Drukuj Powrót do artykułu

Prof. Skibiński: Książka Gore’a o Opus Dei to nie literatura faktu, a strumień świadomości nieskrępowany rzeczywistością

21 maja 2026 | 18:09 | Dawid Gospodarek, dg | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. YouTube

To nie jest literatura faktu, lecz strumień świadomości nieskrępowany rzeczywistością – mówi prof. Paweł Skibiński o książce Garetha Gore’a „Opus Dei. Brudne pieniądze, handel ludźmi i skrajnie prawicowa organizacja kościelna”. “Każdy, kto ceni rzetelność dziennikarską i próbę dotarcia do prawdy, musi odnieść wrażenie, że Gareth Gore jest albo nieuczciwy, albo pogrążony w pewnego rodzaju obsesji. W tej książce istnieje tylko jeden sposób analizowania informacji: obsesyjne szukanie obciążeń” – podkreśla historyk w rozmowie z KAI.

Dawid Gospodarek (KAI): Opus Dei to wspólnota funkcjonująca w Kościele, ciesząca się w nim uznaniem. Jej założyciel został kanonizowany. Jednocześnie od lat towarzyszy jej pewna aura tajemniczości, masa teorii spiskowych, obecnych również w popkulturze. Skąd bierze się ta tajemniczość i skłonność do doszukiwania się w Dziele spisków?

Paweł Skibiński: Myślę, że składa się na to kilka elementów. Po pierwsze, warto pamiętać, że Dzieło rozwijało się w specyficzny sposób. Powstało pod koniec lat 20. XX w. w Hiszpanii, ale jego prawdziwy, globalny rozwój przypadł na lata od 40. do 90. XX wieku.

Tym, co odróżniało Opus Dei od innych formacji w Kościele, jest fakt, że jest to przede wszystkim formalna instytucja hierarchiczna Kościoła – prałatura personalna. Papież Franciszek doprecyzował ostatnio rozumienie tego terminu prawnego, a proces definicji charakteru takiej prałatury prawdopodobnie jeszcze się nie zakończył. Głównym problemem w odbiorze społecznym jest to, że Opus Dei pozostaje jedyną prałaturą personalną. Nie wynika to jednak z życzenia samej organizacji, ale z faktu, że Stolica Apostolska nie uznała dotąd innych instytucji za odpowiednie do ubrania w tę konkretną szatę prawną.

Z punktu widzenia historycznego ważniejsze wydają mi się jednak inne kwestie. W latach 50., 60. i 70. XX w. w Kościele panowała moda na podkreślanie tzw. opcji preferencyjnej na rzecz ubogich. Przez wiele środowisk było to rozumiane w taki sposób, że katolik musi być człowiekiem ubogim materialnie, a w wielu interpretacjach publicystycznych – wręcz życiowo niezaradnym, kimś spoza realnej sfery oddziaływania na współczesne społeczeństwo.

Opus Dei miało być dla wpływowych elit?

Dzieło, przede wszystkim dzięki swojemu założycielowi, miało mocne poczucie – obecne przecież w katolickiej tradycji, że powinno zwracać się do wszystkich warstw społecznych – od najuboższych po najbogatszych – aby zmieniać duszę każdego i prowadzić go do nawrócenia. Bardziej spektakularne wydawało się to w przypadku osób wysoko postawionych czy lepiej sytuowanych. Często nie zauważano licznych działań Dzieła skierowanych do najuboższych np. w Ameryce Łacińskiej czy Hiszpanii, a skupiano się na miejscach, gdzie Dzieło pojawiało się jako niemal jedyna wówczas forma duchowości katolickiej – wśród menedżerów, prawników czy polityków. Budziło to pewien niesmak u części katolików nierozumiejących tego podejścia, a z drugiej strony prowokowało mocne ataki osób spoza Kościoła.

Drugi, bardzo ważny aspekt, to fakt, że Dzieło w wielu miejscach nie poddało się modnemu wówczas flirtowi z marksizmem, któremu uległo wiele zakonów i środowisk katolickich. Od lat 60. XX w. na ten trend nałożyło się zamieszanie wynikające z pewnego przesilenia posoborowego. Ten często fałszywy dialog katolików z marksizmem polegał jednak praktycznie na przejmowaniu przez nich marksistowskiego punktu widzenia, co było dodatkowo podsycane przez działania agentury sowieckiej, która na różne sposoby przenikała do środowisk katolickich.

Dzieło było na to odporne?

Dość odporne – w Hiszpanii, Ameryce Łacińskiej czy Europie Zachodniej. Instytucje Dzieła takie jak Uniwersytet Nawarry były ostojami niemarksistowskiego myślenia katolickiego, co w latach 70. XX w. czyniło z nich swoiste wyspy na mapie powszechnego flirtu intelektualistów katolickich z tą ideologią.

To właśnie z tego okresu pozostało przekonanie, że Dzieło jest politycznie „bardzo na prawo”.

A nie jest tak?

Znam te środowiska w różnych krajach i mogę powiedzieć, że nie ma takiej reguły. Członkowie Dzieła często bywają po prawej stronie sceny politycznej, ale są też osoby o poglądach centrowych czy lewicowych. Charakteryzuje ich to, że po prostu starają się uzgadniać swoje poglądy z doktryną Kościoła. W każdym razie wizja Opus Dei jako monolitycznego oddziału ultrakonserwatywnych polityków jest po prostu fałszywa. Spójrzmy nawet na Polskę – osoby związane z Dziełem pojawiały się w bardzo różnych, ścierających się ze sobą formacjach, co dla części opinii publicznej bywało wręcz gorszące.

Przejdźmy do książki Garetha Gore’a, która ukazała się już na polskim rynku. Autor twierdzi, że jego praca to dziennikarstwo śledcze – opowiada, że zaczął od badania tematu banku, a odkrył szersze, niepokojące zjawisko…

Każdy, kto ceni rzetelność dziennikarską i próbę dotarcia do prawdy, musi odnieść wrażenie, że Gareth Gore jest albo nieuczciwy, albo pogrążony w pewnego rodzaju obsesji. W tej książce istnieje tylko jeden sposób analizowania informacji: obsesyjne szukanie obciążeń. Sam założyciel Opus Dei jest w niej zawsze przedstawiany jako człowiek brutalny, podstępny i zafałszowany.

Gore pozostaje więc szkodliwie jednostronny. Nazwałbym to swego rodzaju „liberalnym foliarstwem”. Twierdzi on na przykład, że wpływy Opus Dei w USA zostały zbudowane na przemycie… oleju jadalnego wożonego samolotem pasażerskim przez jednego z przełożonych. Jako dziennikarz ekonomiczny Gore powinien wiedzieć, że przemycenie nawet kilkuset litrów oliwy z Hiszpanii nie pozwoli na postawienie budynku czy utrzymanie ośrodka. To absurdalne.

Z taką techniką pisania i budowania narracji spotkałem się w głośnej jakiś czas temu książce Ekke Overbeeka o Janie Pawle II, gdzie dziennikarz sportowy analizował w skrajnie nierzetelny sposób meandry życia Kościoła w PRL-u w latach 1960. Tutaj natomiast dziennikarz ekonomiczny zajmuje się bardzo złożoną rzeczywistością wewnątrzkościelną, mniej więcej z taką samą kompetencją.

Mówi Pan o braku rzetelności. Czy w książce można znaleźć więcej takich przykładów?

Tak, i rzutują one na wiarygodność całego wywodu. Ten cel zniesławiający jest u Gore’a bardzo silny. Dotyka nie tylko samego Dzieła. Proszę zwrócić uwagę, jak autor traktuje kardynała George’a Pella. Choć książka została wydana w 2023 roku, autor nie omieszkał przytoczyć przy jego nazwisku określenia „pedopell”, jednoznacznie sugerując jego uwikłanie w przestępstwa seksualne. Tymczasem kardynał Pell został w 2020 r. całkowicie oczyszczony z zarzutów przez świecki sąd w Australii. Gore musiał o tym wiedzieć, a mimo to powielał krzywdzącą go opinię. To pokazuje poziom jego „rzetelności”.

Podobnie kompromitujące są błędy merytoryczne. W pierwszym wydaniu Gore pisał o upomnieniu przez Jana Pawła II ks. Ernesto Cardenala w Nikaragui, nazywając go „kardynałem”. Pomylił nazwisko z tytułem, co w przypadku dziennikarza zajmującego się Kościołem jest rażącą niekompetencją. W polskich wydaniach te błędy poprawiano, bo po prostu kompromitowały autora. Z powietrza Gore zaczerpnął liczbę ministrów w rządach gen. Franco w Hiszpanii, należących rzekomo do Opus Dei, ponaddwukrotnie zawyżając ją w stosunku do przyjętej w literaturze przedmiotu.

Gore często cytuje też bez wyraźnego powodu anonimowe świadectwa lub tak przekształca źródła, że trudno zweryfikować co w jego wypowiedzi pochodzi ze źródła, a co jest produktem jego imaginacji. W świecie akademickim takie fabularyzowanie i serwowanie własnych interpretacji jako cytatów nazywa się po prostu konfabulacją.

Chyba w każdym z rozdziałów książki można znaleźć po kilkanaście takich przypadków. Mam duże wątpliwości, czy on naprawdę wie, o czym pisze. Zwróćmy uwagę, nie mamy do czynienia z książką, którą autor kwalifikuje jako rodzaj fikcji literackiej. To według niego jest dziennikarstwo śledcze, literatura faktu. Ale jeżeli tak ma ona wyglądać, to chyba lepiej, żeby w ogóle tego rodzaju dziennikarstwo się nie pojawiało, dlatego że czytelnik, który chce czegoś rzetelnego dowiedzieć się o Opus Dei albo krytycznie je ocenić, tu znajdzie tylko zapis idiosynkrazji autora.

Polemika z tymi treściami jest właściwie niemożliwa – tutaj nie mamy po prostu błędów, nie mamy nawet przekłamań wynikających z subtelnej manipulacji faktami. Tu mamy wolny strumień świadomości i absolutny nieskrępowany rzeczywistością opis zjawisk, które rzekomo Gore analizuje.

Gore poświęca dużo miejsca sprawom ekonomicznym, zwłaszcza Banco Popular. Jakie zarzuty stawia w tym kontekście?

Skupia się na Luisie Valllsie Tabernerze, hiszpańskim ekonomiście i członku Opus Dei, który na własną odpowiedzialność prowadził duże przedsięwzięcia bankowe, zbudowane od podstaw. Współfinansował przy okazji wiele przedsięwzięć charytatywnych, edukacyjnych, także religijnych, z których zaledwie część była związana jakkolwiek z Opus Dei.

Warto zwrócić uwagę, że czynił to w sposób dość charakterystyczny, to znaczy w oparciu o udzielane tym przedsięwzięciom bezprocentowe kredyty. Warto zwrócić uwagę, że w żadnych przedsięwzięciach realizowanych przez fundacje Tabernera nie były angażowane pieniądze samego banku. On wykorzystywał na działalność charytatywną prywatne środki, zarobione dzięki działalności bankowej, swoje i innych członków zarządu banku, którzy się na to zgodzili.

Zaledwie około 50 proc. z tych pożyczanych pieniędzy zostało zwróconych do fundacji, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko te, które realizowali ludzie związani z Opus Dei, odsetek sięga ponad 80 proc. Rozmawiałem z ludźmi, którzy piszą biografię naukową Tabernera i tłumaczyli mi oni, że to jest bardzo ciekawy sposób wspierania przedsięwzięć społecznych, ale ludzie Dzieła nie byli w żaden sposób uprzywilejowani, a jednocześnie byli zobligowani do zwrotu i wypełnili w znacznej mierze swoje zobowiązania. Działalność Tabernera była poddawana rozmaitym audytom publicznym zarówno w Hiszpanii, jak i w krajach takich jak Francja czy Szwajcaria, gdzie z całą pewnością władze nie były w żaden sposób życzliwe wobec Opus Dei ani samego Tabernera.

Tymczasem Gore obsesyjnie wmawia czytelnikom, że Taberner poprzez ten system inwestowania w działalność pożytku publicznego jest przestępcą. Naprawdę nie wiem, gdzie jest to przestępstwo, zwłaszcza że te omawiane pieniądze nie były środkami banku. Wydaje się, że jak na dziennikarza ekonomicznego Gore po prostu mało rozumie. Jest bezradny wobec najprostszych faktów i obsesyjnie podejrzliwy tam, gdzie wydawałoby się, że sprawy są banalnie proste.

Moim zdaniem głębszą przyczyną takiego stanowiska jest to, że Gore ma po prostu ogromne kłopoty ze zrozumieniem rzeczywistości Kościoła – tej instytucjonalnej, ale też ze zrozumieniem mentalności katolika. Wydaje mi się, że dziennikarze śledczy powinni być w stanie ponadprzeciętnie wcielać się w sytuacje osób, które opisują, i próbować zrozumieć motywy ich działania. U Gore’a tego w ogóle nie widać.

Najmocniejszy zarzut, jaki pojawia się u Gore’a, dotyczy „handlu ludźmi”. Na czym on buduje to przekonanie i jak w ogóle rozumie ten handel?

Gore bazuje na sytuacji z Argentyny, dotyczącej tzw. numerarii pomocniczych – kobiet członkiń Dzieła, zajmujących się pracami domowymi w ośrodkach. Były to często osoby słabo wykształcone z biedniejszych środowisk. W tamtym czasie w Argentynie powszechną, choć naganną praktyką rynkową, było niepłacenie składek na ubezpieczenia społeczne. Wtedy nie tylko tam, ale i w wielu miejscach na świecie te ubezpieczenia były pewnym luksusem, a nie normą, jak sugeruje Gore. Kiedy część tych kobiet odeszła z Dzieła, znalazły się w trudnej sytuacji emerytalnej. Ponad czterdzieści z nich złożyło pozew zbiorowy.

Gore jednak manipuluje również tym tematem. Nie wspomina, że bodaj 41 z 42 osób zawarło już indywidualne ugody z prałaturą, która nie unikała odpowiedzialności. Przede wszystkim jednak Gore używa określenia „handel ludźmi”, które w kontekście kobiet sugeruje prostytucję czy porywanie. To sugestia, która ma charakter pomówienia, krzywdzącego także same bohaterki tej sytuacji. Te panie były dorosłymi osobami, które świadomie wybrały pewną drogę religijną, wiążącą się z ograniczeniem ponoszonym w imię służby Bogu – tak jak ma to miejsce w każdym powołaniu, np. zakonnym. Po prostu wybrały sobie w wolności taką drogę do świętości. Można dyskutować o warunkach pracy w Argentynie lat 1970., ale twierdzenie o charakterze kryminalnym tych działań jest przekroczeniem granic uczciwości a nawet wstydu.

A co z zarzutami o „pranie mózgu” i przemoc duchową? Gore sugeruje, że Opus Dei to po prostu destrukcyjna sekta.

Oczywiście mogą zdarzyć się jednostkowe przypadki manipulacji ze strony przełożonych, jak w każdej instytucji – szkole czy firmie. Jednak uznanie, że przemocą jest po prostu chrześcijańska formacja, wstawanie o odpowiedniej porze, regularna spowiedź czy asceza, to świadoma manipulacja znaczeniem słów.

Jeżeli ktoś uważa, że wysiłek włożony w kształtowanie własnej osoby i służbę Bogu jest anormalny, to mamy do czynienia z kompletną ignorancją w sprawach życia wewnętrznego. Gore twierdzi, że każda forma wymagania od siebie, kierownictwa duchowego, to przemoc. Jego stanowisko to po prostu zwykły przesąd antykatolicki.

Właściwie każda cywilizacja opiera się na szukaniu pewnego rozwoju duchowego poprzez stawianie sobie wymagań. Opus Dei proponuje pewną drogę. Nie spotkałem się z sytuacją, kiedy ktoś mówi – musisz być w Opus Dei, bo inaczej zrobimy ci krzywdę.

Pojawia się też kwestia pieniędzy – numerariusze oddają swoje zarobki wspólnocie. Czy to nie jest forma nacisku?

To fałszywa interpretacja. Numerariusz, członek Dzieła żyjący w celibacie, zgodnie ze statutami, nie dysponuje prywatnymi środkami, lecz uzgadnia ich wykorzystanie z przełożonym. Są to dorośli ludzie, którzy wiedzą, co robią. Egzekwowanie dobrowolnie podjętych zobowiązań nie jest przemocą.

Narzekanie na tę praktykę przypomina mi XIX-wieczne liberalne i marksistowskie przesądy przeciwko zakonom, mówiące, że sama instytucja zakonu jest opresyjna. Każda forma dobrowolnej wspólnoty, która odbiega od standardów życia „na zewnątrz”, bywa także dziś traktowana jako niebezpieczna manipulacja. Przyjęta przez Gore’a logika jest jednak absurdalna – to tak, jakby zarzucić żonie, że „przemocą” wymusza na mężu wierność, bo zawarli związek małżeński.

Czy istnieje jakaś polityka „życzliwego pożegnania” osób, które chcą opuścić strukturę Opus Dei?

To są delikatne sprawy, bo opuszczając wspólnotę ktoś taki zmienia cały sens swojego życia. Z tego co wiem, Dzieło stara się zachowywać uczciwie i z dużym zrozumieniem dla osób, które uznały, że nie mają powołania. Trzeba jednak rozróżnić sytuację 20-latka od osoby, która po 40 latach przynależności decyduje się na zmianę i żąda odszkodowania. Jak zachować się uczciwie wobec takiej osoby, a jednocześnie wobec własnej instytucji? To są obiektywnie trudne dylematy.

Na koniec wątek kanonizacji św. Josemaríi Escrivy. Gore sugeruje, że nie był on postacią świętą, a proces był forsowany przez „tajne siły”.

Na szczęście to nie Gareth Gore decyduje o kanonizacji w Kościele. Procedury są wciąż długotrwałe i skomplikowane. Zwłaszcza beatyfikacja założyciela Opus Dei w 1992 roku odbywała się w atmosferze ogromnej debaty publicznej, toczącej się zwłaszcza w Hiszpanii. Św. Josemaria został prześwietlony wówczas pod każdym kątem: obyczajowym, finansowym i interpersonalnym.

Twierdzenie o „uproszczonej procedurze” pokazuje, że Gore ma o procesie beatyfikacyjnym takie samo pojęcie, jak o nazwisku Ernesto Cardenala. Cała jego książka jest zbudowana na lekceważeniu czytelnika i założeniu, że opinia publiczna cierpi na rodzaj sklerozy.

***

Paweł Skibiński – historyk, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, profesor nauk humanistycznych. Autor książek poświęconych najnowszej historii Kościoła (m. in. „Kościół wobec totalitaryzmów 1917-1989”), a także historii Hiszpanii (np. „Między ołtarzem a tronem. Państwo i Kościół w Hiszpanii w latach 1931–1953”).

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.