Drukuj Powrót do artykułu

S. Teresa Wrona OCD: życie kontemplacyjne nie zaniknie, mimo kryzysów i wojny

02 lutego 2026 | 14:50 | Łukasz Kasper | Warszawa Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. © Mazur / catholicnews.org.uk

Życie mniszek klauzurowych nie jest ucieczką od świata, lecz cichą formą apostolstwa – mówi w rozmowie z KAI s. Teresa Wrona OCD, przewodnicząca Konferencji Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych. W wywiadzie opowiada o sensie Dnia Życia Konsekrowanego, różnicach między klauzurą a życiem czynnym, powołaniach do Karmelu, doświadczeniach klasztorów w Ukrainie, wyzwaniach materialnych wspólnot oraz o tym, dlaczego – jej zdaniem – życie kontemplacyjne ma przyszłość mimo sekularyzacji i kryzysów Kościoła. 2 lutego Kościół obchodzi Światowy Dzień Życia Konsekrowanego.

Poniżej tekst wywiadu:

Łukasz Kasper (KAI): Dzień Życia Konsekrowanego to ważne wydarzenie dla mniszki klauzurowej i dla wspólnot kontemplacyjnych?

S. Teresa Wrona OCD: Myślę, że dobrze przeżywana codzienność jest praktycznie jednym wielkim Dniem Życia Konsekrowanego, bo dla nas najistotniejsza jest więź z Jezusem, a tę staramy się pielęgnować każdego dnia. Ten Dzień jest bardziej dla ludzi, żeby sobie przypomnieli, że są takie siostry jak my i że nigdy nie są osamotnieni, bo ktoś się za nich modli. Dla niektórych jest to też przypomnienie, że może wesprzeć siostry. Wiadomo, że modlitwa zajmuje bardzo dużo czasu, a my, chociaż jesteśmy sprawne i możemy pracować, to jednak na tę pracę mamy mniej czasu.

W tym dniu przeprowadzana jest zbiórka pieniężna na klasztory klauzurowe, która też przypomina o życiu konsekrowanym. Siostry ze zgromadzeń czynnych mają tego dnia procesję do katedry ze świecami i w ten sposób niejako prezentują życie konsekrowane. My, siostry klauzurowe, przebywamy zazwyczaj w naszych domach, z których wychodzimy w wyjątkowych sytuacjach.

Czym różni się życie za klauzurą od innych form życia konsekrowanego?

Wydaje mi się, że mamy mniej bodźców zewnętrznych, które zakłócają to, co w każdym powołaniu, także chrześcijańskim, zwłaszcza do życia zakonnego, jest najistotniejsze, czyli więź z Panem Jezusem. Z niej wynikają też dzieła apostolskie, bo jak się kocha Pana Jezusa i chce się Jego imię rozszerzać, to ta więź jest motorem do działania, do przekraczania siebie, do opuszczenia wszystkiego i wyjazdu na misje…

Jesteśmy oddzielone od świata zewnętrznego. Niektórzy uważają to za utrudnienie, ale dla nas to jest łaska. To jest nasza przestrzeń, do której nikt inny nie wchodzi: ogród, czas na modlitwę, życie wspólnotowe. U nas, karmelitanek bosych, mamy swój rytm dnia. Bardzo dużo czasu poświęcamy na modlitwę: dwie godziny modlitwy myślnej, cały brewiarz kapłański łącznie z trzema małymi godzinkami, czego kapłani nie odprawiają ze względu na prace apostolskie. Przeżywamy to jako ciche, ukryte apostolstwo, czym wspieramy kapłanów i misjonarzy. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus [(1873–1897), francuska karmelitanka bosa z Lisieux – przyp. KAI] patronka misji, nigdy, ani na chwilę, nie opuściła klauzury. Nawet lekarz ją badał przez kratę.

Jaka była droga Siostry do życia za klauzurą?

Pochodzę z bardzo licznej rodziny, było nas ośmioro rodzeństwa. Pracowaliśmy na dużym gospodarstwie koło Wałbrzycha, więc pracy jako takiej się nie bałam. Potem przeprowadziliśmy się do Wrocławia. Najpierw wstąpiłam do czynnego Zgromadzenia Sióstr św. Marii Magdaleny od Pokuty (magdalenek), które posługuje m.in. na Dolnym Śląsku. Studiowałam wtedy jeszcze medycynę we Wrocławiu i zaproponowano mi, że mogę być już w klasztorze i jednocześnie kończyć studia. Potem pracowałam trzy lata w szpitalu. Ta praca była dla mnie prawdziwą pasją. Jednak wewnętrzne pragnienie zbawiania dusz, pomocy Panu Jezusowi w tym dziele odkupienia, było tak mocne, że uznałam, iż te dwie ręce i mózg, którymi służyłam pacjentom, to za mało – trzeba ofiarować całą siebie. Wszystkie staże już miałam zaliczone, ale to pragnienie we mnie bardzo mocno narastało, więc nie złożyłam ślubów wieczystych w tamtym zgromadzeniu, w związku z czym nie podeszłam też do końcowych egzaminów na I stopień interny. We Wrocławiu wstąpiłam do Karmelu. Decyzja wydawała mi się naturalna.

Dlaczego karmelitanki bose?

W dzieciństwie w parafii miałam wyjątkowego księdza proboszcza, takiego jakim był św. Jan Vianney. Wysłał mnie na rekolekcje dla maturzystów, choć ja w tamtym czasie miałam co innego na głowie. Prowadziłam życie towarzyskie pełną parą młodej osoby: dużo koleżanek i kolegów, teatr, kino, filharmonia, wyjazdy w góry… Pojechałam na te rekolekcje niechętnie. I tam spotkałam żywego Jezusa Eucharystycznego. To było dla mnie, 17-letniej dziewczyny, niezwykłe przeżycie. Gdy przyjechałam na te rekolekcje, zobaczyłam modlącego się księdza. Uznałam, że tam musi być Ktoś, coś, skoro on tak klęczy. Rodzice wychowali nas w duchu katolickim, ale to było moje pierwsze osobowe spotkanie z Bogiem. Wróciłam do domu już jako zupełnie inna osoba. Potem przeżyłam jeszcze rekolekcje oazowe w Krościenku nad Dunajcem, które wtedy były jeszcze zakonspirowane. Tam spotkałam ks. Franciszka Blachnickiego.

Podczas studiów zaczęłam dojrzewać do tego, że jestem dumna, że pochodzę z licznej wiejskiej rodziny. Opuściły mnie całkowicie te kompleksy. To było naprawdę namacalne uleczenie przez Pana Jezusa. Osoba Jezusa Chrystusa stała się dla mnie kimś żywym. Nazywam to dziś prawdziwą łaską nawrócenia, tak jak św. Paweł, który w momencie, gdy ukazał mu się Jezus Chrystus, zupełnie zmienił kurs swojego życia. U mnie było podobnie. To znaczy studiowałam dalej, byłam z mamą i jeszcze z młodszym bratem, ale już nigdy nie opuściłam codziennej mszy świętej. Uczyłam się dosyć dobrze. Gdy wstąpiłam do magdalenek, miałam już stypendium naukowe i bardzo dobre oceny. Byliśmy zdolnymi dziećmi, rodzicom nauczanie przerwała wojna, więc nie mieli wykształcenia, ale bardzo się starali. Kilkoro z nas ukończyło studia wyższe. Później było dla mnie oczywiste, że będę miała dużą rodzinę. Bardzo kochałam dzieci. Jak moje rodzeństwo po kolei miało dzieci, to ja zawsze się zgłaszałam do ich bawienia. Ale później przyszła świadomość wyższych wartości, że przez duchowe macierzyństwo mogę mieć jeszcze więcej dzieci i zdobywać je dla Pana Boga. W 1983 r. wstąpiłam do magdalenek, a w 1991 do Karmelu. Jestem dziś tak samo szczęśliwa, jak w pierwszym dniu, naprawdę.

Jak wygląda życie mniszki na co dzień?

We wspólnocie pełniłam już różne funkcje, byłam mistrzynią nowicjatu, przeoryszą… W gospodarstwie, gdy byłam dzieckiem, znaliśmy się na wszystkim, więc i rolnictwo, i ogrodnictwo, i hodowla świń. Bardzo lubię haftować, przerabiać różańce… Dla mnie wejście do Karmelu było jak przedłużenie życia w rodzinie. W klasztorze jest matka, w domu też była mama. Tam miałam siostry i braci, tu są moje siostry. Bywają momenty, gdy się posprzecza, ale przecież nie można sobie odejść, nie można zostawić.

Wiadomo, że mogę sobie na to pozwolić, ale sumienie jest wrażliwe, chce się z siostrami normalnie rozmawiać. Za chwilę spotykamy się na rekreacji i co, nie będziemy rozmawiać? No to się bierze siostrę na stronę i mówi: „Siostro, o co chodziło? Czy siostra mnie źle zrozumiała?”. No bo nikt nie ma złej woli, prawda? Czasem się zdarza, że młode siostry jakoś tam próbują konkurować. Jak jedna zrobiła dobrą sałatkę i inna mówi: „Jaka dobra była dzisiaj sałatka!”, to druga jutro stanie na rzęsach, żeby zrobić jeszcze lepszą. To jest taka trochę niedojrzałość.

Jak sobie z tym radzicie we wspólnocie?

Te siostry przechodzą czas pewnej niegroźnej, młodzieńczej konkurencji. Jeśli jednak jest groźna, to takim osobom dziękujemy, że tak powiem, bo to bardzo utrudnia życie we wspólnocie. Bywają osobowości narcystyczne, dlatego przed wstąpieniem do klauzury staramy się kandydatki badać psychologicznie. Życie za klauzurą ujawnia różne choroby psychiczne czy depresje. Z punktu widzenia medycznego np. schizofrenia nie jest dziedziczna, ale skłonność do schizofrenii już tak. Jeżeli ktoś się znajdzie w warunkach, które są dla niego trudne, to ta choroba może się ujawnić.

Mają siostry nowe powołania do życia w zakonie?

W moim klasztorze jest nas obecnie siedemnaście. Powołania są. Teraz przyjmujemy dziewczynę, której rodzice w młodości wyjechali do pracy w Niemczech. Ona już się tam urodziła, tam skończyła szkołę, podjęła studia muzyczne. Pięć lat temu przyjechała do nas, mówiąc, że szuka drogi życia i chciałaby wstąpić do Karmelu. Ale po studiach rozpoczęła doktorat, więc jej mówię: skończ najpierw doktorat. Pomyślałam, że jest jeszcze na tyle młoda, że przez pięć lat się wyklaruje, czy rzeczywiście się nadaje. I teraz, po pięciu latach, zgłosiła się, że już jest gotowa do wstąpienia. Odbyła roczny okres tzw. aspiratu. Ojciec Święty przedłużył bowiem okres formacji. Przedtem był roczny postulat, dwa lata nowicjatu i trzy lata profesji czasowej. Czyli teraz mniszką w czarnym welonie się zostaje po siedmiu latach. To jest wtedy pełnoprawna członkini, która bierze udział we wszystkich decyzjach i ważnych sprawach wspólnoty. Ta dziewczyna, która się do nas zgłosiła, ma do tego o prostu determinację, a przy tym jest bardzo skromną i wykształconą osobą.

Tak zwane dojrzałe powołanie?

Tak, dojrzałe powołanie, które nie zdarza się często. Ona ma teraz 32 lata. Ja wstąpiłam do Karmelu, gdy miałam 34, bo najpierw byłam u magdalenek. I myślę sobie: dobrze, że tak mnie Pan Bóg poprowadził, dlatego, że być może byłoby mi zbyt trudno. Miałam liczną rodzinę, liczne kontakty towarzyskie i potrzebę bycia z innymi. A w klasztorze np. rozmawiamy podczas rekreacji, nagle dzwoni dzwonek i już nic nie można powiedzieć, bo jak jest dzwonek, to już obowiązuje milczenie. Dla mnie to było na początku bardzo trudne, bo chciałam jeszcze coś powiedzieć. A tu: idziemy na modlitwę, teraz już nie rozmawiamy. To kiedy? Później, jutro. Do jutra? To ja zapomnę, albo nie wytrzymam. No, ale powoli, powoli, coraz bardziej się wchodzi w głąb życia duchowego, takiej żywej relacji z Jezusem.

Na czym polega wyjątkowość charyzmatu karmelitańskiego?

Nasza założycielka, św. Teresa z Avili (1515-1582), i my po niej, kładziemy nacisk na życie z Jezusem, z Trójcą Przenajświętszą, która przemieszkuje w naszej duszy od chwili Chrztu świętego. Także św. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej (1880-1906) bardzo podkreślała tę obecność. U św. Teresy ważny był ten wymiar apostolski życia ukrytego w klauzurze. Ona zresztą nawet chciała jechać na misję do Senegalu, ale nie doszło to do skutku. Jest natomiast patronką misji.

Ten wymiar apostolski jest bardzo istotny. Gdyby teraz, nie daj Boże, wybuchła wojna, to mnie raczej nie powołają, ale gdyby coś, to ja nie mam żadnych oporów, żeby opatrywać rannych i służyć. Klauzura to nie jest coś najważniejszego. To jest nasz środek pomocniczy, przemilczenie, środki, które nam pomagają w głębi życia modlitwą.

Ludzie nieobeznani z realiami życia w klasztorze czasem mówią, że to jest życie oderwane od rzeczywistości. A przecież tak nie jest: macie dostęp do internetu, używacie telefonów, korzystacie z mediów społecznościowych…

Oczywiście, że tak. Wydaje mi się, że dopóki nie ma werbalnego kontaktu z daną siostrą czy z samym klasztorem, to ktoś może tak myśleć.  Ostatnio bardzo dużo podróżowałam. Byłam przewodniczącą Federacji Klasztorów Karmelitanek Bosych, więc do moich obowiązków należały wizytacje wszystkich naszych 18 klasztorów.

Są trzy federacje karmelitańskie. W naszej, spośród tych 18 klasztorów, dwa są na Słowacji, są też w Ukrainie i Czechach. Słowaczki w czasie komuny wychowywały się w Zakopanem, po upadku komunizmu założyły klasztory na Słowacji. To samo na Ukrainie. Jak tylko upadł Związek Radziecki, siostry wyruszyły najpierw do Kijowa, a potem do Charkowa. Czeskie mniszki do lat 70. były w obozach pracy. Pan to sobie wyobraża? W 1972 r. wyszły z tych obozów pracy bez habitów. Ale już młodsze dziewczęta, które przychodziły do pracy, były pod wpływem wychowawczym tych starszych sióstr. I jak tylko nadarzyła się możliwość, to dostały klasztor w Pradze, na Hradczanach. Bardzo ciężkie warunki tam miały. Od sześciu lat, gdy działa ta federacja, zbudowały już w Drastach pod Pragą piękny kościół, a klasztor odremontowały z jakiegoś starego folwarku. Coś wspaniałego, aż nie do wiary w tak zniszczonym przez komunizm kraju.

Skoro wspomina Siostra o życiu karmelitanek poza Polską, to jak obecnie wygląda sytuacja klasztorów w Ukrainie?

Na początku wojny siostry w Charkowie dostały nakaz od biskupa, żeby natychmiast wyjeżdżać. Miały godzinę na spakowanie się. Miały pozbierać to, co najważniejsze i w nogi. Jechały tu bardzo długo. Znalazłam im w Częstochowie dom, który udostępniły siostry józefitki. One ten dom kupiły od sióstr sercanek oblatek, ale jeszcze nie był zagospodarowany. Przy pomocy dobrych ludzi odremontowaliśmy go i siostry z Ukrainy tam mieszkały przez kilka lat. Siostry kijowskie natomiast chciały zostać z ludźmi, ale tam blisko jest Irpień i Bucza, więc przełożeni poprosili, żeby one jednak wyjechały, bo ich narażenie jako kobiet było bardzo duże, więc i one przyjechały do Częstochowy. Zostały przyjęte w centrum duchowości u ojców jezuitów, którzy mają tam duży dom. Ale po dwóch latach wróciły do Kijowa. Mam z nimi kontakt. Są bardzo dzielne, chcą być z ludźmi. Tak się cieszyły, że przyjechały, jak gdyby wojna się dla nich skończyła. Mają agregator, gdy są przerwy w dostawie prądu. Wystarcza do ogrzania i naładowania telefonów. Jakoś nie jest im tam najgorzej.

A jakie w Polsce są dziś największe wyzwania dla żeńskich wspólnot kontemplacyjnych?

Jeśli chodzi o powołania, to muszę powiedzieć, że w wielu klasztorach one są, np. po dwie, trzy siostry w białych welonach, czyli w okresie formacji. Jest kilka klasztorów, do których przydałoby się, żeby ktoś wstąpił. Ale jest teraz taka tendencja – i właśnie po to zakładano federację karmelitańską – żeby klasztory ze sobą współpracowały; żeby wiedzieć jedne o drugich cokolwiek. Siostra przewodnicząca federacji, którą ja byłam przez sześć lat, odwiedza te miejsca i pyta, jakie są potrzeby. Podczas jednego ze zjazdów jedna matka się rozpłakała, że nie ma środków nawet na opał na zimę, nikt o tym wcześniej nie wiedział, więc zorganizowałyśmy składkę na ten cel. Wszystko jednak zależy od tego, w jakiej diecezji funkcjonuje klasztor. Co do materialnego utrzymania, to w niektórych diecezjach biskup przeznacza całą składkę z 2 lutego na klasztory i daje się przeżyć. Myślę też, że trzeba zawierzyć Panu Bogu. To jakby wzrusza Pana Boga i pobudza ludzi do tego, żeby jakoś nas wspomogli.

Jeśli chodzi o inne problemy, to wszystko zależy od sytuacji określonego domu. Wiadomo, że co jakiś czas a to dach trzeba naprawić, bo przecieka, to drogę dojazdową poprawić, a to w ogrodzie jakieś drzewo się zawali lub zepsuje instalacja elektryczna. Różne sprawy, ale ogólnie staramy się to robić partiami tak, żeby nie zakłócać codziennego życia. We wszystkich warunkach potrafimy się odnaleźć.

Życie mnisze może inspirować ludzi żyjących „w świecie”?

Muszę powiedzieć, że nigdy, np. odwiedzając klasztory, nie spotkałam się z negatywnym przyjęciem. Czasem nic nie mówię, po prostu jestem, otworzę sobie brewiarz, wezmę różaniec, czasem się uśmiechnę. Zdarzyło się kilkakrotnie, że jakaś mama stoi z wózkiem, walizką i drugim dzieckiem za rączkę. Pełno ludzi stoi i nikt nie reaguje. No to ja za walizkę albo za to dziecko z wózkiem. Ludzie się wtedy zawstydzają, że ktoś taki jak ja, bo taka maleńka jestem. Ale sama dostaję bardzo dużo pomocy: „może siostrze walizkę zdjąć?”. Czasem ktoś się pomyli i powie „pani” – ja wtedy nie poprawiam. Za drugim razem już powie: „do pani to chyba się siostra mówi, nie?”. „No raczej tak” – odpowiadam. Ale to przecież chyba nie jest najważniejsze, prawda? Staram się zawsze być po prostu ludzka, miła, serdeczna i naprawdę nigdy nie spotkałam się z żadną wrogością.

Ludzie czasem przypadkowo przechodzą i widzą tabliczkę „klasztor sióstr karmelitanek bosych”. Stają sobie przed nią. My w tym czasie jesteśmy w ogrodzie i słyszymy, jak oni do siebie mówią: „te to mają odwagę, że się tutaj zamknęły!”. Kiedyś jeden ksiądz powiedział takie ładne porównanie, że klasztory są jak autobusowe przystanki. Ktoś, zagubiwszy się, widzi taki przystanek i wydeptaną ścieżkę do niego, nawet ktoś tam stoi… To znaczy, że chyba jeździ tędy autobus?

Tak samo nasze klasztory: skoro są i są ludzie, którzy się modlą, to pewnie gdzieś tam ten Pan Bóg jest? No bo po co one by to robiły? Dla jakiej motywacji? Przecież tu nikogo nie ma na siłę. Św. Teresa to u nas nawet w nowicjacie nie zabroniła odwiedzin rodziny. Gdyby kandydatka chciała odejść, a nie ma odwagi powiedzieć przełożonej czy mistrzyni nowicjatu, to niech powie swojej mamie: „mamo, weź mnie do domu, bo ja nie chcę już tutaj być, czuję, że to nie moja droga”.

Dobrze Siostrze w tym życiu?

Nasza najważniejsza praca to praca nad wolnością wewnętrzną. Jako człowiek wolny wewnętrznie mogę się znaleźć naprawdę wszędzie. Zostałam karmelitanką, jako przełożona konferencji żeńskich klasztorów kontemplacyjnych i przewodnicząca federacji klasztorów karmelitanek bosych większość czasu spędzałam w pociągach i autobusach, siedząc w klasztorach na rozmowach z siostrami, słuchając ich problemów.

Czuję się bardzo szczęśliwą karmelitanką. Mogę czasem nie odmówić jakiejś godzinki brewiarzowej, co nie znaczy, że się nie modlę. Bo można odmówić wszystkie godzinki, a być daleko od Boga.

Jest przyszłość dla życia kontemplacyjnego w Polsce i świecie?

Myślę, że życie kontemplacyjne nie zaginie, chociaż tak wróżą. Odrodzi się, zobaczy pan. Ono jest zawsze aktualne, bo Pan Jezus głównie czerpał od Boga Ojca na modlitwie i realizował dzieło odkupienia na ziemi. To jest istota naszego powołania. Wiara nie zaniknie.

Matka Boża z góry Karmel objawiła się Szymonowi Stockowi [1175-1265 – szósty z kolei generał karmelitów, święty – przyp. KAI], gdy klasztor w Ziemi Świętej wydawał się ginąć. Oczywiście na początku to byli tylko mężczyźni. Potem musieli się przeprowadzić do Europy, bo Saraceni zniszczyli wszystko i wymordowali zakonników. Większość uciekła do Europy, gdzie zaczęli zakładać parafie, bo byli tylko mnichami, a musieli się z czegoś utrzymać.

Matka Boża wręczyła Szymonowi Stockowi szkaplerz [na znak opieki i zbawienia dla zakonu]. Nabożeństwo szkaplerzne bardzo się teraz szerzy. Każdego szesnastego dnia miesiąca, bo objawienie było 16 lipca, mamy mszę świętą, w czasie której można przyjąć szkaplerz. Nie ma dnia, żeby ludzie nie przyjmowali szkaplerza. Czasem całe rodziny zobowiązują się do naśladowania Matki Bożej i oddawania się pod Jej opiekę. Jestem więc przekonana, że życie mnisze będzie trwało do końca świata. Tak Matka Boża obiecała Karmelowi.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.