Drukuj Powrót do artykułu

Ukraina: Caritas Mariupol kontynuuje służbę z dala od męczeńskiego miasta

07 lipca 2022 | 19:12 | tom (KAI) | Zaporoże Ⓒ Ⓟ

Sample Fot. AP/Associated Press/East News

Wszystko, czego doświadczyli mieszkańcy Mariupola podczas rosyjskiego bombardowania miasta, było obrazą ich godności, i pierwszy gest miłosierdzia wobec ludzi, którym udało się uciec przed przemocą, musi mieć na celu przywrócenie ich godności, nie tylko poprzez zapewnienie zakwaterowania, żywności, leków”, stwierdza ks. Rościsław Spryniuk w rozmowie z portalem Vatican News. Greckokatolicki kapłan posługiwał w Mariupolu od 2010 roku, gdzie kierował także miejscową Caritas, a 16 marca musiał opuścić miasto wraz z rodziną. Przeniósł się do Zaporoża, gdzie mieszka w jednej z greckokatolickich parafii i gdzie przeniesiono też Caritas Mariupol, dla której nadal pracuje.

„Poszedłem tam, gdzie była potrzeba” – zaznacza ks. Spryniuk wspominając początki swojej misji na jednym z obszarów Ukrainy, gdzie panowała „postsowiecka próżnia duchowa”. Pochodzi z obwodu iwano-frankowskiego, na zachodzie kraju, i musiał prosić o pozwolenie miejscowe władze kościelne, które „zgodziły się i tak przyjechałem do Mariupola, bo uważam, że ksiądz powinien iść tam, gdzie jest potrzebny”. Tutaj służył małej wspólnocie liczącej około 50 osób. „Nie było nas tak dużo, bo nie mieliśmy normalnego kościoła. Uroczystości odbywały się w kaplicy, urządzonej w moim domu, ale dla miejscowych wiernych bardzo ważne było posiadanie miejsca kultu, kościoła. Niedawno rozpoczęliśmy budowę kościoła, położyliśmy fundamenty i postawiliśmy pierwsze piętro. Parafia rozrastała się” – mówi kapłan.

Misja w Mariupolu nigdy nie była łatwa. Po rozpoczęciu wojny w 2014 roku miasto zostało 13 kwietnia zajęte przez prorosyjskich separatystów, a dwa miesiące później ukraińska armia odzyskała nad nim kontrolę. Do miasta tymczasowo przeniesiono Doniecką Administrację Obwodową, gdyż stolica pozostawała pod okupacją. „Mimo że linia frontu znajdowała się zaledwie 12 km od miasta. Życie w naszej parafii toczyło się dalej: regularnie odbywały się uroczystości, mieliśmy katechezę, mieliśmy nasz Caritas, który m.in. pomagał ludziom w strefie buforowej” – mówi ks. Spryniuk.

Dla księdza, który pochodzi z zachodu Ukrainy, gdzie reżimowi sowieckiemu nie udało się całkowicie zdusić wiary ludzi, prowadzenie pracy duszpasterskiej w Mariupolu było wyzwaniem. „Przede wszystkim musiałem wyjaśnić ludziom, kim jest Chrystus, przekazać im, czym jest Kościół i co robi. I zrobiliśmy to w bardzo prosty sposób: poprzez miłość, poprzez ukazanie miłosiernej ręki Boga, którą jest Caritas. I ludzie odpowiedzieli, wielu zaczęło chodzić do kościoła, chcieli zakładać wspólnoty w swoich wioskach. Ludzie tam są prości i pracowici, zawsze byli bardzo otwarci. W rzeczywistości praca z tymi ludźmi była bardzo satysfakcjonująca” – wspomina kapłan.

Choć do 24 lutego zagrożenie w Mariupolu było bliskie i stałe, ks. Spryniuk mówi, że po tej dacie zdał sobie sprawę, że sytuacja może stać się znacznie gorsza od tego, do czego wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić. – Około godz. 4:30 rano obudził mnie mój przyjaciel i powiedział, że zaczęła się wojna. Powiedziałem, że wojna była tam od dawna, a on odpowiedział: „Nie rozumiesz, włącz telewizor”. Potem życie w Mariupolu stało się tym, co można określić tylko jednym słowem: „piekło”. To była obraza ludzkiej godności, obraza ludzi, zniszczenie samej ludzkiej tożsamości: ludzie byli gotowi zrobić wszystko, żeby dostać coś do jedzenia, żeby dostać wodę, lekarstwa, drewno, żeby rozpalić ogień i zrobić jedzenie. A wszystko trzeba było robić bardzo szybko, bo bombardowania nie ustawały ani na chwilę, pochodziły z artylerii dalekiego zasięgu, z morza, skąd wystrzeliwano rakiety, i z nieba. Nad Mariupolem stale przelatywało od trzech do dziesięciu samolotów, zrzucając bomby na cywilne dzielnice” – wspomina ks. Spryniuk. Opowiadając te fakty kapłan kilka razy zatrzymuje się, by złapać oddech: choć od tego czasu minęły już prawie cztery miesiące, ból jest wciąż żywy, pali duszę, a umysł nie chce przeżyć tego, co czasem nazywa „prawdziwym piekłem”. „Ale najgorsze było to, że ludzie przyzwyczaili się do bombardowań i zwracali na nie mniejszą uwagę, dlatego tak wiele osób straciło życie. Mój 17-letni syn widział śmierć dwóch kolegów z klasy i swojej dziewczyny. Cudem pozostał przy życiu i bez szwanku. Chcę wam to powiedzieć: to co przeżyliśmy jest nie do opisania, nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. Żeby to zrozumieć, trzeba tego doświadczyć, ale na pewno nie życzyłabym tego nikomu” – mówi.

W Mariupolu mieszkał ks. Spryniuk z żoną i dwójką dzieci w wieku 17 i 9 lat. Małżeństwo ma także drugiego, starszego syna, który obecnie przebywa w Czerkasach, gdzie pracuje. Ksiądz dzieli się swoim wspomnieniem momentu, w którym zdecydował się opuścić Mariupol: „Czułem, że muszę zostać z moimi parafianami: taki jest obowiązek księdza. Rozmawialiśmy też o tym z biskupem. Ale w pewnym momencie sytuacja w Mairupolu stała się nie do zniesienia: nie było gazu, światła, ogrzewania, połączenia z internetem. Mariupol to dość duże miasto, mieszkało tam 500 tys. ludzi. I kiedy zobaczyłem, że moja społeczność już się rozproszyła, że nie mogę do niej dotrzeć w żaden sposób, a poza tym było niebezpiecznie, to postanowiliśmy dołączyć do pierwszego korytarza humanitarnego, do jakiego mogliśmy i 16 marca z rodziną wyjechaliśmy. Próbowałem ich przekonać do wyjazdu jeszcze wcześniej, kiedy było mniej niebezpiecznie, ale żona odmówiła, bo już raz, na początku wojny w 2014 roku, wyjechała na zachód kraju i przez dwa i pół roku żyliśmy na odległość i nie chciała mnie znowu zostawiać. Jednak tym razem, gdy sytuacja znacznie się pogorszyła, ona również zdała sobie sprawę, że lepiej będzie wyjechać wcześniej. Było to dla mnie bardzo trudne, bo miałem podwójne zmartwienie: martwiłem się nie o siebie, moja uwaga była skupiona nie tylko na pomocy parafii, ale także mojej rodzinie”.

Z goryczą proboszcz z Mariupola myśli o swoich parafianach: „Wielu z nich wyjechało, wielu zniknęło, nie wiadomo, czy żyją, czy zostali wywiezieni, deportowani do Rosji. Nawiązałem kontakt z około 10 osobami, którym udało się stamtąd wyjść, a o pozostałych nie mam żadnych informacji” – mówi.

W Mariupolu ks. Spryniuk prowadził lokalne biuro Caritas, które zostało ostrzelane w połowie marca. Życie straciło siedem osób, w tym dwie osoby z personelu. Teraz biuro przeniosło się do Zaporoża. We współpracy z miejscowym oddziałem „Caritas Mariupola” opiekuje się uchodźcami. „Teraz ludzie potrzebują wszystkiego, bo zostali praktycznie odarci z życia, pozbawieni godności. Nasze państwo stara się pomóc, ale nie może dotrzeć do wszystkich, bo teraz główny nacisk kładzie się na wojsko, które jest zajęte obroną państwa przed rosyjską agresją. A fundacje charytatywne, takie jak Caritas i inne, robią wszystko, by pomóc ludziom” – zaznacza.

Do punktu Caritas codziennie przychodzi około 350 osób po żywność, ubrania, środki higieniczne, leki. „We wszystkich miastach i wsiach w nieokupowanej części Ukrainy są uchodźcy, którzy stracili wszystko: ktoś miał biznes, ktoś gabinet lekarski, inny był notariuszem. Teraz nie mają już nic i czują się zdezorientowani, nie wiedzą co będzie jutro, jak uda nam się zatrzymać Rosjan, jak wyżywić swoje rodziny. Potrzebują wszystkiego, ale przede wszystkim, moim zdaniem, oprócz wsparcia duchowego, potrzebują wsparcia psychologicznego. Po drugie, musimy pomóc im odzyskać godność, oferując im możliwość pracy i zarabiania pieniędzy. Na przykład już to robimy poprzez program Cash for Work. Musimy również pomagać przedsiębiorcom we wznowieniu działalności lub promować przekwalifikowanie” – mówi kapłan i podkreśla, że w tym czasie należy zwrócić wielką uwagę na wspieranie dzieci, a w szczególności dzieci niepełnosprawne. „Dzieci potrzebują psychologicznej odnowy, aby czuć się bezpiecznie, by móc znów stać się dziećmi. Mamy kilku psychologów, ale jest ich zbyt mało, potrzebujemy wielu specjalistów w tej dziedzinie, którzy mogliby tu przyjechać i pracować. Oczywiście, muszą znać język” – mówi ks. Spryniuk.

Zapytany, jak radzi sobie z tak traumatycznymi wspomnieniami, odpowiada: „Staram się o tym nie myśleć. Staram się pracować i pomagać ludziom, bo jak zaczynasz myśleć o tym, to wszystko staje się bardzo trudne. I wtedy modlitwa bardzo pomaga. Z miłosierdzia ofiarowanego innym rodzi się także nadzieja. Radość pojawia się, gdy widzę, że ludzie, otrzymując od nas jakąkolwiek pomoc, zaczynają wierzyć w przyszłość. Okazują to rozmawiając z nami, dziękują za pomoc, bo my też dbamy o znalezienie im mieszkań, dajemy je za darmo osobom starszym czy niepełnosprawnym. Kiedy widzę, że ludzie czują się dobrze, ja też czuję się dobrze”.

Drogi Czytelniku,
cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie!
Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz trudniejsze.
Dlatego prosimy Cię o wsparcie portalu eKAI.pl za pośrednictwem serwisu Patronite.
Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Wersja do druku
Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej.
Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy m.in. w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności.