Drukuj Powrót do artykułu

Sztuka sakralna: próba analizy ciężkich przypadków

03 lipca 2014 | 11:17 | Maria Jernajczyk / br Ⓒ Ⓟ

Czy sztuka sakralna jest piękna? I dlaczego nie jest? – Takie pytana stawia sobie wierny wchodząc do niektórych kościołów. Wiadomo – komunizm, brak pieniędzy, pośpieszne budowy na wyścigi z systemem. Jak jednak wytłumaczyć grozę, jaka wieje niekiedy z solidnych klinkierów, lśniących marmurów, czy upstrzonych kosztownymi bohomazami ścian? „Jak to było, że kiedyś potrafili zbudować kościół?” – myśli sobie człowiek i wchodzi do stojącej nieopodal barokowej świątyni. A tu – niespodzianka! Kościół został tak „wyremontowany”, że mimo najlepszych chęci nie pozostaje już nic innego, jak czmychnąć co prędzej na modlitwę do własnego mieszkania.

Podstawowe zasady, zgodnie z którymi powinny powstawać budowle sakralne, wnętrza i przedmioty przeznaczone na potrzeby kultu, określone zostały w „Konstytucji o liturgii świętej” Soboru Watykańskiego II. Są to zasady na tyle ogólne, że w praktyce w architekturze i sztuce sakralnej panuje bardzo duża dowolność. Choć, zgodnie z prawem kanonicznym i państwowym, kształt i wystrój polskich kościołów podlega ocenie specjalistów z dziedziny estetyki i sztuki, w rzeczywistości wpływ na ich wygląd ma przede wszystkim smak i gust proboszcza.

Nadzór nad obiektami sakralnymi prowadzony jest zarówno przez stronę kościelną, jak i państwową. Niezależnie od działającej w każdej diecezji komisji ds. budownictwa i sztuki sakralnej, wszystkie budowy, przebudowy, czy większe konserwacje powinny być zatwierdzone przez państwowy nadzór budowlany, bądź też wojewódzkiego konserwatora zabytków.

Komisje kościelne

Proboszcz rozpoczynając poważniejsze prace na terenie swojej parafii zobowiązany jest skonsultować się z działającą w diecezji komisją. Dotyczy to budowy, rozbudowy lub przebudowy kościoła, a także wprowadzania do wnętrza nowych elementów lub każdorazowo w przypadku obiektów szczególnie cennych.

W komisjach diecezjalnych, składających się minimum z trzech, ale czasem i kilkunastu osób, pracują zarówno odpowiednio przygotowani księża, jak i zaproszeni do konsultacji fachowcy – rzeczoznawcy, architekci, plastycy, czy historycy sztuki.

Komisje te, działające w oparciu o prawo kanoniczne, są jednak tylko ciałami doradczymi dla ordynariusza, który podejmuje decyzje w oparciu o ich sugestie i wskazania. Komisje nie dysponują sankcjami, ani możliwością egzekwowania swoich postanowień.

„Największą trudnością jest przekonanie wszystkich wokół, a przede wszystkim inwestorów – proboszczów, czy autorów projektów co do słuszności zgłoszonych przez komisję uwag” – twierdzi ks. prof. Andrzej Luft, historyk sztuki, wieloletni członek komisji w archidiecezji warszawskiej. Wyjaśnia, że może się zdarzyć, iż ordynariusz ulegnie prośbom niesfornych inwestorów i zatwierdzi coś wbrew opinii ekspertów. Takie właśnie sytuacje, a także zupełne ignorowanie obowiązku konsultowania się z komisją są, zdaniem ks. Lufta, najczęstszym źródłem błędów w architekturze, wystroju, czy konserwacji świątyń.

Czy bezpiecznie jest powierzyć kościół plastykom?

Nie zawsze. Zadanie komisji diecezjalnej polega przede wszystkim na zagwarantowaniu, by dany obiekt oprócz walorów estetycznych był również przystosowany do pełnienia swej podstawowej funkcji – domu Boga i domu ludu Bożego. Według ks. prof. Bogusława Nadolskiego, wybitnego specjalisty w zakresie liturgii, konsultora Komisji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, podstawowym czynnikiem wyznaczającym kształt i wystrój kościoła powinno być jego przeznaczenie.

Architekt projektujący kościół musi mieć świadomość, z jaką przestrzenią ma do czynienia, by odpowiednio uwypuklić jej charakter. Nie jest to możliwe bez znajomości podstaw teologii chrześcijańskiej. Z ignorancji w tej dziedzinie biorą się najczęściej kościoły, które choć ciekawe, a czasem wręcz piękne pod względem architektonicznym, przypominają bardziej świątynię pogańską niż chrześcijańską przestrzeń sprawowania służby Bożej. „W tej przestrzeni to nie człowiek oddaje się Bogu, jak to bywa w religiach pogańskich. Tu jest dokładnie na odwrót. To Bóg oddaje się człowiekowi” – podkreśla ks. Nadolski.

Dalej – przestrzeń powinna wspomagać liturgię, w taki sposób, by zgromadzenie mogło w niej czynnie uczestniczyć. Uczestniczyć to wcale nie znaczy tylko „dobrze widzieć”. Ks. Nadolski wskazuje na częsty błąd konstrukcyjny współczesnych kościołów, które budowane są na wzór amfiteatru. Takie rozwiązanie, popularne zwłaszcza w Brazylii, nie sprawdza się. Wierni pozostają widzami, oddzielonymi od sprawowania liturgii, która w dodatku poprzez usytuowanie „poniżej” ulega podświadomej deprecjacji.

Z perspektywy współczesnych potrzeb ważne jest też, by przestrzeń była dynamiczna, dająca się łatwo dostosowywać do zmieniających się potrzeb wnętrza. Dlatego niewskazane są np. wielkie i ciężkie ławki, które dodatkowo oddzielają wiernych, tworząc znakomitą przestrzeń modlitwy indywidualnej, a jednak zubażając wymiar wspólnoty. Ten właśnie wymiar szczególnie wart jest podkreślenia. Dlatego – choć to niestety niełatwe – w architekturze sakralnej pojawiają się koncepcje tworzenia mniejszych kościołów dla mniejszych parafii i mniejszej liczby wiernych, którzy w takich właśnie grupkach mogliby bardziej poczuć się wspólnotą.

Świadomość tych i wielu innych kwestii wymaga jednak od artystów i plastyków pewnego przygotowania teologicznego i historycznego, którego czasem brakuje. Ks. Luft wspomina, że niegdyś, zwłaszcza w czasach PRL, ich ignorancja w dziedzinie podstawowych zdawałoby się kwestii dotyczących chrześcijaństwa bywała olbrzymim utrudnieniem. „Tematyka sakralna była celowo ograniczana przez władze podczas toku studiów, co owocowało niekiedy kuriozalnymi wręcz brakami” – twierdzi. „Zdarzyło mi się raz oceniać projekt ołtarza ze sceną śmierci Pana Jezusa na krzyżu. Zastanowiło mnie, dlaczego stojący pod krzyżem, obok Maryi, św. Jan jest przedstawiony jako człowiek stary. Jak to? Przecież to św. Józef! – wyjaśnili mi młodzi autorzy pracy” – opowiada.

Niewykluczone, że z tego rodzaju doświadczeń bierze się brak zaufania księży do tzw. „ekspertów”. Zdaniem ks. Lufta w ostatnich czasach jednak poziom wiedzy religijnej wśród artystów plastyków w sposób widoczny się poprawił. Niezależnie od tego, celowa wydaje się konsultacja działającej przy ordynariuszu komisji.

Nadzór państwowy

Projekt zatwierdzony przez biskupa trafia z kolei do oceny służb państwowych: nadzoru budowlanego i – w przypadku obiektów zabytkowych – wojewódzkiego konserwatora zabytków. „Warto przypomnieć, że oprócz wydawania opinii, państwo zobowiązane jest do dofinansowywania konserwacji obiektów zabytkowych. Istnieje jedynie możliwość uzyskania dotacji od państwa, przydzielenie jej nie jest obowiązkowe” – podkreśla ks. Andrzej Przekaziński, członek Rady ds. Kultury i Ochrony Dziedzictwa Kulturalnego przy Konferencji Episkopatu Polski.

Zdaniem Macieja Czeredysa, zastępcy mazowieckiego wojewódzkiego konserwatora zabytków, system opieki nad zabytkami, w tym sakralnymi, wymaga współgrania trzech elementów – świadomości właścicieli bądź osób zarządzających obiektem, sprawności służb konserwatorskich i odpowiednich środków finansowych.

Niestety – podobnie jak komisje diecezjalne – konserwatorzy wojewódzcy najczęściej narzekają na trudności w kontaktach z inwestorem – proboszczem.

Kłopoty z konserwowaniem zabytków

Kontakty te najczęściej wiążą się z planami rozbudowy obiektu zabytkowego, restauracji (czyli planu przywrócenia pierwotnego wyglądu zabytku) lub też konserwacji (zachowania substancji zabytkowej).

Jeśli inwestor, najczęściej proboszcz, nie ma świadomości czym jest zabytek – często nie daje się go ocalić.

Zdaniem Macieja Czeredysa zniszczenia takie występują w kilku typach sytuacji. Po pierwsze – gdy dany obiekt nie jest wpisany do rejestru zabytków, przez co nie jest formalnie chroniony, tzn. jego przebudowy czy konserwacji nie musi formalnie zatwierdzać konserwator zabytków. „Niekiedy trwa wręcz wyścig z czasem po to, by wpisać obiekt zanim podjęte zostaną jakieś dewastujące go prace” – opowiada Czeredys. Niestety, nie zawsze udaje się wygrać taki wyścig. Przykładem może być warszawski kościół na ul. Żytniej na Woli. Przez dziesięciolecia wnętrze świątyni przez swój charakter przypominało trudną historię tego miejsca, a zwłaszcza Powstanie Warszawskie, podczas którego zginęło tu wiele osób. Było to miejsce pamięci. „Niestety, w pewnym momencie ksiądz proboszcz stwierdził, że trzeba po prostu wreszcie dokończyć tu remont…” – wspomina zastępca konserwatora wojewódzkiego.

Jego zdaniem problemem jest też niekiedy brak zaufania kapłanów do urzędów konserwatorskich, przekonanie, że „oni zakazują wszystkiego”. Tak oczywiście nie jest. „Należy informować księży, że obiekty zabytkowe nie są nietykalne – stwierdza Czeredys. – Chodzi tylko o to, by ewentualnych zmian dokonywać w pewnych granicach”.

Zdarza się też, że niedokształcony, a jednocześnie przekonany o swojej racji proboszcz jest w stanie wywierać przeróżne naciski, żeby przeforsować swoją koncepcję prac, często koncepcję zupełnie błędną. Innym typem sytuacji jest też działanie zupełnie samowolne lub stawianie służb konserwatorskich niejako przed faktem dokonanym.

W barokowym kościele w Kobyłce postanowiono wymienić podłogę. Charakterystyczną dla takich wnętrz matową czarno-białą szachownicę zastąpiła też szachownica, lecz… lśniąca i odbijająca wszystko jak lustro. Konserwator wyraził na to zgodę. Co miał robić, skoro kamień został kupiony dużo wcześniej. „Taki zakup wiąże się z olbrzymimi kosztami, które de facto ponoszone są przez parafian. W takich sytuacjach konserwator musi zwykle ważyć interes, zastanowić się, czy warto forsować optymalne rozwiązanie dla obiektu. I w praktyce często z tego rozwiązania rezygnuje” – opowiada Maciej Czeredys. „Oczywiście jest to przykład nieodpowiedzialności inwestora” – dodaje.

Przypadkom działań samowolnych, czy nawet niszczeniu obiektów zabytkowych zwykle nie towarzyszą żadne sankcje, gdyż działania takie kwalifikuje się z reguły jako czyny o „niskiej szkodliwości społecznej”.

Zabytek przeznaczony do rozbiórki

Wiele obiektów niszczeje i rozpada się też z zupełnie prozaicznych względów – ponieważ nie ma pieniędzy na remont. Strona kościelna skarży się, że państwo powinno dofinansowywać renowacje, natomiast wysokość środków przeznaczonych na to w budżecie nie odpowiada realnym potrzebom. Koszt całkowitego remontu średniej wielkości obiektu kształtuje się w granicach 3 mln zł, podczas gdy wojewódzki konserwator zabytków w województwie mazowieckim ma do dyspozycji rocznie zaledwie troszkę więcej niż milion złotych. „Za te pieniądze możemy konserwować najwyżej ramy do obrazów” – podsumowuje Czeredys.

Często zdarza się więc, że obiekt niszczeje „po kawałku”, a w końcu zostaje rozebrany. Dotyczy to, niestety, dużej części starych, drewnianych kościółków. W przypadku tych zabytków wielkim problemem jest też brak odpowiednich zabezpieczeń. To właściciel obiektu zabytkowego zobowiązany jest ustawowo do przygotowania programu postępowania w przypadku zagrożenia. Możliwości urzędu są w tym względzie bardzo ograniczone. Nie ma on np. uprawnień do wydania nakazu zainstalowania systemu przeciwpożarowego. Może co najwyżej zarządzić kontrolę, a następnie wydać zalecenia pokontrolne.

Dodatkową trudnością jest fakt, że problem dotyczy obiektów zabytkowych, a zatem unikalnych. Samo skonstatowanie faktu zniszczenia i nawet zastosowanie najsurowszych sankcji nie rozwiązuje problemu. Chodzi o prewencję, o to, by do zniszczenia nie dopuścić. Jak to zrobić? Okazuje się, że choć urząd dysponuje instrumentami prawnymi, to często są one martwe, wobec braku pieniędzy. Ponadto obarczony odpowiedzialnością za olbrzymią ilość obiektów, nie jest w stanie ich skutecznie zabezpieczyć. A zatem zasadniczą rolę jeśli chodzi o ochronę zabytków mają do odegrania ich właściciele lub opiekunowie, a w przypadku obiektów sakralnych – głównie kapłani.

Wyedukować proboszcza

Ogromnie ważna jest odpowiednia edukacja na tym polu kleryków i młodych księży. „Ratio studiorum”, specjalny dokument watykański określający m.in. ramowy program nauczania seminaryjnego, umieszcza jednak historię sztuki wśród przedmiotów nieobowiązkowych. Zakres jej nauczania zależy więc bezpośrednio od decyzji władz konkretnej uczelni.

W seminarium warszawskim wygląda to nieźle. Oprócz 30 godzin obowiązkowego kursu historii sztuki przewidzianych jest też kilka fakultetów, a dla diakonów osobny przedmiot – konserwacja zabytków. Słuchacze zapoznawani są wówczas z praktycznym wymiarem opieki nad zabytkami. „Dowiadują się np. jakie były zasady oświetlania barokowych kościołów, w jaki sposób oświetlenie elektryczne może te zasady zaburzyć, a także w jaki sposób można tego zaburzenia uniknąć. Dowiadują się też, że ksiądz nie powinien się dziwić widząc gruz na strychu kościoła ze sklepieniem kolebkowym. Ten «gruz» ma swoją własną, bardzo ważną funkcję” – opowiada jeden z wykładowców warszawskiego seminarium. Jego zdaniem przygotowanie alumnów pod tym względem jest coraz lepsze. Pytanie – czy jest tak wszędzie?

Maciej Czeredys stwierdza, że choć ogólnie stan świadomości wśród właścicieli i opiekunów zabytków jest niewielki, a poziom ignorancji olbrzymi, proboszczowie należą do grupy poprawiającej nieco smutną statystykę. „Nie jest z nimi tak źle. Z reguły mają świadomość, że obiekty, którymi zarządzają posiadają olbrzymia wartość. Co więcej, towarzyszy im też kontrola społeczna i swoisty nacisk otoczenia, które z reguły ma świadomość, że kościół to dobro publiczne” – mówi.

Czasem dochodzi wręcz do małych dramatów. Po fatalnym posunięciu, jakim była rozbiórka niszczejącego zabytkowego kościoła w Łomiankach i budowie nowego, część wiernych zbuntowała się i oświadczyła, że nie będą już w ogóle chodzić do kościoła w Łomiankach. Demonstracyjnie jeżdżą do kościoła wizytek w Warszawie.

Na czym powinien znać się ksiądz?

Dobrze, kiedy księża znają się na historii sztuki. To od ich wiedzy, gustu, poczucia piękna i stosowności zależy przede wszystkim sposób opieki nad zabytkami sakralnymi w Polsce oraz charakter nowo powstających świątyń. To ich decyzje wpłyną na to, czy dane miejsce będzie samym swoim pięknem pociągać ludzi ku Bogu, czy też – nie do końca…

A jednak kapłan nie jest historykiem sztuki, architektem, konserwatorem, projektantem wnętrz, plastykiem, malarzem lub rzeźbiarzem, nawet gdy trochę się na tym zna. Ma być przede wszystkim ekspertem od kontaktu ludzi z Panem Bogiem – jak mówił niedawno do polskich duchownych Benedykt XVI. Być może część „sakralnych potworków” rodzi się właśnie poprzez zapomnienie o tej prostej prawdzie. Być może największa trudność polega na zaufaniu i umiejętności wycofania się, aby stworzyć pole do działania innym – mimo ich wszystkich ograniczeń.

Maria Jernajczyk

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.