dumny…
Oczywiście.
Na tym na razie poprzestańmy. Zajmijmy się dochodzeniem do Pańskiego sukcesu. Z jakich stron Polski i z jakiej rodziny Pan się wywodzi?
Jestem warszawiakiem. Rodzice mieszkali na Ochocie, a pracowali w Ursusie, gdzie się zresztą poznali. Dziadek ze strony ojca, Bronisław Kaniewski był wiernym żołnierzem, a potem podoficerem marszałka Józefa Piłsudskiego. Musiała być ta wierność odwzajemniana skoro znalazł się w obstawie Marszałka i jego najbliższego otoczenia, kiedy ten 12 maja 1926 roku udawał się na most Poniatowskiego by spotkać się z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim i prosić o wycofanie poparcia dla rządu Wincentego Witosa stworzonego przez nieudolną i znienawidzoną koalicję sił narodowo-chrześcijańskich i ludowych zwaną Chjeno-Piastem. Kiedy Piłsudski otrzymywał odmowę Wojciechowskiego, po której pozostawało już tylko przejęcie władzy siłą wiernych Marszałkowi żołnierzy, dziadek był niedaleko tego wydarzenia w zabezpieczaniu tego miejsca. Wspominał to do końca życia. Lata przedwojenne spędził na gospodarce w Grodzisku Mazowieckim. Po tak zwanym wyzwoleniu spod hitlerowskiej okupacji, dziadek-piłsudczyk zajmował się główne schodzeniem z celownika komunistom. Dlatego między innymi posłał swego syna do pracy w fabryce traktorów w Ursusie.

Od lewej do prawej: ppłk Kazimierz Stamirowski, por. Marian Żebrowski, gen. Gustaw Orlicz-Dreszer, Józef Piłsudski, mjr Włodzimierz Jaroszewicz, Por. Michał Galiński; fot. Wikipedia
Dziadek ze strony mamy, Mikołaj Kalinowski był reemigrantem z Ameryki. Pod Białymstokiem kupił majątek. Prowadził barwne życie. Z za oceanu sprowadził na przykład konie, które miał jedynie ku uciesze. Kiedy we wrześniu trzydziestego dziewiątego weszli Sowieci i zajęli majątek, dziadek nieopatrzenie postawił im się komunikując, że jest… obywatelem amerykańskim. Zapłacił za to życiem. Po wojnie rodzina niemal wszystko straciła i musiała sobie jakoś radzić w nowych warunkach. Mama poszła do pracy w Ursusie.
Przyszedł Pan na świat w tak „urobotniczonej” rodzinie na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Zdobył Pan wykształcenie mechaniczno-samochodowe…
Tak było. Ciągle jednak ciągnęło mnie w świat. W początku lat osiemdziesiątych, dzięki jakimś rodzinnym koneksjom, udało mi się wkręcić do przedsiębiorstwa „Megadex”, które eksportowało wtedy do Nigerii i tam instalowało urządzenia elektryczne. Po wielu rozmaitych „przygodach” udało mi się zakwalifikować na wyjazd kontraktowy do tego kraju. Nie było to łatwe, bo okazało się, że ci, co decydowali dowiedzieli się, pewnie z bezpieki, o moim dziadku piłsudczyku. Dostawałem jakieś idiotyczne pytania w tej kwestii. Zawsze odpowiadałem, że niby gdzie on miał służyć jak nie u Piłsudskiego, który wtedy dowodził? Wreszcie się odczepili i pozwoli wyjechać. Te trzy i pół roku pracy w Nigerii pozwoliło odłożyć sporo, jak na polskie warunki, oszczędności.
I co dalej?
Też się zastanawiałem. Kolega, który mieszkał w Stanach Zjednoczonych i akurat był w Polsce zaproponował, żebym do niego przyjechał na zaproszenie. Poszedłem do amerykańskiego konsulatu w Warszawie bez specjalnej nadziei, że dostanę wizę. Konsul wdał się w rozmowę ze mną i pewnie zrobiło na nim wrażenie, że miałem dziadka Amerykanina. Dostałem!
Jak wyglądały Pana początki w Stanach?
Poleciałem sam, bo zapraszający mnie kolega musiał pozostać w Polsce w związku ze sprawami rodzinnymi. Odebrała mnie z lotniska w Nowym Jorku jego znajoma. Zwiedzałem miasto. Potem zacząłem się rozglądać na Greenpoincie za jakimś zajęciem. Trafiłem do polskiego warsztatu samochodowego. Właściciel szybko się zorientował, że coś potrafię. Dał mi zadanie uruchomienia starego auta z lat pięćdziesiątych, z którym nie mogli sobie poradzić, a na które był dobry kupiec-kolekcjoner. Udało mi się je nie tylko odpalić, ale przygotować do sprzedaży. Poszło za dobre pieniądze. Szef mi dziękował. Myślałem, że da mi jakąś podwyżkę, bo miałem tylko pięć dolarów na godzinę, ale oczywiście się zawiodłem. Jeden z klientów, który widział, co umiem polecił mnie do amerykańskiego warsztatu na Queensie. Od razu dostałem piętnaście dolarów na godzinę. Po jakimś czasie dostałem propozycję pracy przy renowacji starych mebli. Właścicielem firmy był polski Żyd, który przyjechał do Stanów z Izraela. Traktował mnie bardzo dobrze, niemal po synowsku. Na koniec zaproponował, abym został wspólnikiem. Zarobiłem trochę pieniędzy i uruchomiłem własną firmę zajmująca się adoptowaniem podpiwniczeń domów na cele mieszkalne. W końcówce lat osiemdziesiątych był na to w Nowy Jorku prawdziwy szał. Miałem cztery własne brygady remontowe, które pracowały na okrągło. Nie narzekałem.
Na początku lat dziewięćdziesiątych powrócił Pan jednak do Polski…
Pod wpływem przemian dokonywanych po transformacji ustrojowej prywatyzowanych było wiele przedsiębiorstw. Podlegało jej, między innymi, przedsiębiorstwo „Eltor” zajmujące się elektryfikacją wsi, posiadające filie w całej Polsce. „Eltor” miał ogromną bazę magazynową, którą można było wykorzystać. Rozpocząłem zatem sprowadzanie ze Stanów okien, a następnie ich produkcję w pomieszczeniach po „Eltorze” w Kielcach, w oparciu o amerykańskie profile okienne. Biznes rozwijał się bardzo dobrze. Amerykańscy producenci profili byli pod dużym wrażeniem. Postawili sprawę jasno. Skoro potrafiłeś zorganizować produkcję okien z naszych profili w Polsce, to dlaczego nie mógłbyś zrobić tego samego w Stanach? Wracaj do Ameryki.
I tak się stało?
Nie tak od razu. Byłem już żonaty, miałem dwójkę małych chłopaków. Decyzja wiązała się z przeprowadzką na dobre i ustabilizowaniem życiowym w Ameryce. Ostatecznie, w 1994 roku, po naradach z żoną Marzanną, podjęliśmy taką decyzję. Partnerzy amerykańscy znaleźli w Bristolu w stanie Pensylwania odpowiednią halę i ostatecznie tu wylądowaliśmy. I tak już… 32 lata. Dwa lata temu świętowaliśmy trzydziestolecie.
Hucznie?
Stosownie.
Czyli decyzja z 1994 roku była – jak się okazało – dobra?
Z perspektywy czasu oczywiście można tak powiedzieć. Był to jednak stały proces konsolidacji całego procesu produkcyjnego w jednym miejscu. Zaczęło się od jednej hali produkcyjnej o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych z magazynem w innym miejscu, z którego trzeba było dowozić profile i szkło. Szukaliśmy opcji zorganizowania tego pod jednym dachem, żeby eliminować problemy logistyczne. Tak się, krok po kroku, działo. Dziś mamy dwadzieścia tysięcy metrów i wszystko w jednym miejscu. Od strony produkcyjnej dążyliśmy do jej unifikacji, tak aby w oparciu o te same element możliwe było wytwarzanie dowolnych rodzajów i gabarytów okiennych, które byłyby łatwe w montażu. Oczywiście przy zachowaniu najwyższej możliwej jakości.
No i do czego doszliście?
Jeżeli idzie o wielkość produkcji lokujemy się w pierwszej czterdziestce firm amerykańskich. Kiedy jedna mowa o jakości naszego produktu: trwałości fizycznej, izolacji termicznej i odporności na ubytki ciepła, wytrzymałości na penetrację powietrza i wody oraz ogólne walory energetyczne a także estetytkę, w każdej z tych kategorii lokujemy się w pierwszej trójce. Po sportowemu, zawsze stoimy na podium.
Z jakiego materiału produkujecie wasze okna?
Najwyższej jakości. Jest to wysokogatunkowy polichlorek winylu czyli PCV albo kompozyt szklano-polimerowy w produkcji obramowania w dowolnych kolorach albo fakturze drewnopodobnej oraz dowolnie konfigurowane i zespalane szkło o różnej liczbie komór wypełnianych argonem lub kryptonem. Do tego takiej samej jakości okucia i zamki.
W luksusowej cenie?
Tu akurat staramy się nie przesadzać. Relacja jakości do ceny jest zdecydowanie akceptowalna. Choć nie są to popularne tanie okna, do wymiany po paru latach. To niezawodne okna na długie latach. Trochę jak popularnym brytyjskim powiedzeniu: „nie stać mnie na kupno taniego garnituru”.
Wasza produkcja jest w pełni zautomatyzowana. Udział czynnika ludzkiego niewielki.
To prawda. Zainwestowaliśmy w automatyzację i robotyzację niemałe środki. Dzięki temu osiągnęliśmy jakość produkcji trudną do osiągnięcia dla innych. Czynnik ludzki pozostanie jedna zawsze ważny. To w końcu ludzie kontrolują i programują urządzenia produkcyjne.
Stale inwestujecie. Nie obawiacie się stagnacji rynku?
Bez inwestycji w stale rozwijające się technologie nie da się być konkurencyjnym. Co do stagnacji, to nie w naszej branży i nie przy standardzie naszej produkcji.
Siedziba firmy w Bristolu przypomina biznesowe budynki na Manhattanie. Skąd ten rozmach?

Siedziba i logo firmy; fot. Autor
Jest dobre polskie przysłowie, że jak cię widzą, tak cię piszą… W Ameryce się to sprawdza. Otoczenie w jakim dzieje się biznes ma znaczenie. Nie powinno się na tym oszczędzać.
W prowadzeniu firmy aktywnie pomaga Panu rodzina…

Rodzina Kaniewskich podczas minionych świąt; fot. archiwum rodzinne
Zawsze to podkreślam. To przede wszystkim żona Marzanna, ale także synowie trzydziestoośmioletni Łukasz i młodszy o trzy lata Paweł. Obaj są absolwentami kierunku zarządzania biznesem na zaliczanym do „Ivy League” Penn State University w Filadelfii. Mam też dwudziestosiedmioletnią córkę Joannę, też po tej uczelni. Ona jednak zaangażowana jest w inną działalność. W ramach dywersyfikacji biznesowej prowadzimy także budownictwo domów. Joasia zajmuje się ich sprzedażą. Mam również trzy wnuczki i jednego wnuka, z który jestem niezwykle dumny. Żoną Łukasza jest rodowita lwowianka Irena wywodząca się z polsko-ukraińskiej rodziny i pomagającą walczącej z najazdem rosyjskim Ukrainie.
Jest Pan polskim patriotą wspomagającym dokumentowanie naszego udziału w amerykańskiej rzeczywistości…
Na miarę możliwości wspieram polskie organizacje kombatanckie i ich zaangażowanie patriotyczne w Amerykańskiej Częstochowie. W środowiskach amerykańskich staram się eksponować postaci polskich bohaterów drugiej wojny, których heroizm może być dla wszystkich przykładem. Chodzi przede wszystkim o Jana Karskiego i Witolda Pileckiego.
Uważa się Pan także za zdeklarowanego Amerykanina. Ameryka odwzajemnia te uczucia?
Dostałem w tym kraju ogromną szansę zbudowania życia i pomyślności dla siebie i całej rodziny. Jak mogę, staram się swej wdzięczności dowodzić. Ze gestów wzajemnych najwyżej cenię przekazanie mi przez Kongres Stanów Zjednoczonych amerykańskiej flagi, która nad nim powiewała oraz stosownego dokumentu ten fakt potwierdzającego. To wzruszające i symboliczne.
Ameryka świętuje w tym roku swoje 250-lecie. Czy to także Pańskie święto?
Oczywiście. To święto wszystkich polskich Amerykanów. Mamy w historii Stanów Zjednoczonych swój znaczący udział, którego nikt nam nie odbierze. Nie muszę dodawać, że nasza grupa etniczna miała także ogromne znaczenie dla formowania się katolicyzmu na ziemi amerykańskiej. W dzisiejszej rzeczywistości Polska to najbardziej wyrazisty sojusznik Ameryki i zapewne najbardziej proamerykańskie państwo na świecie.
Jak podsumowałby Pan swoje ponad trzydzieści lat w Ameryce?
Po pierwsze jestem tu obecny i dobrze rozpoznawalny, jako Polak i Amerykanin. Po drugie, jestem w stanie ciągłej choroby zawodowej, którą są… okna. Już się z niej nie wyleczę.
Załóżmy przez chwilę, że próbowałby się Pan leczyć. Czym?
Pewnie winiarstwem. Jestem miłośnikiem wina. Najbardziej smakuje czerwony, wytrawny Malbec. To stary szczep francuski z okolic Bordeaux. Daje ciemne, o głębokiej barwie wina o intensywnych aromatach śliwki, jeżyny i czekolady oraz aksamitnej strukturze. Znakomicie pracuje z czerwonym mięsem, indykiem czy wieprzowiną i jagnięciną. „Lubi” przyprawy i sosy oraz sery pleśniowe. Niebo w gębie dla smakosza. Mam skomponowane swoje dwie marki. Tego wina dostarczane są z Chile z Colchagua Valley i z Napa Valley w Kalifornii. Dojrzewają w moich piwnicach. Potem cieszą smakiem całą rodzinę i moich gości. Gdybym miał kiedyś coś robić poza oknami, to pewnie hodować szczep Malbec na własnej winnicy, a potem robić własne wino.
Podobnej klasy jak okna?
Zawsze trzeba próbować być najlepszym we wszystkim, co się robi. Sky is the limit…
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Waldemar Piasecki
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

