Świat mediów jest jednym z kluczowych terenów misyjnych
01 października 2012 | 12:35 | mp (KAI) / pm Ⓒ Ⓟ
Świat mediów jest jednym z kluczowych terenów misyjnych, dlatego troska o obecność chrześcijańskiego orędzia nadziei w środkach masowego przekazu winna być dziś jednym z głównych przedmiotów troski Kościoła, traktowanego jako coś równie istotnego jak „misje ad gentes” w innych epokach. Mówił o tym Marcin Przeciszewski, prezes KAI podczas zakończonego 30 września IV Kongresu Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie.
Publikujemy pełny tekst wystąpienia.
Chrześcijańskie orędzie nadziei i jego medialny wymiar
Świat mediów w epoce współczesnej stał się jednym z kluczowych terenów misyjnych.
O ile do niedawna podstawowym instrumentem kształtowania świadomości człowieka były systemy edukacyjne, teraz ogromną rolę w tej sferze odgrywają media. Dlatego troska o obecność chrześcijańskiego orędzia nadziei w mediach winna być jednym z głównych przedmiotów jego troski dziś – w warunkach współczesnego świata.
Nie może być to traktowane jako „zadanie drugorzędne”, gdyż podstawowym zadaniem Kościoła jest „głoszenie Chrystusa całemu światu”, a nie tylko tej grupie, czy wiernej trzodzie, która wybrała wiarę i gromadzi się w świątyni. Dlatego więc zaangażowanie Kościoła na polu mediów dziś winno być taktowane jako coś równie istotnego jak „misje ad gentes” w innych epokach. Bo przecież od jakości medialnego zaangażowania Kościoła i jego poszczególnych środowisk, w dużej mierze zależy czy religia chrześcijańska zejdzie do przysłowiowych „katakumb” czy nadal będzie istotnym punktem odniesienia dla człowieka doby współczesnej.
Nie możemy zapominać, że nawet w tak religijnym kraju jak Polska do kościoła uczęszcza systematycznie (dominicantes) 40% społeczeństwa. Ludzie ci mają systematyczną więź z Kościołem i jego nauczaniem. Pozostała część społeczeństwa – dziś już większościowa – z Kościołem utrzymuje kontakt okazjonalny, bądź wcale już go nie utrzymuje. Jak wskazują badania ISKK, spośród tych 60%, którzy nie praktykują systematycznie: ok. 35 – 36% pojawia się w Kościele okazjonalnie, a kolejne 20% Polaków, choć wyrasta z korzeni chrześcijańskich nie posiada już żadnej więzi z Kościołem. Odrębną grupę stanowią osoby niewierzące, których różne badania wskazują na ok. 4 – 5%.
Nawet tak pobieżna panorama polskiej religijności pokazuje, że do większościowej części polskiego społeczeństwa – nie mającej już systematycznego kontaktu z amboną – Kościół może trafić ze swym przesłaniem, (także ze swym stanowiskiem w konkretnych sprawach), przede wszystkim za pośrednictwem środków społecznego przekazu.
Zresztą ten zróżnicowany stopień religijności polskiego społeczeństwa winien być punktem wyjścia zakreślenia bardzo różnorodnej oferty medialnej, jaka winna być realizowana przez Kościół w Polsce.
Oferta ewangelizacyjna dla różnych grup pod kątem więzi z Kościołem
Pierwsza 40-procentowa grupa, nazwijmy ją „katolicy zdeklarowani”, praktykująca co niedziela bądź częściej, jest naturalnym adresatem tradycyjnie pojmowanych mediów katolickich. Potrzebuje środków przekazu o charakterze przede wszystkim formacyjnym, pomagającym katolikowi budować swoją wiarę oraz odnaleźć się we współczesnym świecie. Nie można zapominać, że grupa ta jest wewnętrznie zróżnicowana, jeśli chodzi o sposób przeżywania swej wiary, a więc media katolickie winny być też różnorodne, aby na te potrzeby odpowiedzieć. Warto dodać, że ta grupa czerpie swoją wiedzę o Kościele bądź z bezpośredniego doświadczenia bądź z prasy katolickiej, a to w jaki sposób media ogólne prezentują Kościół, nie ma dla nich specjalnego znaczenia. Tym tłumaczyć można m. in. fakt, że tzw. afery w Kościele, nagłaśniane silnie przez opiniotwórcze media, nie mają zbytniego wpływu na autentycznie wierzących Polaków.
Druga, również ok. 35-procentowa grupa, to katolicy okazjonalni. Będą oni w pewnej mierze klientelą mediów katolickich, ale raczej rzadko, a ich wiedzę i opinię o Kościele w dużej mierze kształtować będzie przekaz mediów ogólnych. Jeśli chodzi o media katolickie to nie będą raczej zainteresowani mediami o charakterze formacyjnym czy stricte modlitewnym, lecz pociągnąć ich mogą raczej rodzaje tygodniowych magazynów religijnych, poruszających nie tylko tematykę ściśle kościelną, lecz odpowiadających na różne życiowe problemy. Chodzi tu o pisma czy audycje adresowane niejako do całej rodziny, gdzie każdy jednak może znaleźć coś interesującego dla siebie. Ten typ prasy katolickiej rozchodzi się w masowych nakładach i jest wciąż bardzo chętnie kupowany przez ludzi wierzących ale już niepraktykujących w Europie zachodniej. Najlepszymi tego przykładami są włoska „Familia christiana”, francuskie „Le pelerin” czy „La vie”. Sądzę, że w Polsce tygodniki katolickie trafiają do tej części społeczeństwa rzadziej, gdyż ich dystrybucja opiera się głównie na parafiach. Natomiast – jak pokazują badania – mediami, które cieszą się zainteresowaniem osób wierzących, ale praktykujących niesystematycznie są „Religia TV” czy „Tygodnik Powszechny”.
Nie zapominajmy, że wobec tej części społeczeństwa – katolików okazjonalnych – niezbędna jest oferta ze strony Kościoła jako wspólnoty otwartej, zapraszającej, niosącej człowiekowi poszukującemu sens i nadzieję. Sposób wypowiadania się musi mieć tam charakter przyjazny, towarzyszący człowiekowi w jego problemach, a nie potępiający czy zamknięty. Musimy też być świadomi, że tę grupę osób – znajdujących się pomiędzy wiarą a niewiarą – stosunkowo łatwo jest zniechęcić do Kościoła. W tym zakresie Kościół musi bardzo uważać, aby nie prezentować się także jako element jakiegoś partykularnego ruchu politycznego czy partii, gdyż odbierane jest to jako odrzucenie tych, którzy z tą właśnie konkretną partią się nie identyfikują.
Trzecia, ok. 20–procentowa grupa „zdeklarowanych niepraktykujących” będzie kształtować swą opinię o Kościele wyłącznie w oparciu o media ogólne, „świeckie”. Także tylko za pośrednictwem tych właśnie środków przekazu Kościół będzie mógł trafić do tej grupy z czymkolwiek. m. in. dlatego tak istotna jest obecność Kościoła i tematyki religijnej z mediach świeckich. Ludzie Kościoła winni nad tym bardzo silnie pracować, choć jest to zadanie arcytrudne. Tym bardziej trudne, że w ostatnich latach obserwujemy wyraźny proces obniżania się poziomu mediów w Polsce i spadku jakości ich oferty dla czytelnika, radiosłuchacza bądź telewidza.
Kryzys dziennikarstwa w Polsce
Od kilku lat w polskich mediach następują niekorzystne i wręcz niebezpieczne procesy. Tę nową epokę w symboliczny sposób otwiera wejście na polski rynek tabloidów. Od jesieni 2003 r. wydawany jest dziennik „Fakt”, należący do niemieckiego koncernu medialnego Axel Springer AG. Swoim stylem doszlusował doń niebawem istniejący już wcześniej „Super Ekspres”, przekształcając się w klasyczny tabloid.
Dramat polega na tym, że Polsce – w przeciwieństwie do krajów o ugruntowanej demokracji – tabloidy nie są odrębnym segmentem rynku prasowego, adresowanego do najmniej wymagających odbiorców, ale zaczęły niejako wyznaczać standardy dziennikarskie obowiązujące w całej przestrzeni medialnej. „Fakt” stał się najbardziej popularną gazetą w Polsce, jego sprzedaż początkowo sięgała 600 tys. egz. a dziś wynosi 400 tys. „Super Ekspres” sprzedaje się w 200 tys.
Wejście tak potężnej konkurencji, spowodowało gwałtowny spadek sprzedaży wszystkich pozostałych gazet z „Gazetą Wyborczą” i „Rzeczpospolitą” na czele. Dzienniki te – jak i wiele innych – stojąc u progu katastrofy ekonomicznej zaczęły zwalniać dziesiątki dziennikarzy oraz publikować coraz bardziej sensacyjne, pozostające na coraz niższym poziomie materiały, aby w ten sposób utrzymać się na rynku.
Drugim niekorzystnym elementem okazało się masowe wejście internetu, który – pomijając wszystkie jego zalety – jest środkiem przekazu, gdzie niestety nie obowiązują niemal żadne reguły: zasady etyki czy prawa autorskie. Jeśli chodzi o informacje to zdecydowana większość z nich jest to prostu kopiowana z prasy, radia czy telewizji z pominięciem jakichkolwiek reguł. Ponadto krótkie formy uniemożliwiają pogłębienie treści.
W internecie nie ma miejsca już na dziennikarstwo w tradycyjnym znaczeniu, polegające na szukaniu źródeł, konfrontowaniu ich ze sobą, tak aby móc czytelnikowi przedstawić prawdziwą wersję zdarzeń oraz ich głębsze dno. Praca „dziennikarza” czy raczej „wyrobnika” internetowego – jak zauważył bardzo trafnie ks. Andrzej Luter w swej analizie opublikowanej na łamach „Więzi” – jest skrzyżowaniem kopisty z innych portali i gazet oraz maniaka telewizyjnego, śledzącego kilka stacji na raz. Człowiek ten nigdzie nie chodzi ani nawet nie telefonuje, natomiast wszystko kompiluje, łączy, dodaje cytaty i dodaje nutę sensacji.
Niestety, ten sam styl uprawiania dziennikarstwa – ze względu na to redakcyjne oszczędności – zaczyna obowiązywać w prasie, a w szczególności w mediach elektronicznych: radiu i telewizji. Do historii odchodzi ethos zawodowy dziennikarza, opisany w tylu znanych nam kodeksach etyki dziennikarskiej. Bycie dziennikarzem przestaje być misją.
Ponadto media elektroniczne – w miejsce rzetelnej debaty wokół aktualnych problemów czy istotnych wydarzeń – oferują coraz częściej rodzaj spektaklu, gdzie nie liczą się żadne racje czy argumenty, ale dynamika programu i poziom wzbudzanych emocji. Za pomocą takich środków uzyskuje się wysoką oglądalność i można lepiej sprzedać czas reklamowy. Tak więc, w miejsce kompetentnych ekspertów, zaprasza się 2–3 polityków i napuszcza się ich na siebie nawzajem. Politycy są na ogół mało kompetentni, nie próbują nikogo przekonywać, tylko każdy z nich adresuje wypowiedź do swego elektoratu, licząc, że słupki jego osobistej popularności w tym środowisku wzrosną. W rezultacie tak skonstruowane programy czy dyskusje niczego nie wyjaśniają, nie przekazują żadnej wiedzy. Pogłębiają za to wrażenie brutalnej, absurdalnej walki na samych szczytach.
Kolejnym elementem procesu psucia mediów jest systematyczne osłabianie mediów publicznych, co następuje na skutek spadku wpływów z abonamentu. Spadek ten jest skumulowany przez niektórych polityków z najwyższej półki, samego premiera nie wyłączając. W takiej sytuacji media publiczne w ostatnim dziesięcioleciu cały swój wysiłek koncentrowały na „gonieniu” niejako mediów prywatnych, rezygnując ze swej misyjności, nie oferując słuchaczowi czy telewidzowi wizji świata, alternatywnej wobec mediów prywatnych. Obecna sytuacja TVP jest dramatyczna i nieporównywalna z jej odpowiednikami w Europie Zachodniej. Tam budżety mediów publicznych rosną, u nas maleją. Jako przykład mogę podać, że w ub. roku do kasy TVP wpłynęło ok. 50 mln euro ze środków publicznych (w tym z abonamentu), podczas gdy np. w Niemczech było to 8 mld euro.
Nie trzeba udowadniać, że te wszystkie negatywne mechanizmy zakorzenione w mediach, działają także zdecydowanie na niekorzyść Kościoła. Dominuje tendencja do pokazywania Kościoła wyłącznie w jego ludzkim wymiarze i brak wrażliwości na sferę „sacrum”. A w tym „ludzkim wymiarze” szuka się przede wszystkim sensacji, czyli napięć, różnic zdań i konfliktów. Za wszelką cenę poszukuje się w Kościele ludzkiego upadku, bo w zderzeniu z ideałami przezeń głoszonymi, taka zbitka najlepiej się sprzedaje. Do tego kreuje się obraz Kościoła jako instytucji bogatej, pazernej, zainteresowanej przede wszystkim odzyskiwaniem majątków, a przy tym pozbawionej jakiejkolwiek wrażliwości na problemy człowieka, którego dotyka różnorodna niesprawiedliwość bądź ubóstwo.
Co zrobić?
1. Ratunek dla mediów publicznych
Po pierwsze trzeba zrobić wszystko, aby współpracować z tymi mediami, które charakteryzuje pewna otwartość na tematykę kościelno-religijną. A takimi w pierwszym rzędzie są wciąż media publiczne: radio i telewizja. A to dlatego, że mają one obowiązek służenia misji i to bardzo szeroko pojętej. Przede wszystkim misji edukacyjnej, ponadto misji w zakresie ochrony tożsamości kultury narodowej, której elementem jest właśnie kultura religijna.
Oczywiście polskie media publiczne mają bardzo wiele wad, ale niezależnie od tego, są one niemal jedynymi, w których wizerunek Kościoła nie jest nadmiernie skrzywiany. Media publiczne łączy też specjalna umowa z Episkopatem, która gwarantuje istnienie Redakcji Katolickich, Mszy św. radiowej i telewizyjnej, dziennika Radia Watykańskiego oraz szeregu transmisji z religijnych uroczystości. Moim zdaniem, naszym narodowym interesem w obecnej sytuacji jest nie tylko ocalenie, ale i realne wspieranie mediów publicznych. Jeśli bowiem pozwolimy na upadek tych mediów, będzie to wielką szkodą dla kultury narodowej, w tym szkodą dla Kościoła.
Zatem – wspólnym wysiłkiem państwa, wielu środowisk w tym i Kościoła – trzeba doprowadzić do ich odrodzenia – dla wspólnego dobra. Doprowadzić do sytuacji, kiedy to media publiczne nie będą „gonić” za mediami prywatnymi dostosowując się do schematów przez nie kreowanych, lecz będą nadawać ton debacie publicznej w Polsce.
2. Potrzeba stworzenia od nowa radiofonii katolickiej
Istnieje pilna potrzeba reanimowania kościelnej radiofonii w Polsce. Kościół dysponując ogromnym kapitałem w postaci przyznanych mu częstotliwości – poza Radiem Maryja praktycznie nie liczy się na tym rynku. Wydaje się celowe rozważenie powrotu do wyłącznie kościelnych stacji radiowych i odejście od powiązań z komercyjnymi graczami w tej grupie mediów. Niewskazany wydaje się jednak powrót do niezależnie funkcjonujących rozgłośni diecezjalnych, bo niewielkie są szanse, aby sobie poradziły, choć kilku się to udało. Sądzę, że te stacje, którym się to udało, powinny uzyskać status stacji metropolitalnych lub nawet emitujących na teren kilku sąsiednich metropolii (wykorzystując istniejące częstotliwości przypisane diecezjom). Sądzę, że takich podmiotów nie powinno być więcej niż 4 lub 5. Na więcej stacji katolickich w Polsce po prostu nie ma miejsca.
Co więcej, stacje te nie powinny ze sobą konkurować o słuchacza lecz wymieniać się nawzajem najbardziej wartościowymi materiałami. Do procesu tej wymiany winno być włączone Radio Maryja, które produkuje szereg cennych audycji o niepodważalnej wartości formacyjnej bądź katechetycznej. Marzy mi się, aby ośrodek toruński nie budował wyłącznie własnego – jak to niektórzy złośliwie nazywają „imperium medialnego”, lecz tym co ma najlepsze służył innym stacjom. Warunkiem sukcesu jest przezwyciężenie istniejących partykularyzmów.
3. Potrzeba telewizji katolickiej
Poważnym problemem czekającym na rozwiązanie przez Kościół jest telewizja. Wielokrotna katastrofa telewizji Puls, może skłaniać do wycofania się Kościoła z działań na tym polu, co pozwoli uniknąć kolejnych zawstydzających porażek. Z drugiej strony całkowite oddanie tej sfery innym może się okazać poważnym grzechem zaniedbania.
Problemu braku telewizji katolickiej o szerszym zasięgu nie rozwiąże przyznanie miejsca na Multipleksie dla TV TRWAM, mimo uruchomienia ogólnopolskiej akcji poparcia dla tego postulatu i udzielenia takowego przez Konferencję Episkopatu. Wyjaśnienia wymaga eklezjalny status tej stacji i możliwość kontroli emitowanych treści ze strony władz kościelnych, gdyż obecna formuła prawna Fundacji „Lux veritatis” takowej nie przewiduje. O telewizji katolickiej trzeba myśleć w sposób profesjonalny i długofalowy, nie wystarczy protest przeciwko dotychczasowej decyzji KRRiTV. W porządku demokratycznego i pluralistycznego państwa miejsce na multipleksie dla katolickiej stacji musi być zagwarantowane, ale nie wystarczy proste, administracyjne przyznanie koncesji, aby telewizja taka mogła się rozwinąć i wypełnić swoją misję.
4. Content dla Internetu
W Internecie katolickim panuje moim zdaniem o wiele zbyt duże rozproszenie oraz zbyt małe sprofilowanie tych portali, które mają największą oglądalność. Są to portale o charakterze informacyjno publicystycznym. Jeśli chodzi o informacje to bazą jest dla nich głównie KAI oraz Radio Watykańskie. Natomiast w sferze publicystycznej są one w praktyce internetową czytelnią artykułów z drukowanej prasy katolickiej. W ten sposób stają się niepotrzebną konkurencją dla drukowanej prasy katolickiej – a zbyt mały jest w nich udział contentu typowo internetowego. Tym specyficznym contentem mogłyby być np. atrakcyjne materiały wizualne, ale w katolickim Internecie jest tego tyle „co kot napłakał”.
Zauważyć też należy, że Kościół, który jest społecznością, nie ma w tej chwili w Polsce silnego portalu społecznościowego. Jest to trudne do zrozumienia, gdyż mamy w Polsce wiele katolickich ruchów młodzieżowych i tam właśnie można znaleźć właściwe zaplecze do tego typu działań. Może też Internet powinien być jednym z istotnych przedmiotów nauczania w seminariach duchownych, tak aby młodzi kapłani byli profesjonalnie przygotowani do podejmowania ewangelizacyjnych działań w „sieci” – co postuluje zresztą sam Ojciec Święty.
5. Dialog z mediami
Kolejna bardzo ważna sprawa to przyjazny dialog środowisk kościelnych z mediami. W świecie dziennikarskim od takiego właśnie bezpośredniego i przyjaznego dialogu zależy bardzo wiele. Nie możemy zapominać, że w mediach Kościół ma owszem wielu wrogów, ale ma także bardzo wielu przyjaciół i zwolenników. Nigdzie w Europie nie ma też tak wielu dziennikarzy katolików pracujących w mediach świeckich, którzy bardzo potrzebują wsparcia ze strony instytucji Kościoła.
Dialog, budowanie częstych i nieformalnych kontaktów ze światem dziennikarskim zawsze Kościołowi wyjdzie na dobre. Taką strategię od wielu już lat prowadzi Katolicka Agencja Informacyjna, założona przez śp. Abp. Józefa Życińskiego. Sam Arcybiskup był niedoścignionym wzorcem. jak na terenie swej diecezji Kościół powinien budować relacje z mediami, pokazywał też w jaki sposób Kościół może skutecznie uczestniczyć w toczącej się w Polsce debacie medialnej. Był to jeden z priorytetów jego posługi pasterskiej. Ufajmy i módlmy się, aby to świadectwo znalazło godnych kontynuatorów.
Marcin Przeciszewski
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.


